2. Sąsiedzka pomoc

Zacznijmy od opisu głównej bohaterki, żeby nie nużyć nim Czytelnika już w trakcie wydarzeń. Obiecujemy, że będziemy się streszczać.
Niebieskooka blondynka o wysokim czole i dużym, haczykowatym nosie. Ubrana była w różową bluzkę i właściwie tylko tę część garderoby dało się zobaczyć, ponieważ nogi trzymała pod stołem. W jej dowodzie widniało nazwisko Margareta Bauermann. Pracowała jako tłumaczka i lektorka języka niemieckiego. Tyle na początek wystarczy, idziemy dalej.
Ktoś zapukał. Jej wąskie usta wykrzywił lekki uśmiech.
- Komm herein![1]
Drzwi otworzyły się i wszedł około trzynastoletni chłopiec w czapce z daszkiem i plecakiem zwisającym z jednego ramienia.
- Guten Tag. - mruknął.
- Guten Tag, Adaz. – odpowiedziała, nadal się uśmiechając. - Setz dich bitte.
- Danke[2]. - z westchnieniem usiadł na krześle i zdjął plecak. Zmarszczył czoło, jak niemal zawsze, kiedy miał wypowiedzieć po niemiecku zdanie, które nie było napisane wołami w podręczniku.
- Ich war…ich war…[3] Przeziębiony. – skapitulował po chwili.
- Erkältet. – wymówiła to słowo wolno i wyraźnie. – Er-käl-tet.
- Wszystko jedno. – mruknął, sięgając do tornistra.
Pani Bauerman zmarszczyła brwi. Adaś zawsze był nadzwyczaj wesoły i pełen energii, więc jego zachowanie było co najmniej nietypowe.
Pewnie jest zmęczony po chorobie, pomyślała.
Pół godziny później jej zaniepokojenie się wzmogło. Adaś był spokojny i posłuszny, ale…zbyt posłuszny. Brakowało śmiechu, tego całego: „Nie mogę tego powiedzieć, przecież to można sobie język odgryźć!”.
- Ej, wszystko w posządku? – zapytała łagodnie. W jej głosie brzmiał wyraźny niemiecki akcent. - Stało się coz?
- Nie, nic. - powiedział, unikając jej spojrzenia. - Mam prośbę.
- Tak?
- Mógłbym...posiedzieć u pani trochę dłużej?
- Oszywizcie. - odpowiedziała, patrząc na niego z zaniepokojeniem. - Ale dlaszego?
Westchnął.
- Powiedzmy, że...nie spieszy mi się za bardzo do domu.
Pani Bauermann zagryzła wargi. Znała rodzinę Adasia (w końcu mieszkał zaledwie piętro niżej) – jego mamę, pracującą w księgowości, skalara Freda, miniaturowego jamnika Bingo...
Z tatą rozmawiała tylko kilka razy, jednak wydawał się jej sympatycznym, może tylko nieco zbyt sztywnym człowiekiem.
Normalna, spokojna rodzina.
Naprawdę, nie potrafiła się domyślić, z jakiego to powodu Adaś miałby odwlekać chwilę pójścia do domu. Zawsze leciał tam od razu po korepetycjach, żeby wyprowadzić psa.
- W szkole coz przeskrobałez?
Nie odpowiedział.
- Spokojnie. Jak wszystko powiesz mamie od razu, to na pewno ci głowa nie urwie. Mogę nawet być przy tej rozmowie, chcesz?
Pokręcił tylko głową i pociągnął nosem. Czyżby miał się zaraz rozpłakać? Serce jej się ścisnęło.
Szukała innej przyczyny.
- Tęsknisz za Marysia? - spytała. Miała na myśli starszą siostrę Adasia, która jakiś czas temu wyjechała za granicę. Co prawda nie był już przedszkolakiem, świetnie rozumiał, że dostała stypendium, ale rozłąka zawsze jest bolesna.
Znów pokręcił głową.
- Nie, nie jest tak źle, gadaliśmy wczoraj na Skypie i chce, żebyśmy ją odwiedzili...A ten jej facet jest całkiem spoko...
- To co...
- Możemy nie drążyć tematu? - w jego głosie brzmiało rozdrażnienie. - Proszę? - zreflektował się po chwili.
Kiwnęła głową, wiedząc, że naciskami nic nie wskóra. Sporządziła jednak mentalną notkę, że musi koniecznie porozmawiać z panią Skowrońską przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Nie chciała męczyć Adasia dodatkowymi korepetycjami, więc kiedy wybiła czwarta po południu, kazała mu schować książki.
Kiedy pochylał się nad tornistrem, usłyszała niedwuznaczne burczenie.
- Zjadłez kanapki w szkole? - zapytała.
Pokiwał głową.
Poszła bez słowa do kuchni i odgrzała w mikrofalówce część spaghetti, które sama zamierzała zjeść na obiad.
- Nie...nie powinienem... - powiedział szybko, gdy zobaczył przed sobą talerz.
- Jez i nie gadaj. - odparła z uśmiechem.
- A pani?
Wzruszyła ramionami.
- Ich habe keinen Hunger.[4]
Nie miał dalszych obiekcji i z wyraźnym upodobaniem przystąpił do konsumpcji.
- Pychota. - powiedział, gdy skończył. Potem zmarszczył czoło, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. - Sehr lecker. - dorzucił w końcu.
- Danke[5]. - pogłaskała go po głowie.
- Mama zrobiła kiedyś podobne. Wzięła jakiś przepis z Internetu. Ale teraz już  nie gotuje, bo… - urwał, jakby się bojąc, że powiedział zbyt wiele.
Znów próbowała pociągnąć go za język. I znów bez rezultatu.
Zastanawiała się przez chwilę, czy zadzwonić do pani Skowrońskiej i powiedzieć, że Adaś został u niej dłużej, ale po chwili odrzuciła ten pomysł. Przecież wie, że w poniedziałki ma korepetycje, będzie wiedziała, gdzie go szukać.
„Poza tym może teraz wracać z pracy. A ty wiesz, że nie powinno się rozmawiać przez telefon podczas jazdy, prawda?”.
Wzdrygnęła się. Nie, nie może znowu o  t y m  myśleć. Nie teraz. Nie przy Adasiu.
Opanowała się, ale chłopiec zauważył jej chwilowe zdenerwowanie.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Tak, tak, tak, tak. - powiedziała, pospiesznie ocierając oczy.
„Nie, od tej cholernej nocy nic nie jest w porządku”.
Zacisnęła zęby i zmusiła swój mózg do skupienia się na czymś innym. Na przykład – czym może zająć się Adaś? Telewizora w jej mieszkaniu nie było, uważała, że: „Głupot i łgarstw można słuchać za darmo”, a książki, które miała, nie nadawały się dla trzynastoletnich chłopców. Nie chciała też, żeby ktoś obcy korzystał z jej komputera – traktowałaby to jako wejście w jej osobistą strefę, a bardzo dbała, aby między nią a uczniami była pewna granica.
Chłopiec szybko rozwiał jej rozterki, wyjmując pokaźnych rozmiarów telefon dotykowy.
- Ma pani tu gdzieś wolny kontakt? - zapytał. - Bo bateria mi siada.
Z pozbawioną wyrazu twarzą wskazała mu gniazdko znajdujące się tuż obok fotela. Usadowił się tam i już po chwili został wessany do wirtualnego świata. Jego palce przesuwały się w dziwnych figurach po ekranie, jak łyżwiarze po lodowisku.
Dokąd zmierza ten świat, pomyślała nie wiadomo który już raz pani Bauermann. Niedawno widziała w parku góra dziesięcioletniego chłopca, który siedział na ławce i również był bez reszty pochłonięty takim właśnie urządzeniem. Miesiąc temu widziała tam z kolei chłopaka i dziewczynę. Wyglądało na to, że dobrze się znali, bo on trzymał rękę na jej kolanie, a ona opierała mu głowę na ramieniu – ale cóż z tego, skoro oboje trzymali w rękach telefony?
„Całe szczęście – pomyślała. - Że już zdążyłam być młoda i zakochać się na zabój, bo jeżeli w dzisiejszych czasach tak to wygląda, to dziękuję bardzo”.
„Już zdążyłam być młoda”... - uśmiechnęła się ironicznie czując, że brzmi jak staruszka. A przecież chwilę temu skończyła trzydzieści trzy lata. Trzydzieści trzy, do cholery jasnej.
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Czym prędzej poszła otworzyć.
Na progu stała niskiego wzrostu kobieta o pełnej figurze, zielonych oczach i jasnobrązowych włosach, upiętych nieubłaganie w kok.
- Jest Adaś? - zapytała.
Pani Bauermann była nieco zaskoczona jej szorstkim powitaniem, ale odpowiedziała:
- Jest.
Przesunęła się, by wpuścić gościa do środka. Kiedy pani Skowrońska zobaczyła swojego syna (który pospiesznie schował telefon do kieszeni,) wykrzywiła usta.
- Co ty tu jeszcze robisz? - zapytała surowo. - Ja przychodzę, ciebie nie ma, pies narobił na podłogę...Kupiliśmy ci go pod warunkiem, że będziesz sam o niego dbał, pamiętasz?
- Przepraszam, mamo. - spuścił oczy ze skruchą.
Przewróciła oczami.
- Poza tym – ciągnęła. - Nie powinieneś nadużywać gościnności pani Bauermann...
- Nic się nie stało. - odparła tamta, zastanawiając się jednocześnie, co oznaczała ta dziwna nuta, która brzmiała w głosie sąsiadki, gdy wymawiała jej nazwisko. A może to omam słuchowy?
- W każdym razie. - kontynuowała pani Skowrońska, opierając ręce na swoich wcale pokaźnych biodrach. - To był pierwszy i ostatni raz, prawda, Adasiu?
- Prawda. - przytaknął skwapliwie, unikając jej spojrzenia.
- Chodź do domu. - wyraz jej twarzy nieco złagodniał. - Musisz być głodny.
- Wcale nie. - zaprzeczył, zanim korepetytorka zdążyła dyskretnie pokręcić głową. - Pani Bauermann dała mi obiad, był bardzo dobry.
Pani Skowrońska uniosła brwi bardzo wysoko.
- Taak? - zapytała, a ton jej głosu był niezbyt przyjemny. - Będę pamiętać o umiejętnościach kulinarnych pani Bauermann...Wybacz, kochanie, ale ja nie będę ci robić bratwurstów...
- To nie były bratwursty, tylko...
- Ani słowa! Idziemy do domu.
Posłusznie wziął plecak i rzucił pani Bauermann przez ramię smętne spojrzenie.
- Wiedersehen. - powiedział cicho, wzdychając.
- Wiedersehen... - odparła podobnym tonem, zamykając za nim drzwi.

 

Miała wyjątkowo dobry humor, dość mocno związany z pudełkiem czekoladek znajdującym się w siatce z zakupami. Uśmiech, który posłała pani Skowrońskiej, był więc wyjątkowo szeroki.
- Zień dobry!
- Dzień dobry. – odpowiedziała sąsiadka, ale na jej twarzy nie pojawił się nawet ślad uśmiechu. – Nawet dobrze, że panią spotykam…Takie rzeczy lepiej załatwiać mimo wszystko osobiście.
- Jakie? – pani Bauermann czuła, że jej nastrój się pogorszył. Ludzie nigdy nie mówią w ten sposób, kiedy chcą zakomunikować coś przyjemnego.
- Adaś już nie będzie przychodził do pani na lekcje.
- Co? – nie wierzyła własnym uszom. – Dlaszego?
Pani Skowrońska zmrużyła oczy.
- Bo wszystko ma swoje granice.
Skołowana do reszty główna bohaterka naszej historii odczuła wielką pokusę, by podrapać się po łepetynie. Jednak miała zajęte ręce, a nóg nie potrafiła używać w tym celu. Musiała wystarczyć jej wyobraźnia.
O co tutaj chodzi, na miłość boską? Jakie granice mogła przekroczyć? Zawsze traktowała Adasia jak każdego innego ucznia, nie mogła zrozumieć, skąd to zachowanie jego matki.
Po chwili uświadomiła sobie, że przecież nie z każdym, kto przychodzi na korki, dzieli się swoim obiadem. Fakt, trochę ją poniosło. Miała jak najlepsze intencje, ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Pani Skowrońska miała z pewnością własną wizję diety swojego syna, a tu nagle jakaś obca baba daje mu spaghetti…
Zrozumiawszy, o co chodzi, pani Bauermann odzyskała pewność siebie. Znowu się uśmiechnęła.
- Porozmawiajmy rozsądnie. – zaproponowała. – Mosze danie Adazowi obiadu było pewną… - zawahała się, ale nie mogła przypomnieć sobie polskiego słowa. – Übereiferą[6] z mojej strony, ale…
Oczy pani Skowrońskiej zwęziły się niebezpiecznie.
- Czym, przepraszam? – wycedziła. – Języki obce nie są moją mocną stroną, ale to nie znaczy, że pozwolę z siebie robić idiotkę.
- Ja z pani robię idiotka, tak?! – nasza główna bohaterka powiedziała to głośniej, niż wymagała tego rozmowa z osobą niemającą problemów ze słuchem. – Ja z pani?!
„Brawo” – pogratulowała sobie w myślach. – „Świetnie to rozegrałaś. Teraz na pewno spokojnie wyjaśni ci, czym ją uraziłaś i dojdziecie do porozumienia”.
Poczuła, że robi jej się gorąco ze wstydu. Chciała przeprosić, ale nie dostała szansy. Sąsiadka spojrzała na nią lodowato.
- Proszę trzymać się z daleka od mojego syna i męża.
Zanim pani Bauermann zdołała otworzyć usta, jej rozmówczyni już nie było.

 

Zapewne każdy z czytelników wie, jak to jest być prześladowanym przez utwór muzyczny. Człowiek żyje sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, aż tu nagle słyszy piosenkę. Nieważne, czy przypadnie mu ona do gustu – słyszy ją na okrągło i musi śpiewać, choćby miał wokal gorszy od wiertarki udarowej.
Głos pani Bauermann nie zasługiwał chyba na tak brutalne porównanie, ale i tak w swoim mniemaniu popełniała grzech śmiertelny – śpiewała bowiem p o  a n g i e l s k u. Uważała, że każde słowo, jakie wypowiada w tym języku, brzmi dziwnie, śmiesznie i ze wszech miar okropnie.  Nie mogła się jednak powstrzymać.
- How deep is your love? – zwróciła się do ogromnej torby, którą zawsze dźwigała, kiedy jeździła na korepetycje do uczniów. Były to, ściśle mówiąc, jedyne słowa, które zdołała wyłapać z tej piosenki, oprócz wyrazu ocean i powtarzanego w refrenie okrzyku „Aaa-u”. Jednak, jak wiadomo, ludzki mózg jest urządzeniem bardzo kreatywnym. Nasza bohaterka uzupełniała luki mruczandem i coraz to nowymi słowami. Trudno było je podejrzewać o jakieś znaczenie, ale „brzmiały po angielsku”. Więcej nie potrzebowała.
- How deep is your love? Mhm, ocean…Kurde!
W tym momencie pani Bauermann naprawdę zapragnęła znaleźć się w oceanie. Albo na jego dnie. A jeszcze lepiej – pod tym dnem.
Czytelnik zapewne się zdziwi, kiedy powiemy mu, że powodem tych bardzo ostatecznych pragnień był zupełnie nijaki mężczyzna, który wszedł na klatkę schodową. Miał pulchną, bladą twarz o bulwiastym nosie, z którego notorycznie zsuwały się okulary. Widzimy miliony takich ludzi w sklepach, autobusach i na ulicach.
Może jednak Czytelnik przestanie się dziwić na wiadomość, że ten mężczyzna nazywał się Adam Skowroński senior.
- Dzień dobry! – zwrócił się do pani Bauermann z szerokim uśmiechem. – Proszę zaczekać, pomogę!
- Nie, nie, nie, dam radę. – odparła szybko. Pod jej czaszką wrzało, jak w ulu.
„Pani Skowrońska podejrzewa mnie o romans ze swoim mężem. Musi tak być, dlaczego inaczej kazałaby mi się trzymać od niego z daleka? Ale skąd ona w ogóle wzięła taki absurd, przecież ja z nim jestem ledwie na >>Dzień dobry<<, teraz dopiero widzę, jaki ma kolor oczu…Rozumiałabym jakąś koleżankę z pracy, kogoś w ten deseń, ale ja?! Rany boskie, to trzeba szybko ukrócić, bo jak pójdzie fama, że uwodzę rodziców uczniów, to chyba będę się musiała przeprowadzić...Ale skąd w ogóle pomysł, że ja z nim…Chwilunia, a dlaczego on się tak do mnie uśmiecha? Może powinnam spytać jego, o co w tym wszystkim chodzi? Ale jak? >>Przepraszam, wie pan może, dlaczego żona podejrzewa go o romans ze mną?<<. Bez…”.
Jeśli Czytelnik czuje, że się pogubił się w powyższym akapicie, zapewniamy – pani Bauermann też. Tak ją zaabsorbowało rozplątywanie mentalnych węzłów gordyjskich, że odpaliła:
- Mógłby pan powtószyć? Coz nie mogę zisiaj zebrać mysli…to ta piosenka.
- Jaka piosenka? – zapytał sąsiad z uprzejmym zainteresowaniem.
- Eee… - zawahała się. – Angielska taka…
„Statuetka za najbłyskotliwszą odpowiedź roku już jest twoja, nie ma co”.
- Ach, angielska! – w oczach pana Skowrońskiego pojawił się jakby zawód. – Miałem nadzieję, że niemiecka.
- Dlaszego? – podchwyciła szybko pani Bauermann, żeby ukryć zmieszanie.
- A, bo widzi pani, jakoś tak mnie naszło, żeby się niemieckiego nauczyć…Trzeba się rozwijać, prawda?
- Tak, tak… - powiedziała ostrożnie. W jej głowie coś przeskoczyło.
- Czy mogłaby mi pani, jako ekspertka – znów wyszczerzył zęby. – Podpowiedzieć, jak to robić, kiedy człowiek nie ma za dużo czasu?
- Zaleszy, po co chce się uszyć. – spojrzała na niego uważnie.
- Do pracy. – pan Skowroński poluzował kołnierzyk. – Wie pani, jakby niemieccy kontrahenci do firmy przyszli…
- A, do pracy. – kiwnęła lekko głową. – Są takie specjalne książki, na przykład…Niemiecki w biznesie, tak to się chyba nazywa. Mam ze dwie w domu, mogę panu poszyszyć.
- Byłoby miło. – odparł pan Skowroński, uśmiechając się zdawkowo.
- Tylko jak ja je panu dam? – myślała na głos, gdy wchodzili po schodach. – Normalnie to bym Adaza poprosiła, szeby do domu zaniósł, ale on już do mnie nie przychozi.
Ta wiadomość zaskoczyła pana Skowrońskiego.
- Co? – zmarszczył brwi. – Jak to?
- Szona mówiła, sze już nie chce, szebym go uszyła. Trochę nie rozumiem, dlaszego, ale… - wzruszyła ramionami. – Trudno. Nie wieział pan o tym?
Westchnął.
- Widzi pani, tak to jest, jak człowiek pracuje. Nie, nie wiedziałem. Mnie samemu czasem trudno zrozumieć własną żonę, ale tym razem przesadziła. No przecież co jej przeszkadzało, że się dzieciak niemieckiego uczył? Niech się uczy, zwłaszcza w takiej sytuacji…Korepetytorka pod nosem, Niemka w dodatku, więc akcent można podchwycić…Naprawdę nie rozumiem. Adaś będzie do pani przychodził, oczywiście. Przecież to absurd…
Oddał jej torbę i ruszył piętro w dół. Pani Bauermann pomyślała, że bardzo by nie chciała stać się pretekstem do małżeńskich rozgrywek. Zwłaszcza takich, w których cierpiałoby Bogu ducha winne dziecko. 

***

 W dwa dni pozniej pani Bauermann udzielała korepetycji.
- Patrizia, konzentrir dich! - upomniała po raz kolejny siedzącą obok niej przy stole dziewczynę. - Ich mag, du?
- Magst.
- Gut. - pochwaliła ją pani Bauermann. - Er, sie, es?
- Magt.  
- Nie. - kobieta westchnęła.
- No jak nie, jak tak? - zdziwiła się Patrycja.
- To jest szasownik nieregularny. No, przypomnij sobie.
- Er, sie, es... - na czole dziewczyny pojawiły się zmarszczki. - Er, sie, es...mag! - zawołała z taką satysfakcją, jakby odkryła nowe prawo rządzące Wszechświatem.
Pani Bauermann kazała jej powtórzyć całość i tym razem obyło się bez wpadek. Ktoś na jej oczach opanował odmianę mögen! Bogowie wszelkich obrządków, gdzie kronikarz?!
Rozległo się pukanie do drzwi. Czyżby o wilku mowa?
Ale to nie był kronikarz. To był Adaś Skowroński. Smutny, rozbity, pociągający nosem Adaś Skowroński.
- Adaz? – zapytała pani Bauermann ze szczerym zdumieniem. - Co ty robisz tu?
Obejrzała się i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Za dziesięć druga. . A zatem powinien być w szkole jeszcze co najmniej godzinę. Uciekł? Ale dlaczego? Nie był raczej typem wagarowicza. A nawet, gdyby zerwał się z powodu na przykład sprawdzianu, nie przychodziłby do niej. I to jeszcze w takim stanie.
Stał na progu, nie odpowiadając na jej pytanie.
- Mogę wejść? - zapytał. Jego głos był cienki i błagalny, jak osoby na skraju załamania.
Obejrzała się pospiesznie za siebie. Napotkała zaciekawione spojrzenie brązowych oczu Patrycji, która starała się dojrzeć przyczynę zamieszania.
Jej reakcja była natychmiastowa.
- Naturlich. - cofnęla się. - Wejź, wejź.
Przestąpił próg z miną człowieka, który idzie na szubienicę.
- Co ci się stało? - zapytała Patrycja.
Pani Bauermann wiedziała z doświadczenia, że to najgorsze pytanie, jakie można zadać w takiej sytuacji. Adaś najwyrazniej uważał tak samo, bo zagryzł wargi, a jego broda zaczęła się trząść.
Postanowiła oszczędzić mu dodatkowych nieprzyjemności.
- Eem...Patrizia. - powiedziała, starając się brzmieć, jakby to była absolutnie zwyczajna, choć niekomfortowa sytuacja, która przytrafia się od czasu do czasu. - Bardzo przepraszam, ale musimy na dziz skończyć... - powiedz twoja mama, sze poliszę jej mniej za tę lekcję.
Patrycja wzruszyła ramionami, widocznie zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie przepadała bowiem za niemieckim i pani Bauermann, jakkolwiek dobra nauczycielka, nie była w stanie tego zmienić.
Gdy tylko pulchna figura dziewczyny zniknęła za drzwiami, Adasiowi kompletnie puściły hamulce. Rozpłakał się na całego i objął swoją dawną korepetytorkę, przyciskając twarz do jej bluzki.
- No już, już... - pogłaskała go po głowie, gdy minął jej pierwszy szok. - Wszystko bęzie dobrze. Uspokój się i powiez, co się stało?
- Bbo...bbo... - wyjęczał, zasmarkując sie na potęgę (na szczęście trochę się odsunął). - Bbo...o-oni...
- No już, już. - pogłaskała go po policzku i poszła do swojej sypialni. Na szczęście na komodzie zostało jeszcze całe pudełko chusteczek. Wzięła je, czując, że może okazać się niezbędne.
- No już, już... - powtarzała. - Masz, wysmarkaj się...
Posłuchał jej z taką skwapliwością, że chyba byłby w stanie zagłuszyć trąby oznajmiające Sąd Ostateczny. Usiadł na kanapie, wziął kilka głębokich wdechów, spojrzał na nią zaczerwienionymi oczami i powiedział:
- Bbo...Bo jego ciągle nie ma w domu i mama się strasznie denerwuje...A jak już są oboje, to bez przerwy się kłócą, bo on pewnie był z tamtą drugą...A teraz jeszcze mama mówi, że to pani wina...
- Zaraz, zaraz, zaraz. - pani Bauermann uniosła dłoń czując, że zaczyna się gubić w tych zaimkach. Poszła do kuchni i wróciła ze szklanką wody. - Masz, napij się i opowiedz wszystko od początku. Kto, kiedy, dlaszego?
Wypił łapczywie, ewidentnie tego potrzebował. Odetchnął głęboko i podjął już spokojnie:
- Właściwie to się zaczęło, jeszcze zanim się rozchorowałem...Najlepiej było widać przy obiedzie. Mówię pani, z dnia na dzień mama i tata zaczęli się zachowywać jak mumie, nic nie mówili, tylko gapili się na siebie, a miny mieli takie, jakby żuli styropian...Ciężko było to wytrzymać. Kiedy próbowałem rozładować atmosferę, mama patrzyła na mnie tak, jak wtedy, kiedy śmieję się w kościele...A raz poprosiła tatę, żeby podał jej sól. Gdy posłuchał, myślałem, że chce mu wyrwać rękę razem z solniczką...Rany. A potem...
Popatrzył na swoją rękę i zacisnął usta w cienką linię, jakby niepewny, czy ma mówić dalej.
Pochyliła się do przodu.
- Tak?
Szukał w głowie odpowiednich słów.
- Widziałem, że mają między sobą jakieś kwasy, ale oboje zawsze mi powtarzali, że nie można wtrącać się w cudze sprawy, więc siedziałem cicho. Tym bardziej, że kiedy leżałem w łóżku z trzydziestoma ośmioma stopniami gorączki, to raczej kiepski był ze mnie negocjator...
Przerwał na chwilę, jakby zbierając myśli i znów podjął:
- Myślałem nawet, że się pogodzili, bo często wieczorami słyszałem, jak rozmawiali w kuchni. W sumie powinni się pogodzić, są przecież dorośli, prawda? Gdzie tam! - uderzył ręką w podłokietnik. Nie było już w jego oczach smutku, tylko złość. - Proszę sobie wyobrazić, że ci idioci...
- Adaz. – czuła, że dziecko nie powinno tak mówić o swoich rodzicach
- Niech ich pani nie broni, bo inaczej tego określić się nie da. - oświadczył z pełnym przekonaniem. Na policzkach płonęły mu rumieńce, po łzach nie zostało nawet śladu. - Ci idioci zamiast się dogadać, w ogóle przestali się do siebie odzywać. Nawet obiadów już normalnie nie jemy, bo jak ojciec przychodzi wieczorem, to tylko mówi: „Nie jestem głodny” i zamyka się w pokoju. A mama nic...W ogóle oni ostatnio albo milczą, albo wrzeszczą...Znaczy – mama wrzeszczy. Wydaje jej się, że tego nie słyszę, ale musiałbym być głuchy. Kilka razy widziałem, jak płacze – po cichu, rzecz jasna. - westchnął. - Niech go w końcu wywali na zbity pysk, razem z tą jego dzi...
- ADAZ. – wiedziała, co chce powiedzieć, ale zawiodłaby jako nauczycielka, gdyby pozwoliła mu to zrobić.
- Dziewczyną - dokończył szybko. - I będzie święty spokój!
- A skąd wiesz, sze twój tata ma ziewszynę? - zapytała.
- Bo nie jestem głupi. – odparł. – Od tego ludzie się najczęściej rozchodzą, prawda? A poza tym w tych awanturach jest „ona”, zawsze jakaś „ona”…Nie trzeba być Sherlockiem, żeby poskładać sobie resztę.
Pani Bauermann doznała nagłego olśnienia. Sherlock…oczywiście! Dlaczego nie pomyślała o tym od razu?
Już chciała sięgnąć po komórkę, ale zatrzymała się w pół ruchu.
„Stop!” – pomyślała. – „Najpierw muszę z nią pogadać. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a kto jak kto, ale ja powinnam uważać na te rzeczy…”.

 

*** 

Wiedziała, że w piątki Adaś ma trening piłki nożnej, a jego tata nie wraca z pracy przed osiemnastą. Postanowiła więc właśnie w ten dzień rozmówić się z panią Skowrońską.
Schodząc na drugie piętro zastanawiała się, co powiedzieć. Kiedy stanęła przed właściwymi drzwiami, dalej nie miała żadnego pomysłu.
Trudno, raz kozie śmierć.     
Zapukała.
Z zewnątrz rozległy się kroki i głośne ujadanie psa.
- Cicho, Bingo! Cicho! To nie Adaś...Cicho!
Drzwi otworzyły się.
- Pani Bauermann? - pani Skowrońska była zaskoczona.
Musiała się powstrzymać przed przewróceniem oczami. To prawda, lubiła samotność i szczerze powiedziawszy praktycznie nie ruszała się z mieszkania, jeśli nie miała konkretnego powodu, ale czy jej widok powinien wprawiać w  a ż  t a k i e  zdumienie? A może to tylko złudzenie?
Na pewno złudzenie, mruknął zrzędliwy głos w jej głowie. Na mózg ci się rzuca to siedzenie w czterech ścianach. A jeżeli nie – to sama sobie to zgotowałaś, bo ludzie już tak przywykli do twojej izolacji, że każde niespodziewane spotkanie ich dziwi. Pamiętasz, co ci mówiła ta psycholog?
Ta głupia baba nic nie rozumiała, pomyślała pani Bauermann.
Tak, jasne. A Kryśka? A Kaśka, Sandra i pozostałe dziewczyny z restauracji? A pan Frydzewski? Oni też byli głupi i nic nie rozumieli?
Otrząsnęła się z tych myśli. Przyszła porozmawiać o Adasiu i powinna zajmować się tylko tym. Naprawdę, kiedy wreszcie przestanie wszystko sprowadzać do jednej rzeczy?
Pani Skowrońska wciąż patrzyła na nią z pytającym wyrazem twarzy.
Poczuła, że się rumieni. Było jej naprawdę głupio. Czasem, w najmniej odpowiednich momentach, nachodziły ją takie wewnętrzne dialogi, co było przyczyną różnych gaf.
- Pani Skowronska. - powiedziała w końcu. - Musimy porozmawiać. Chozi o pani syna. Mogę wejzc?
Myślała, że powie: „nie” i zatrzaśnie jej drzwi przed nosem. A ona po prostu wpuściła ją do środka. Jakieś dziwne emocje malowały się na jej twarzy. Wstyd? Smutek? Bezsilność?
Niewielki jamnik o krótkiej brązowej sierści i bardzo rozumnych, ciemnych oczach, szczekając głośno, rzucił się do pani Bauermann i zaczął obwąchiwać jej nogi. Pochyliła się i podrapała go za uszami. Bardzo lubiła psy.

*** 

Została wprowadzona do niewielkiego saloniku utrzymanego w kremowych odcieniach. Ogarnął ją nagły wstyd - mimowolnie porównywała bowiem podłogę sąsiadki z własną i pomyślała z goryczą, że to tak, jakby porównywać Pałac Prezydencki z oborą. Musiałabym się chyba drugi raz urodzić, żeby mieć tak czysto, przemknęło jej przez głowę.
Usiadła na kanapie, na której znajdowały się trzy białe, okrągłe poduszki. Pani Skowrońska zajęła fotel naprzeciwko i spuściła wzrok. Nie kwapiła się, żeby zapytać o cel wizyty. Sprawiała wrażenie, jakby doskonale go znała.
- Pani Skowronska. - podjęła po chwili pani Bauermann. - Pani i pani mąsz to naprawdę nie moja sprawa. Ale to, sze Adaz przychozi do mnie, płasze i mówi, sze wolałby, szeby pani wywaliła go – męsza, znaszy - na pysk, to już jest moja sprawa.
Pani Skowrońska zbladła.
- Naprawdę tak powiedział?
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
- O Boże, Boże... - jęczała. - To jest takie niesprawiedliwe...Boże!
Pani Bauermann nie wiedziała, jak się zachować. Wiedziała bowiem z doświadczenia, że czasami pocieszanie jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, żeby pomóc komuś się uspokoić.
Po chwili pani Skowrońska opanowała się (przynajmniej trochę) i dostała słowotoku, który, szanując czas i cierpliwość Czytelnika, streścimy.
Od dłuższego czasu czuła się zaniedbywana przez małżonka, pod wszelkimi możliwymi aspektami. Ale to nie było takie straszne, bo jak powiedziała – podczas ćwierci wieku związku małżeńskiego nieraz pokonywali różne kryzysy. Jednak zaczęła się obawiać, że serce (bądź przyległości) ukochanego mężczyzny mogą być zajęte inną kobietą. Skąd ten wniosek? Po pierwsze, pan Skowroński rzadko wraca prosto z pracy do domu, zdarza mu się nawet nocować poza nim. Druga sprawa – zaczął wypłacać z konta niebagatelne sumy, a jego tłumaczenia brzmią mało wiarygodnie.
- Utrzymankę sobie znalazł, cholera jasna! – zakończyła pani Skowrońska, uderzając pięścią w poduszkę. – I to jeszcze Niemkę w dodatku!
Pani Bauermann drgnęła.
- Dlaszego Niemkę?
- Zaczął się uczyć niemieckiego. – wyjaśniła sąsiadka, zaciskając zęby. – Pani pewnie powie, że zwariowałam, ale jakoś nie wierzę, żeby to było bez związku. Co, teraz nagle mu się rozwijać zachciało? Za Szwabkami się ugania, niech go trafi szlag! A…
- A ja jestem jedyna „Szwabka” u nas w bloku. – dokończyła pani Bauermann cicho.
Jej rozmówczyni drgnęła, jak ukłuta igłą.
- Nie zaprzeczam, przez chwilę nawet myślałam, że pani…Zwłaszcza po tym, jak Adaś powiedział, że go pani nakarmiła, że mu smakowało…Prawie dostałam wtedy apopleksji, myślałam, że już chce mnie pani z miejsca wysiudać…Przepraszam.
- Nie ma o szym mówić. Próbowała pani rozmawiać z męszem o tym wszystkim?
Pani Skowrońska jęknęła.
- Oczywiście, że próbowałam, ale z nim już nie można rozmawiać...Jest...Kiedy do niego mówię, milczy...Nie próbuje się tłumaczyć, nie proponuje jakiegoś rozwiązania...Jedyne co od niego słyszę, to „Daj spokój”, „Przesadzasz” i tak dalej. A kiedy słyszę coś takiego, krew mnie zalewa i zawsze kończy się na wrzaskach...Pytałam go nawet wprost, czy ma kochankę i wie pani, co on wtedy zrobił? Po prostu położył się spać! Nawet nie zaprzeczył...
Znów uniosła dłonie do twarzy.
- A niedawno słyszałam, jak rozmawia przez telefon... - głos jej zadrżał. - Nie wiem dokładnie, co mówił, ale gdyby pani słyszała ten ton! Wyłapałam jedno słowo...mansza, czy jakoś tak...
- Mein Schatz[7]? - spytała cicho pani Bauermann.
Pani Skowrońska popatrzyła na nią załzawionymi oczami.

- Tak, coś takiego...Co prawda nie znam niemieckiego, ale mam dość rozumu, żeby domyślać się, co to znaczy.
Spuściła wzrok.
Pani Bauermann zastanawiała się przez chwilę, czy powiedzieć jej o sytuacji na klatce schodowej, ale uznała, że nie ma na to serca.
- Mam dosyć tej sytuacji. -  powiedziała pani Skowrońska, a w jej głosie brzmiała ta sama twarda nuta, którą było słychać w głosie Adasia, kiedy mówił, że powinna wywalić męża na zbity pysk. - Dosyć tej ciągłej niepewności, czekania na niego nie wiadomo do której...Chciałabym mieć konkretny dowód. Jeśli okaże się, że jest czysty, założę worek pokutny i już nie będę mieć o nic pretensji...A jeżeli nie – zacisnęła zęby. - Będę przynajmniej wiedziała, jak wygląda ta lafirynda i przy najbliższej okazji ukręcę jej łeb!
Ten grozny wyrok brzmiał jakiś czas w powietrzu. Pani Bauermann uśmiechnęła się delikatnie.
- Jeszeli chozi o konkretne dowody. - powiedziała. - To chyba znam kogoz, kto mógłby pomóc w tej kwestii.

*** 

Pani Skowrońska była okropnie zdenerwowana. Nigdy jeszcze nie korzystała z usług prywatnego detektywa, więc nie wiedziała, czego się spodziewać. Kiedy usłyszała od pani Bauermann, że rzeczony detektyw jest „trochę ziwakiem, ale naprawdę genialnym”, bynajmniej się nie uspokoiła.
Kiedy zobaczyła, że biuro detektywistyczne mieści się na ulicy Jagiellonów, jej konsternacja siegnęła zenitu. Ta ulica pełniła rolę miejscowego siedliska wszelkiego zła i występku. Zawsze nakazywała Adasiowi omijać ją szerokim łukiem, zwłaszcza wtedy, gdy szybko robiło się ciemno.
Dyskretnie sprawdzila, czy kolczyki ma wciąż na swoim miejscu.
- On...ten pan...tu mieszka? - zwróciła się do pani Bauermann, myśląc, że jeśli usłyszy „tak”, to w tej chwili wraca do domu. I niech Adam ma sobie nawet pięćdziesiąt kochanek naraz, kto mu zabroni...
- Nie, nie, nie! - uspokoiła ją pani Bauermann, rozumiejąc, o co chodzi. - Tylko biuro wynajmuje. Tanio jest.
Wiadomo, że tanio, pomyślała pani Skowrońska. W końcu mieszkają tu tylko ci, których nie stać na lokum nigdzie indziej.
Ruszyły w kierunku jednej z kamienic, pod którym siedziało trzech gładko ogolonych „patriotów” w kurtkach moro. Jeden z nich, popijający (oczywiście patriotycznie) piwo, odstawił butelkę, spojrzał w ich kierunku i wrzasnął na całe gardło:
- Nazistowska kurwa idzie! Sieg heil!
I wyciągnął rękę w pasujący do wypowiedzi sposób.
Pani Bauermann nie powiedziała nic, tylko uniosła wyżej głowę i zacisnęła zęby.
- Ile żydowskich dzieci zabiłaś, szwabska świnio? - zawołał za nią.
Nie wytrzymała. Odwróciła się.
- Więcej, niż ty jestez w stanie zrobić! - odkrzyknęła. Na policzkach wykwitły jej rumieńce.
Potem jak gdyby nigdy nic wpisała kod do domofonu i weszła do kamienicy, przepuszczając panią Skowrońską przed sobą.

*** 

W miarę wspinania się na trzecie piętro (windy nie było) nachodziły ją coraz większe wątpliwości. Co rusz przeciskał się obok niej jakiś schodzący na dół zataczający się osobnik, nucący pod nosem nienadającą się do powtórzenia piosenkę, albo wyjątkowo kuse ubrane (i również zataczające się) dziewczyny w bardzo mocnym makijażu. Co robi tu ona, szanująca się księgowa? Ten „detektyw” to pewnie też jakiś degenerat...
Ale przecież jest znajomym pani Bauermann. A ona raczej nie gustuje w towarzystwie degeneratów.
W sumie nigdy nic nie wiadomo, myślała pani Skowrońska, patrząc, jak paru zataczających się osobników na widok jej sąsiadki powiedziało: „Morgen”, a ona odpowiadała, odwracając lekko twarz w drugą stronę. Wyglądało na to, że była tu nie pierwszy raz. Co ja właściwie o niej wiem, dumała dalej, poza tym, że uczy niemieckiego? Ona po prostu się wprowadziła, pocztą pantoflową rozeszło się, że w bloku jest Niemka, że można do niej na korepetycje przychodzić i już, a że awantur nie urządza, to nikt o szczegóły nie pyta…Nie wiadomo nawet, czy jest mężatką, bo obrączkę niby nosi, a pana Bauermanna jakoś ani widu, ani słychu...
Pani Skowrońska już chciała się odezwać, ale obiekt jej rozmyślań pierwszy zabrał głos.
- Tylko taka prozba…Proszę na niego za długo nie patrzeć, dobsze?
- Na kogo? – zapytała z roztargnieniem.
- Na Da…znaszy się, pana Detektiva. To złoty szłowiek, naprawdę, geniusz w tym, co robi, a maniery wobec kobiet ma takie, sze tylko się od niego uszyć…Tylko to jedno go do szału doprowaza.
- A dlaczego? – zapytała pani Skowrońska ze zdziwieniem.
Pani Bauermann uśmiechnęła się dziwnie.
- Jest tak niesamowite przystojny, sze jak kobieta raz na niego popatrzy, to oszu oderwać nie mosze. I to go wkusza, bo jak w pracy jest, to sto procent koncentracji potrzebuje.
Pani Skowrońska nie zdążyła się nawet zastanowić nad tą odpowiedzią. Chwilę później zdziwiła się bowiem tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
Drzwi do mieszkania po jej lewej stronie otwarły się i stanął w nich młody chłopak. Miał na sobie skórzaną kurtkę, a jego bladą twarz pokrywały obficie pryszcze.
Żadnych więcej szczegółów pani Skowrońska nie zdążyła zaobserwować. Młodzieniec bowiem natychmiast zgiął się w ukłonie tak głębokim, jakby zamierzał wytrzeć nosem podłogę.
- Witam panią kierownik… - zachrypiał, pochylając się nad ręką pani Bauermann, by ją ucałować. – Guten Morgen.
- O tej gozinie to już raszej Guten Tag. – stwierdziła z krzywym uśmiechem, patrząc na zegarek.
- Przepraszam, przepraszam. – mruknął i zaczął obsypywać jej dłoń jeszcze gwałtowniejszymi pocałunkami, jakby chciał w ten sposób zamazać swoją pomyłkę. – Przepraszam najmocniej, ja człowiek niewykształcony…
- Dobra, dobra. – powiedziała ze zniecierpliwieniem, zabierając w końcu rękę z zasięgu jego ust. – Szefa zisiaj wiziałez? Mamy do niego interes.
Pani Skowrońska była skołowana. Co tu się dzieje? Szefowie, interesy, „pani kierownik”…Wszystko to brzmiało dla niej jak skrzyżowanie „Ojca chrzestnego” z dworcem centralnym. Tak niecodzienne połączenie zamurowało ją ostatecznie.
- Witam, witam. – powiedział chłopak, zwracając się z kolei w jej kierunku. – Pani pozwoli…Maksymilian Bardycki.
- Skowrońska. – mruknęła, chowając przezornie ręce do kieszeni, żeby nie powtórzył na niej rytuału, którym uraczył jej towarzyszkę. – Pan…zna pana detektywa?
Tylko takie wyjaśnienie przyszło jej do głowy. Co innego mogły oznaczać słowa: „M a m y  do niego interes?”. Wyczuła okazję, by dowiedzieć się czegoś nowego o człowieku, przed którym już za moment miała wylać najgłębiej skrywane obawy.
- Pana kierownika? – zapytał Maks, a w jego głosie pojawiło się coś w rodzaju religijnej czci. – Oczywiście! Nie wiem, z jakim problemem szanowna pani do niego idzie, nie śmiem pytać…ale na pewno trafiła na właściwą osobę. Wspaniały człowiek, naprawdę.
- Starczy tej wazeliny, bo jeszcze się ktoś poślizgnie. – rozległ się żeński głos. Maks na sam jego dźwięk zagdakał dziwnie, skoczył do swojego mieszkania i zatrzasnął z hukiem drzwi.
Młoda dziewczyna o długich brązowych włosach, która właśnie weszła na piętro, parsknęła śmiechem.
- Dzień dobry! – zawołała. – Pani Skowrońska?
- Yyy…tak. – odpowiedziała tamta niepewnie.
- Tata już na panie czeka. Zapraszam.
Tata…a więc ten człowiek ma dzieci! Świadomość, że ma z nim choć jedną cechę wspólną, dodała pani Skowrońskiej nieco pewności siebie. 

Oderwiemy się na chwilę od problemów nieszczęśliwej żony i przybliżymy Czytelnikowi powód zachowania Maksa, żeby trochę urozmaicić opowieść.
Otóż niecały rok przed wydarzeniami, które staramy się tutaj odmalować, ten przesympatyczny chłopak, będąc w stanie mocno wskazującym na spożycie, spotkał Klaudię – tak miała na imię dziewczyna, którą poznaliśmy chwilę temu. Wyszczerzył do niej zęby i zawołał:
- Cześć, maleńka!
- Cześć. – odpowiedziała, nawet na niego nie patrząc. Bardzo się spieszyła.
Maks nawet na trzeźwo uważał się za mistrza podrywu. A po kilku browarach to już ho, ho, klękajcie narody! Nie chcąc marnować okazji do treningu w tej kwestii, przygładził włosy i dodał:
- Śliczna jesteś…trochę płaściutka tu i ówdzie, ale poza tym to syfilida normalnie!
Klaudia zatrzymała się w pół kroku. „Syfilida”? Chciał powiedzieć: „sylfida”, czy imputuje jej jakieś choroby weneryczne? A może to jakieś slangowe określenie na prostytutkę – w końcu pełno przedstawicielek tego zawodu się tu kręci?
Była osobą raczej pozytywnie nastawioną do świata i ludzi, więc normalnie założyłaby opcję numer jeden. Ale w tamtej chwili miała na głowie bolesny okres, migrenę i dopiero co odbytą telefonicznie kłótnię z chłopakiem. Mężczyźni budzili w niej wstręt niedający się opisać słowami, więc wrzasnęła:
- Spierdalaj, zboczeńcu!
Po tych słowach ocierając łzy, zbiegła na dół.
Maks mruknął tylko pod nosem: „I, nie ta, to inna” i poszedł spać. Kiedy się obudził, poczuł coś zimnego na szyi. Prawie narobił w spodnie zrozumiawszy, że to lufa pistoletu.
- Tylko spokojnie. – zamruczał miękko trzymający śmiertelną broń osobnik. – Bądź grzeczny, a nawet włos ci z głowy nie spadnie, rozumiesz?
Maks zdrętwiał. Poruszenie choćby małym palcem u lewej stopy przekraczało jego możliwości.
Dopiero po chwili zdołał zidentyfikować napastnika.
- Pa…pa…pa…pa…pa...pa…
Chciał powiedzieć: „Panie kierowniku”, ale czuł, jakby jego język był zrobiony z ołowiu.
Znał tego faceta już od kilku lat. Czasem wypełniał dla niego jakieś robótki: chodził za kimś, albo zadawał kumplom określone pytania, starając się nie wzbudzać podejrzeń…Nawet nie myślał, dlaczego, bo „kierownik” zawsze obficie szeleścił papierkami, kiedy o coś prosił. Maks wiedział jedno: z tym facetem się nie żartuje.
- Ja…ja…ni…ni…ni…
- Już, już, spokojne. – powtórzył prawie rozbawionym tonem drugi z mężczyzn. – „Syfilida”, mówi ci to coś?
„Zaprzeczaj!” – wrzeszczał wniebogłosy instynkt Maksa. – „Zaprzeczaj, ile wlezie!”.Inna sprawa, że w tej chwili naprawdę nie miał pojęcia, o co chodzi. Czuł tylko ciężar lufy na gardle.
- Ja nic nie wiem! – zapiał w końcu jakimś dziwnym głosem. Zaschło mu w ustach.

- Nie wiesz? – „kierownik” lekko się uśmiechnął. – Dziewczyna, której nadałeś to ciekawe przezwisko, jest moją córką…pierworodną, jeśli mam wchodzić w szczegóły.
W uszach Maksa zadźwięczało dalekie echo słów: „Spierdalaj, zboczeńcu!”, a przed oczami pojawiła się ciemnowłosa dziewczyna o prawie niewidocznym biuście.
- Ja…ja…ja…
- Dobrze. – „kierownik” skinął głową. – Wezmę teraz pistolet, bo ewidentnie nie służy ci na mózg. Ale będę go cały czas trzymał, więc żadnych numerów, zrozumiano?
Maks przytaknął. Zabranie pistoletu wydawało mu się świetnym pomysłem na każdych możliwych warunkach. Już po chwili upiorny ciężar opuścił jego gardło. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów i zaskomlał:
- Kierowniku złoty…Przecież gdybym ja wiedział, że to jest pańska córka, to ja bym nigdy…Ja zawsze…
- Już, wyluzuj. Prawda, wiele razy mi pomogłeś i wiesz? Nawet cię lubię.
Maks zerknął niepewnie na broń i pomyślał, że to bardzo nietypowy sposób okazywania sympatii.
- Ale nie odzywaj się tak więcej do Klaudii, jasne? Najlepiej w ogóle za bardzo jej nie zaczepiaj…szkoda twojego czasu.
- Oczywiście, oczywiście! – przytaknął gorliwie Maks. – Gdzie mi tam do córki pana kierownika…Nigdy w życiu.
- Super. – usta „kierownika” wykrzywił lekki uśmiech. Poklepał swoją niedoszłą ofiarę po ramieniu w prawie ojcowskim geście. – Wiedziałem, że się dogadamy…bo ty bardzo mądry chłopak jesteś, Maks. Tylko czasem o tym zapominasz.
Gdy chłopak został sam, sięgnął do lodówki po piwo. Uznał, że bez tego się nie obejdzie.
Nagle przyszło mu coś do głowy. Tak go przeraziła własna myśli, że wyleciał z mieszkania i wpadł prosto do znajdującego się obok biura.
- Panie kierowniku! – zawołał. – Panie kierowniku!
- Co tam znowu? – zapytał detektyw, stojący w drzwiach swojego gabinetu. – Pół godziny beze mnie nie wysiedzisz? Wzruszające. Tylko nie zacznij kwiatów przynosić.
- Nie, nie, nie, gdzie tam, panie kierowniku! – zaprotestował Maks gorąco. – Tylko…zapytać o coś chciałem.
- Strzelaj.
To niewinne w tym kontekście określenie skojarzyło się biedakowi z niedawnymi przeżyciami. Aż podskoczył.
- Ile pan kierownik ma córek? – zapytał ledwie dosłyszalnym szeptem.
Detektyw zmarszczył brwi.
- Dwa tysiące trzysta czterdzieści osiem i jedną dziesiątą. Dlaczego pytasz?
Maks jęknął głucho. Pomyślał, że teraz będzie się bał zagadnąć jakąkolwiek dziewczynę, bo skąd pewność, czy nie grozi mu za to kulka w łeb?
- Pójdę do klasztoru. – oświadczył tonem bezgranicznej rozpaczy.
Na twarzy detektywa odmalowało się zaniepokojenie. Podszedł do Maksa.
- Ty, ty, ty…Chyba niedospany jesteś, co? Ile wypiłeś?
Chłopak padł na kolana.
- Kierowniku, błagam, niech pan będzie szczery, tu o moje życie chodzi! Ile ich jest?!
Detektyw doszedł do wniosku, że najwidoczniej ma do czynienia z osobą chorą i zmienił nastawienie.
- Dwie. – odparł w końcu. – Klaudia i jeszcze jedna…Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to może idź się połóż, co?
- Dwie! – powtórzył Maks z ogniem w oczach, nie wstając. – Na pewno tylko tyle?
Jego rozmówca parsknął śmiechem.
- Wiesz, co mówią…tylko matka jest pewna. Ale żadna z moich znajomych nigdy nie zgłaszała w tym względzie pretensji, więc…
- A jak ta druga wygląda?
- Dlaczego cię to tak interesuje?
Maks pobladł gwałtownie, zrozumiawszy, że może być podejrzewany o coś niecnego.
- Nic! Nic! – zawołał z takim uczuciem, jakby przysięgał przed ołtarzem. – Jak Boga kocham, że nic, panie kierowniku…Ale gdyby tu pana odwiedziła, to nie chciałbym…omyłkowo…
Gdy detektyw pojął wreszcie sens tych słów, ryknął śmiechem.
- Jakbyś traktował wszystkie kobiety należycie, to w ogóle problemu by nie było. – zauważył, żartobliwie grożąc chłopakowi palcem.
- Należycie, jak należycie, ale przecież kierownik zabronił mi do szanownych córeczek w ogóle coś tego…To co, mam się od wszystkich dziewczyn z daleka trzymać? Niechże pan będzie człowiekiem!
- Dobra, dobra. – zarechotał kierownik. – Chwilunia. I wstań wreszcie, bo ja nie Ojciec Święty, żebyś przede mną klęczeć musiał.
Wszedł na chwilę do swojego gabinetu. Wrócił z komórką, którą podetknął Maksowi.
Z wyświetlacza uśmiechała się dziewczyna o jasnej cerze, puszystych rudych włosach i piwnych oczach, okalanych długimi rzęsami. Od razu wpadła chłopakowi w oko i pożałował, że taka ślicznotka będzie dla niego zawsze nieosiągalna.
- Piękna. – westchnął, zanim zdołał ugryźć się w język.
- Nie po mnie to ma, oj, nie po mnie. – również westchnął detektyw, chowając komórkę do kieszeni. – Rzadko tu przychodzi, więc szansa, że ją zobaczysz na żywo, jest raczej niewielka…Ale skoro byłeś taki ciekawy, to proszę bardzo.
- Tak, tak. – Maks kiwnął głową i wrócił do rzeczywistości. – Faktycznie pójdę już do siebie, zmęczony jakiś jestem…Gdyby coś było trzeba, to pan kierownik wie, gdzie mnie szukać.
Od tego czasu umykał, jak rączy jelonek, gdy tylko Klaudia pojawiła się w zasięgu któregokolwiek z jego zmysłów – na wszelki wypadek. Jej siostry nigdy jeszcze nie spotkał, za to z biegiem czasu coraz częściej widywał w kamienicy tę samą kobietę – po trzydziestce, jasnowłosą, mówiącą z niemieckim akcentem. Pewnego razu był świadkiem, jak mówi ona do „kierownika”, trzymając go za rękę:
- To powozenia, Daruz…Jak już się z to cholerstwo uporasz, musimy zjezc obiad w jakiejz posządnej restauracji. Ja stawiam.
- No chyba zgłupiałaś. – obruszył się. – Co ja, żebrak jakiś jestem, żebyś musiała mi za jedzenie płacić? Może w tej twojej Germanii panuje inny zwyczaj, ale tu sporo prawdziwych facetów zostało.
- Nie mam szadne wątpliwozci. – zaśmiała się i cmoknęła go w policzek. – Zazwoń, jakby co.
- Zazwonię, zazwonię…Musisz mi tylko najpierw powiedzieć, co to znaczy.
Parsknęła śmiechem, skierowała się w stronę schodów i pomachała swojemu rozmówcy, zanim zeszła na dół.
Po tej rozmowie Maks też nie miał „szadne wątpliwozci”: pan kierownik znalazł sobie kobietę. Nikt nie musiał mu mówić, co to dla niego oznacza. Efekty jego rozmyślań w tej kwestii Czytelnik mógł sam zaobserwować. Wróćmy jednak do pani Skowrońskiej, bo biedaczka znajduje się na życiowym zakręcie i na pewno nie może się doczekać końca tej sytuacji.

  

Biuro detektywa znajdowało się po prostu w niewielkim mieszkaniu. Idąc za jego córką przez przedpokój pani Skowrońska zauważyła nawet skarpetki leżące na kaloryferze.
- Ten pan na pewno tu nie mieszka? – zwróciła się cicho do sąsiadki, wskazując na wzmiankowaną część garderoby.
- Tata czasem woli nocować w biurze. – wyjaśniła córka detektywa, Klaudia, oglądając się przez ramię. – Kiedy pracuje nad czymś skomplikowanym, nie chce zabierać wszystkich materiałów do domu. Dlatego trzyma tu parę rzeczy osobistych. Ja zresztą też.
- Aha… - pani Skowrońska spuściła głowę. – Przepraszam, nie chciałam zabrzmieć…
- Nic się nie stało. – usta dziewczyny wykrzywił uśmiech, dzięki któremu zaprezentowała światu aparat ortodontyczny. – Naprawdę, proszę się nie denerwować. Tata chwilami może się wydawać nieprzystępny, ale jest świetnym detektywem.
- Chcesz dostać podwyżkę?
W drzwiach, do których właśnie zmierzały, stał wysoki mężczyzna po czterdziestce. Miał ciemne, przenikliwe oczy, okalane gęstymi rzęsami i równie ciemny kilkudniowy zarost, w którym z lewej strony widać było ubytek. Kiedy odwrócił lekko głowę, pani Skowrońska zdała sobie sprawę, że powodem tego jest blizna, ciągnąca się niemal przez cały policzek.
- To jak, chcesz dostać podwyżkę? – zapytał, krzyżując ręce. – U mnie dostaje się ją za sumienność, a nie włazidupstwo, córciu.
Klaudia mruknęła coś pod nosem, a detektyw przeniósł spojrzenie na pozostałe dwie kobiety.
- Witam. – zwrócił się do pani Skowrońskiej. – Jak rozumiem, to pani jest główną zainteresowaną?
- Chyba tak. – odpowiedziała niepewnie. Do tej pory stykała się z prywatnymi detektywami wyłącznie w książkach i na ekranie telewizora. Za pomocą ekscentrycznych metod rozwiązywali zagadki kryminalne, a w ostatnim rozdziale szczegółowo wyjaśniali przebieg zabójstwa, ujmowali sprawcę i odbierali gratulacje od pełnych niechętnego podziwu stróżów prawa. Jak to wyglądało naprawdę? Co, miała usiąść przed tym człowiekiem i wyznać mu, że mąż nie sypia z nią od dłuższego czasu? Poprosić, żeby go śledził? Ile to w ogóle będzie kosztować? A jeśli Adam jest niewinny, a ona tylko wyrzuci pieniądze w błoto? I jeszcze do końca życia będzie miała wyrzuty sumienia, że tak nie zaufała mężowi?
Usta detektywa wykrzywił lekki grymas. Pani Skowrońska zdała sobie sprawę, że ciągle na niego patrzy. Rany boskie, pewnie myśli, że to ta blizna…A przecież pani Bauermann ostrzegała, żeby za długo na niego nie patrzeć! Natychmiast uciekła wzrokiem. Poczuła, że robi się jej gorąco.
- Dobrze, porozmawiamy w moim gabinecie. – zadecydował detektyw. - Czy pani Bauermann ma być obecna przy naszej rozmowie?
Nieszczęśliwa żona zerknęła na sąsiadkę. Przy niej czuła się dużo pewniej. Ona znała tych ludzi i to prywatnie. Lepiej będzie wiedziała, jak z nimi rozmawiać.
- Tak, prosiłabym. – odpowiedziała.
Wchodząc do gabinetu uświadomiła sobie, że na pierwszy rzut oka między jej sąsiadką a detektywem nie widać zbytniej zażyłości – nawet się do siebie nie odezwali! Poza tym nie wiedziała nawet, w jakich okolicznościach ta znajomość została zawarta.

 

*** 

Zębowski (tak przedstawił się detektyw) usiadł za biurkiem.
- Spokojnie. – uśmiechnął się do pani Skowrońskiej. – Wiem, że to dla pani pierwsza wizyta w tego typu firmie, więc zapewniam: nie gryzę.
Kobieta przełknęła ślinę.
- A skąd pan wie, że…pierwsza? – zapytała niepewnie. – Ach…pani Bauermann panu powiedziała?
- Nie. – pokręcił głową. – Ale to nieufne spojrzenie poznam nawet na końcu świata. „Ach, więc to tak wygląda prywatny detektyw?”. – przy ostatnim zdaniu zawyżył nieco głos. – Spodziewała się pani, że łypnę na nią przez lupę, a potem oświadczę wszem wobec, co robiła w czwartek siedemnastego o szesnastej czterdzieści trzy?
Kiwnęła głową i po raz pierwszy od kilku dni szczerze się uśmiechnęła.
- Tego nie umiem stwierdzić po tak krótkim czasie, za to wiem, co robiła pani dziś rano.
Najwyraźniej proponował jej jakiś rodzaj gry. Podjęła wyzwanie.
- Niech mnie pan zaskoczy.
- Z przyjemnością. Hm… - zmarszczył czoło. – Wstała pani z łóżka, zjadła śniadanie, wyprawiła dziecko do szkoły, a potem w oczekiwaniu na panią Bauermann wypiła kawę, zmyła lakier z paznokci…jakiś ciemny kolor, o ile mnie wzrok nie myli…potem moja koleżanka do pani przyszła, więc na szybko zrobiła pani makijaż i wyruszyłyście tutaj. A pod samymi drzwiami mojego biura zostałyście zaczepione przez Maksa, który, nieco koloryzując, przedstawił mnie pani w samych superlatywach. I co, trafiłem?
Pani Skowrońska aż otworzyła usta. Wysłuchała właśnie streszczenia swojego poranka z ust człowieka, który znał ją od kilku minut.
Zerknęła na panią Bauermann, ale ta zdawała się bardziej rozbawiona, niż wbita w siedzenie.
- On tak cały szas. – powiedziała z uśmiechem. – Teraz wydaje się imponujące, ale gwarantuję pani, sze na cozień wytrzymać tego nie moszna.
- Ja wszystko słyszę! – obruszył się detektyw. – Ale niech mnie pani nie trzyma w niepewności. Trafiłem?
- Co do joty. – wyjąkała pani Skowrońska z podziwem. - Ale jak…?
- To bardzo proste. – zapewnił z uśmiechem. – Musiała pani najpierw wstać, wskazuje na to zwykła logika. Pani Bauermann wspominała mi wczoraj przez telefon, że pani syn przychodzi do niej na korki, więc dziecko też było dość oczywiste.
- A reszta? Skąd pan, wie, że wypiłam kawę i to czekając na panią Bauermann, a nie przy śniadaniu?
- Sam piję kawę nałogowo już pół życia i dobrze wiem, że ten błogosławiony napój barwi zęby. – uśmiechnął się szeroko, by zilustrować tezę. – Proszę się nie obrazić, ale u szanownej pani to zwyczajnie widać…A poza tym wiem dobrze, że jeśli człowiek umówi się z panią Bauermann gdziekolwiek, to zawsze zdąży wypić kawę, czekając. Znam to z autopsji. Nie maluję paznokci, ale gdybym to robił, zdążyłbym zmyć lakier trzy razy. – spojrzał prosto na swoją znajomą. – To tak a propos rzeczy, których nie można wytrzymać…Co ty wtedy robisz, składasz ofiary jakimś bóstwom germańskim?
- Kretyn. – mruknęła.
- A skąd pan wiedział, że zmywałam lakier? – to panią Skowrońską najbardziej zdziwiło. – I jakiego był koloru? I że dopiero po przyjściu pani Bauermann zrobiłam makijaż?
Detektyw spuścił oczy.
- Zacznę od ostatniego pytania, chociaż odpowiedź na nie jest dla mnie trochę krępująca. Wyjechała pani pomadką odrobinę poza kontur ust, więc zakładam, że malowała się w pośpiechu. Przepraszam najmocniej, nie chciałem pani zawstydzać.
Pani Skowrońska dotknęła ust. Milcząca do tej pory Klaudia wyszła i po chwili wróciła z lusterkiem i chusteczkami. Już po chwili klientka doprowadziła się do porządku.
- Jeszcze raz najmocniej przepraszam. – detektyw uśmiechnął się z zażenowaniem. – Właściwie mogłem trzymać język za zębami, bo to detal, który naprawdę nie psuje całości. Jest pani bardzo ładną kobietą. Mąż to szczęściarz.
Mąż…pani Skowrońska drgnęła. Ten detektyw tak ją zaciekawił, że przez rozmowę z nim prawie zapomniała, po co do niego przyszła. Jak mogła zapomnieć?
- Dobrze. – mężczyzna założył ręce za głowę i spojrzał w sufit. – Pokazałem pani na banalnym przykładzie, jakimi metodami najczęściej się posługuję. Czy teraz dalej uważa pani, że jestem w stanie jej pomóc? Chciałaby, żebym spróbował? I najważniejsze. – spojrzał jej w oczy. – Ufa mi pani?
Skowrońska spuściła wzrok. Teraz widziała jak na dłoni, że ma do czynienia z prawdziwym detektywem. Zębowski świdrował ją oczami na wylot. Nagle zaciekawiło ją, czy patrzy tak na ludzi, których podejrzewa o zabójstwo.
„Na litość boską, to nie telewizja!” – zganiła się w myślach.
Rany Julek, jak on to zrobił? Opisał cały przebieg jej poranka, do tego tak precyzyjnie…A minę miał przy tym taką, jakby chodziło o najoczywistsze rzeczy pod Słońcem! Jeśli to prawda, co mówiła pani Bauermann, że on może tak bez przerwy…
- Tak, tak i…tak. – odparła w końcu.
Uśmiech wrócił na twarz detektywa.
- To doskonale. Proszę wybaczyć, że pytam w tak obcesowy sposób, ale zaufanie jest ważne, w końcu będziemy rozmawiać na dosyć…intymne tematy.
Skinęła głową. Właśnie…teraz miała przyjść ta najtrudniejsza część.
- A…ile to będzie kosztowało? – zapytała. – Na stronie było napisane, że wycena jest indywidualna, ale…
Wiedziała, że usłyszy: „To zależy od sprawy”, lub coś podobnego, ale chciała choć na moment skupić się jeszcze na konkretnych szczegółach, na liczbach.
- To prawda. – detektyw kiwnął głową. – Do każdego klienta podchodzę indywidualnie, nawet bardzo. Decyzję o zajęciu się sprawą podejmuję na podstawie samego problemu, a nie wypłacalności klienta. Raz była nawet taka sytuacja, że klientka odwdzięczyła mi się trzema słoikami własnoręcznie robionego dżemu, zamiast pieniędzmi. Jedna z najlepszych transakcji w moim życiu, szczerze mówiąc – oblizał się. 

- Płatne z góry?
- Znów: to zależy od klienta, ale szczerze mówiąc, wolałbym tak. Nieraz się zdarza, że post factum klient jest tak zaabsorbowany wynikami śledztwa, że zapomina płacić…Albo wychodzi na przykład z założenia, że skoro zniszczyłem mu życie rodzinne, to złamany grosz mi się nie należy. Ale myślę, że z panią nie będzie tego typu problemów. – lekko się uśmiechnął. – Możemy z Klaudią zacząć śledzić szanownego małżonka nawet jutro, jeżeli tylko pani sobie tego życzy.
Pani Skowrońska wytrzeszczyła na Zębowskiego oczy.
- Jak…jak… - wyjąkała. – nie zaświtało jej nawet w głowie, że pani Bauermann mogła wtajemniczyć detektywa choć pobieżnie w temat, zanim dzisiaj do niego przyszły. Biorąc pod uwagę, czego była świadkiem, nie zdziwiłaby się, gdyby i tę informację mężczyzna wydedukował.
- Sprawdzanie wierności małżonków płci obojga to najczęstsza sprawa, jaką się tutaj z córką zajmujemy, więc założyłem to w ciemno. Pewność zyskałem, kiedy zobaczyłem, jak pani reaguje na wzmiankę o mężu…Celowo użyłem takich słów i mam nadzieję, że wybaczy mi pani tę drobną prowokację.
Klientka nie powiedziała ani słowa, tylko spuściła wzrok.
- Dobrze, ale jednak wszystkiego sobie nie wywróżę. Proszę mi teraz na spokojnie i w miarę szczegółowo wyjaśnić, o co chodzi i czego pani ode mnie oczekuje.
Słuchał, nie przerywał, najwyżej kiwał głową. Sprawiał wrażenie, jakby oglądał dobrze znany odcinek jakiegoś serialu. Tylko raz widać było po nim silniejszą reakcję. Kiedy usłyszał, że jego znajoma była podejrzewana o uwodzenie pana Skowrońskiego, zaniósł się bardzo dziwnym kaszlem. Pani Bauermann rzuciła mu na to nieprzychylne spojrzenie.
- Rozumiem. – powiedział w końcu. Dopytał o adres domowy państwa Skowrońskich i adres firmy, w której pracował jej mąż  – Możemy nawet z marszu podpisać umowę, na powiedzmy, dwa tygodnie (tak zwykle robimy w takich sytuacjach), a jeśli po tym czasie nic się nie okaże, zastanowimy się, co robić. Czy to pani odpowiada?
- Najpierw musiałabym przeczytać tę umowę. – odpowiedziała pani Skowrońska, zaciskając lekko usta.
- Podoba mi się ta odpowiedź! – stwierdził, poklikał chwilę i stojąca na parapecie drukarka wypluła kilka kartek papieru. Zębowski przesunął je po blacie.
- Niech pani się z tym na spokojnie zapozna. W razie pytań proszę się zwrócić do Klaudii.
Pani Skowrońska zaczęła czytać umowę. Detektyw wstał, okrążył swoje biurko, podszedł do pani Bauermann i szepnął jej coś na ucho. Kiwnęła głową i oboje wyszli z gabinetu.


***

Chwilę patrzyła w milczeniu, jak robi sobie kanapkę z pastą rybną.
- No, co chciałez? – zapytała w końcu.
- Powiedz mi tak szczerze: masz z nim romans?
Nie rozumiała.
- Z kim?
- Z tym Skowrońskim.
Aż jej szczęka opadła.
- Jak smiesz!
- Na pewno?
- Sązisz, sze byłabym zdolna do szegoz takiego?
- Tylko pytam. Oszczędziłabyś mi sporo siedzenia w samochodzie, gdybyś powiedziała: „Tak”.
W jej oczach błysnął gniew. Zaczęła bić detektywa po ramionach.
- Scheiβkerl[8]! – zawołała ze złością. – Tylko o własna dupa myslisz!
- Staram się podchodzić obiektywnie do sprawy. Odkrycie w toku śledztwa, że chodzi o ciebie, byłoby dla mnie dużo bardziej przykre.
Spojrzała mu głęboko w oczy.
- Darek, znasz mnie. Ja bym nigdy szegoz takiego nie zrobiła.
- Wiem, wiem. – uśmiechnął się przepraszająco. – Sorry, Gosia. Musiałem spytać.
Nie znosiła, kiedy ktoś nazywał ją Gosią. Tylko Zębowskiemu na to pozwalała.
- Dobra, rozumiem.
- A może on jest w tobie zadurzony? Takie rzeczy się zdarzają.
- Nie, skąd. – przejechała ręką po jasnych włosach. – Chyba nie…
- Dobrze wiesz, że mam alergię na takie odpowiedzi.
Westchnęła i usiadła na kuchennym krześle.
- Do tej pory mówiłam mu włazciwie tylko „zień dobry”, ale parę dni temu…
- Oho! – sięgnął do szafki po talerz. – Nieźle się zaczyna. Też chcesz?
Pokręciła głową. Bardzo lubiła ryby, ale akurat nie była głodna.
Usiadł naprzeciwko niej i przystąpił do konsumpcji.
- No, mów. Byle wszystko.
Westchnęła i opisała mu rozmowę, która ostatnio często gościła w jej myślach.
- Nie odniosłaś wrażenia, że jest tobą…zainteresowany?
- Jak Boga kocham, sze nie! Wyszułabym coz.
- A jak się zachowywał? Był może zdenerwowany?
- Mosze trochę… - przyznała po zastanowieniu. – Ciągle sobie poprawiał kołnieszyk od koszuli.
- Mhm… - Zębowski kiwnął głową.
Pani Bauermann zbladła.
- Jezu, ty chyba nie myzlisz…
- Ja nic nie myślę, Gosia, ja nic nie myślę…Słucham tylko. Coś jeszcze?
Chciała powiedzieć, że nic więcej, żeby przestał sugerować bzdury…ale nie mogła. Zwyczajnie nie potrafiła go okłamywać.
- Ciągle się do mnie uśmiechał. – jęknęła z rozpaczą i ukryła twarz w dłoniach.
Zębowski milczał.
- Daruz, ale to nie może być prawda! Ja wtedy po raz pierwszy w szyciu z nim dłuszej rozmawiałam!
- To o niczym nie świadczy.
Krew uderzyła jej do głowy.
- Już mnie oskarszyłez? Jak…
- Mów ciszej, bo ta kobieta wszystko usłyszy i wyciągnie pochopne wnioski.
Zamilkła, choć język aż ją świerzbił, żeby uraczyć tego bezczelnego typa soczystą wiązanką. Jak on śmie tak mówić! Przecież dobrze wie, lepiej niż ktokolwiek inny, że uwodzenie j a k i e g o k o l w i e k  mężczyzny, nie tylko żonatego i dzieciatego, absolutnie nie mieści się teraz w jej głowie…A co dopiero, żeby z rodzicem ucznia!
Poczuła, że usta jej drżą.
- No już, Gośka, już. – powiedział dziarsko detektyw. – Nie maż się, bo naprawdę nie ma powodu. Weź te ręce i spójrz na mnie.
Posłuchała. Uśmiechał się do niej.
- Nigdy nie śmiałbym sugerować, a zwłaszcza bez dowodów, że celowo uwiodłaś tego faceta. – zapewnił. – Ale jeśli mam rzetelnie podchodzić do sprawy, nie mogę wykluczyć, że chodzi mu o ciebie – przynajmniej teraz. Na to, czy ty się w kimś zakochasz, masz bardzo nikły wpływ, a w drugą stronę…
- Jezus Maria. – jęknęła. – Jak ja spojszę tej kobiecie w oszy! I jeszsze Adaz, znaszy jej syn, taki miły chłopiec…Która matka przyprowazi do mnie ziecko na korki, jak się rozejzie, sze roziny rozbijam?! I jeszsze jestem na tyle beszelna, sze prowazam szony swoich zdobyszy po Detektivach!
- Lepiej nie wymawiaj zdań, w których jest aż tyle „ż”, „sz” i „cz”, zwłaszcza jak jesteś zdenerwowana, bo ciężko zrozumieć. – mruknął i zaraz spoważniał. – Nie dramatyzuj, bo póki co żadnej rodziny nie rozbiłaś. Nawet jeśli faktycznie chodzi o ciebie. To oczywiście zależy od człowieka i całej sytuacji, ale o ile facet nie jest kompletnym chujem, nawet jeśli się zakocha, nie podejmuje decyzji o zostawieniu żony z dzieckiem tak. – pstryknął palcami. – A już na pewno nie przed tym, zanim się upewni, czy wybranka jest nim zainteresowana.
Pani Bauermann, co nie zdarzało jej się często, wróciła myślą do czasów sprzed swojego przyjazdu do Polski. Ile mogła mieć wtedy lat – pięć, sześć? Na pewno wypadały jej już mleczaki…w każdym razie siedziała wtedy na podłodze i bawiła się lalką, kiedy do rodziców przyszła zapłakana pani Maria (dzieci w tym wieku nie przykładają wagi do nazwisk) z trzeciego piętra. Mała Greta zaczęła wtedy pilnie ją obserwować – płaczący dorosły był dla niej nad wyraz dziwnym zjawiskiem.
Pani Maria szlochała strasznie i mówiła, że jej mąż zakochał się w sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami.
Greta pomyślała wtedy o córce sąsiadki, Nele. Kurczę, ale teraz będzie miała fajnie! Skoro jej tatuś się zakochał, to weźmie z tą panią ślub (w świecie dziecka, czerpiącego wiedzę o życiu głównie z baśni, te dwie rzeczy były ze sobą nierozerwalnie powiązane), a to znaczy, że Nele będzie miała dwie mamusie, z czego jedna będzie jej ciągle przynosiła zabawki. Może jej, Grecie, uda się coś z tego czasem pożyczyć, albo nawet dostać coś na stałe? Co prawda była na koleżankę trochę obrażona, odkąd ta nie oddała jej kredek, ale chyba pora zakopać topór wojenny…
Dlaczego jej mama nie pracuje w sklepie z zabawkami, tylko w jakimś nudnym biurze?
Zadała to ostatnie pytanie na głos i od razu zrozumiała, że powiedziała coś głupiego. Pani Maria zaczęła jeszcze głośniej płakać, a mama zrobiła się czerwona, kazała córce iść do pokoju, a niedługo potem wygłosiła długi wykład na temat tego, dlaczego dziecko nie powinno się odzywać bez pytania, kiedy dorośli rozmawiają.
Greta wzięła to sobie do serca, ale jakiś czas później spotkała Koniego, starszego brata Nele, który był w jej oczach dorosły – miał w końcu prawie szesnaście lat! Zanim zdołała ugryźć się w język, zapytała go o panią ze sklepu z zabawkami.
- A, młoda, daj spokój. – mruknął Koni ze złością. – Mój ojciec jest głupszy, niż noga od stołu! Ta pani nawet nie wiedziała, że jest w niej zakochany, a do tego chodzi z brzuchem.
Greta podrapała się po głowie.
- To chyba normalne. – stwierdziła w końcu. – Gdyby chodziła bez brzucha, nie mogłaby nic jeść i umarła z głodu, prawda?
Myślała, że zrobi na nim wrażenie tak absolutnie logicznym rozumowaniem, ale Koni tylko pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Ten brzuch…zrobił jej inny facet.
Wytrzeszczyła oczy.
- Co?! Jak to „zrobił”?
Koni wyraźnie się zmieszał.
- No…tak się mówi. Chodzi o to, że on jej dziecko zrobił i ona je teraz w brzuchu ma. Nie będę ci teraz tego tłumaczył, za mała jesteś…Ale będzie miała dziecko z kimś innym i na pewno nie będzie się wiązała z moim tatą. On nawet chciał wrócić, ale mama już mu nie pozwala.
Greta jeszcze raz podrapała się po głowie. Czegoś takiego w żadnej baśni braci Grimm nie było.
- Nie rozumiem. – przyznała. Było jej trochę wstyd przed Konim, nie chciała, żeby myślał o niej jako głupim dzieciaku. Chłopak jednak uśmiechnął się i potargał jej włosy. Nie lubiła, kiedy ktoś inny to robił, ale Koniemu pozwalała.
- I ciesz się, młoda, ciesz, bo tu nic fajnego do rozumienia nie ma…Ty powinnaś się na skakance bawić, a nie myśleć o takich rzeczach. W ogóle nie powinienem ci o tym mówić, ale jakiś taki wkurzony jestem…Wpadnij do nas wieczorem, Nela jest strasznie przybita. Może dasz radę trochę ją rozweselić.
Greta nie rozumiała do końca, o czym mówił Koni, ale Margareta – już tak. I to uprawniło ją, aby z absolutną pewnością powiedzieć Zębowskiemu:
- Nie masz racji, Darek.
- Przecież mówię, zdarzają się skurwysyny…Ale nie wszyscy faceci tacy są. Znam temat z autopsji, więc… - urwał gwałtownie i odwrócił głowę.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, co właśnie usłyszała.
- Chciałez zostawić szona z ziećmi?! – wydusiła.
- Gdzie ja, taką sprawę kiedyś prowadziłem, zresztą… - odchrząknął. – Nie o tym teraz rozmawiamy. Reasumując – nawet, jeśli pan Skowroński się w tobie durzy, nie musisz jeszcze iść do klasztoru ze skruchy, o ile nie wysyłałaś mu jakichś...jednoznacznych sygnałów. Robiłaś to?
Uderzyła ręką w blat stołu.
- Ile razy mam mówić, sze nie? Ani jednoznasznych, ani dwuznasznych, ani…trojoznasznych, ani w ogóle!
- Już, spokojnie, wierzę ci. Ale jednak są mocne przesłanki, że kochanka pana Skowrońskiego jest Niemką, prawda…
- Nie je…
- Nie jesteś jedyną Niemką na świecie. – dokończył. – Wiem, wiem. Ale posłuchaj…
- Panie detektywie! – doleciał z gabinetu głos pani Skowrońskiej.
- Zaraz przyjdę. – obiecał, nie przestając patrzeć w oczy swojej znajomej. – Napij się czegoś, zjedz, jeśli masz ochotę…A potem na spokojnie jeszcze raz porozmawiamy, okay?
Mruknęła coś niezrozumiałego i została sama.

 

*** 

Pani Skowrońska skończyła czytać umowę dość szybko – i jeszcze w trakcie zdecydowała, że na pewno ją podpisze. Jeszcze niedawno odczuwane wyrzuty sumienia zniknęły bezpowrotnie. Nie mogła pozwolić, żeby atmosfera w jej domu była taka, jak do tej pory. Zwłaszcza, że miała katastrofalny wpływ na Adasia, jeśli wierzyć pani Bauermann. Nie, tak nie może dłużej być! Trzeba przedsięwziąć jakieś kroki i to szybko! Wynajęcie detektywa wydawało się jej teraz idealnym rozwiązaniem. Jeśli Adam jest winny, będzie mogła rzucić mu dowody winy w twarz i z czystym sumieniem wywalić z domu. Jeśli nie – przynajmniej będzie miała co do tego pewność i zacznie szukać innego wytłumaczenia oziębłości męża. W żadnym razie nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto.
Tym bardziej, że Zębowski nie wyglądał na człowieka, który znajduje przyjemność w obdzieraniu ze skóry…
Pani Skowrońska musiała przyznać, że spodobał się jej ten mężczyzna. Może nie pod względem fizycznym, ale reszta…Kulturalny. Sprawiał wrażenie, jakby naprawdę przejął się jej sytuacją. I na pewno był dobrym detektywem.
Nagle zaciekawiło ją coś, więc odchrząknęła.
- Proszę pani…
Dziewczyna oderwała wzrok od laptopa.
- Klaudia, bardzo proszę. Jeszcze się na żadną panią absolutnie nie czuję.
- Dobrze. Klaudia. – nie chciała tak walić prosto z mostu, więc spróbowała okrężną drogą. – Jeśli można wiedzieć, ile masz lat?
- A na ile wyglądam?
Pani Skowrońska wzruszyła ramionami.
- Gdzieś…dwadzieścia?
- Odmłodziła mnie pani o dwa lata, dziękuję. – usta Klaudii wykrzywił lekki uśmiech.
- A co robisz, oprócz pracy tutaj?
- Studiuję zaocznie psychologię.
- O! – pani Skowrońska lekko się uśmiechnęła. – Przyszłościowy kierunek. A co chcesz robić potem?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Jej palce znów zaczęły tańczyć po klawiaturze niewielkiego laptopa.
- To samo, co teraz. Kierunek studiów wzięłam sobie głównie dlatego…wie pani, tata jest z wykształcenia prawnikiem, ja za niedługo będę psychologiem. W tego typu pracy zawsze można to jakoś wykorzystać.
- Musisz ją naprawdę lubić. – zauważyła pani Skowrońska.
- Lubić! – Klaudia prychnęła. – Ja  u w i e l b i a m  bycie detektywem. Marzyłam o tym od dziecka. I dopiero rok temu zdołałam przekonać tatę, żeby mnie u siebie zatrudnił. A zapewniam panią – czasem jest z nim ciężko. Dla klientów jest miły, że do rany przyłóż, a wobec mnie potrafi się zachowywać, jak nadzorca niewolników.
- Trudno mi w to uwierzyć.
- A jednak. Nie, żebym się skarżyła. Wręcz przeciwnie. Skoro u niego pracuję, to ma święty obowiązek ode mnie wymagać.
- A potrafisz tak jak on…no wiesz?
- Dedukować? – dziewczyna parsknęła śmiechem. – Gdybym nie potrafiła, w życiu bym nie dostała tej pracy. Nauczył mnie, jak to się robi. Ale jeśli się odezwie, wie pani, w taki sposób, to ja się boję nawet otwierać usta. Zawsze mam wrażenie, że moje wnioski będą brzmiały śmiesznie i naiwnie. Tym bardziej, że często ponosi mnie wyobraźnia i regularnie dostaję za to ochrzan. Dla taty pewne są jedynie takie informacje, które można potwierdzić, wskazując dowód palcem.
Pani Skowrońska zgodziła się, że praca z kimś takim nie należy do rzeczy łatwych.
- A wiesz może, skąd on to ma? – wróciła do pytania, które chciała zadać od początku tej rozmowy. – To kwestia genów, treningu?
Klaudia wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Babcia mówiła mi kiedyś, że zawsze lubił obserwować ludzi. A mama twierdziła, że kiedy go poznała, już miał takie „dobre oko”. Podobno na pierwszej randce zabrał ją do restauracji, obserwował innych gości i szeptem opowiadał, co o nich dzięki temu wie. – parsknęła śmiechem. – Chciałabym to zobaczyć.
Pani Skowrońska wyobraziła sobie, jak zachowałaby się w takiej sytuacji. Kandydat na partnera życiowego, który jednym rzutem oka potrafi wniknąć w życie osobiste obcych ludzi…Nie wiadomo, czy takiego podziwiać, czy się go bać.
- Pewnie nie było jej łatwo z kimś takim na co dzień. – stwierdziła, zanim zdołała ugryźć się w język. – Przepraszam, ja…
Klaudia nie wyglądała już na tak skorą do rozmów jak wcześniej.
- Nic się nie stało. – zapewniła. – Ale proszę nie mówić takich rzeczy przy tacie…Mama jest dla niego drażliwym tematem numer jeden.
Pani Skowrońska kiwnęła głową, przeklinając w myślach własne gadulstwo. Tak szybko poczuła się swobodnie w rozmowie z tą dziewczyną, że powiedziała o jedno słowo za dużo. A co ją właściwie obchodzi życie osobiste tego faceta? Powinna go traktować, jak hydraulika – wynająć, zapłacić za wykonanie konkretnej usługi i cześć. Znów skupiła się na umowie.
- Podpiszę to. – stwierdziła z nieco przepraszającym uśmiechem. – Ale co z wynagrodzeniem i…wymiarem godzin obserwacji? – wskazała puste miejsca na stronach.
- Pierwsze zasadniczo wynika z drugiego. – odparła Klaudia. – Ale nie śmiałabym niczego sugerować bez konsultacji z tatą…on tu rządzi.
- Panie detektywie! – zawołała wtedy pani Skowrońska, podchodząc do drzwi.
Wołany mężczyzna zjawił się chwilę później.
- Tak?
- A…gdzie pani Bauermann? – zapytała z niejakim zaskoczeniem. Mocno podejrzewała, że detektyw ma romans z jej sąsiadką. Szepnął jej coś na ucho i ona tak bez słowa za nim poszła…Jakie inne wnioski można tu wyciągnąć?
Zastanawiające tylko, że pani Bauermann nosi obrączkę. Człowiek zawodowo zajmujący się zdobywaniem dowodów małżeńskiej niewierności i mężatka? Dosyć…niezwykłe, chociaż w sumie pod latarnią najciemniej.
Przestań się wtrącać obcym ludziom w życie, pomyślała ze złością. Własnych problemów ci za mało?
- Chciała coś zjeść. – wyjaśnił krótko detektyw. – O co chodzi?
- Zdecydowałam, że to podpiszę. Musimy tylko omówić kwestię…
- Wynagrodzenia i wymiaru godzin. – dokończył z uśmiechem. – Dziękujemy za zaufanie. Jestem pewny, że dojdziemy do porozumienia.
Faktycznie doszli i to w miarę szybko. Pozostawała kwestia formy płatności. Pani Skowrońska była gotowa zapłacić nawet z góry, zgodnie z sugestiami detektywa, ale obawiała się, że jeśli małżonek zobaczy przelew na rachunek biura detektywistycznego na stronie banku, może nabrać podejrzeń.
- Przyjąłby pan gotówkę? – zapytała. – Wypłatę większej sumy z bankomatu jakoś mu wyjaśnię…
Detektyw zmarszczył brwi.
- Niechętnie. – przyznał. – Ale zgoda. Najbliższy jest koło Kauflandu…Wie pani, gdzie?
Wiedziała i zobowiązała się natychmiast tam udać, by transakcja mogła zostać dokonana jak najszybciej. Po chwili detektyw został sam na sam z córką.
- O czym rozmawiałeś z panią Bauermann? – zapytała.
Chwilę zastanawiał się, czy nie skłamać, ale odrzucił ten pomysł.
- Zapytałem, czy to ona jest kochanką Skowrońskiego.
Klaudia parsknęła śmiechem.
- Nieźle. W twarz też jej dałeś, czy zostawiłeś to sobie na później?
- Jakie w twarz, jakie w twarz! – obruszył się detektyw. – Muszę zadawać takie pytania i ona o tym dobrze wie.
- Wie, czy nie wie, na pewno jest jej przykro. Tak ją wziąłeś na stronę i zacząłeś pytać o takie rzeczy…Dyplomatą raczej nie zostaniesz.
- Musiałem ją wziąć na stronę. – bronił się Zębowski. – Przecież przy żonie wypierałaby się do Sądnego Dnia.
- A sam na sam z tobą, detektywem i swoim znajomym jednocześnie, wysypałaby się natychmiast? Wytłumacz mi jaśniej, na czym polega ta strategia, bo chyba nie rozumiem. Poza tym – ciągnęła, zanim ojciec zdołał wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. – Czy ty naprawdę chociaż przez ułamek sekundy podejrzewałeś ją o taką perfidię? Wdała się w romans z mężem sąsiadki, a potem przyprowadziła ją do ciebie, chociaż musi sobie zdawać sprawę, że prędzej czy później złapiemy ją na gorącym uczynku? Traktowałeś taką wersję wydarzeń serio?
- Nie zadawaj głupich pytań. – zirytował się detektyw. – Wiem, że nie zrobiłaby czegoś takiego. Spytałem wyłącznie pro forma i Reta doskonale o tym wie.
Klaudia uniosła brwi.
- Czyżby? Mam do niej pójść i ją zapytać?
Detektyw podrapał się po szyi.
- Faktycznie, raz czy drugi mogłem przybrać zbyt stanowczy ton. – przyznał niechętnie.
- Lepiej idź i ją przeproś. – doradziła życzliwie Klaudia. – Bo jak zapamięta ci taki wyskok, może być już za późno.
- Tak jest, pani psycholog. – mruknął detektyw, zginając się w teatralnym ukłonie i wychodząc z gabinetu.
Klaudia westchnęła. Klientki zawsze się tak rozpływały nad doskonałymi manierami jej ojca. Jednak tylko najbliższe mu osoby wiedziały, jaka jest prawda. Szacunek dla kobiet był czymś, czego się po prostu nauczył – wiedział, że dzięki określonym zachowaniom łatwiej zdobędzie ich sympatię, więc to robił. Ale zdarzało mu się kompletnie gubić w prywatnych sytuacjach międzyludzkim. Z winy swojej pracy bywał nadmiernie podejrzliwy, umiał wyłapać najdrobniejsze kłamstewko. Nie zdołał się nauczyć, że nawet jeśli dostrzeże jakiś grzeszek drugiej osoby, niekoniecznie powinien o tym wspominać. Nie przysparzało mu to bynajmniej rzesz znajomych. Ludzie widzieli w nim genialnego detektywa, ale niekoniecznie człowieka, z którym mieliby ochotę przebywać zbyt długo.
Pani Bauermann chciała się przebijać przez kolejne warstwy skorupy i nawet jej się to udało – na tyle, na ile Zębowski jej pozwolił. Klaudia trzymała kciuki za tę znajomość. Nie chciała, żeby tata był samotny.

*** 

Siedziała przy kuchennym stole i jadła kanapkę z szynką. Ani jednym drgnięciem nie dawała poznać po sobie, że jest na niego obrażona, czy choćby zirytowana. Kurczę, a może jednak Klaudia nie miała racji? Studiowanie psychologii nie oznacza przecież, że wie, co się dzieje w głowach wszystkich ludzi na kuli ziemskiej! Reta jest rozsądnie myślącą osobą, doskonale zdaje sobie sprawę, na czym polega jego praca…
Gdy tylko zdołał sobie na podstawie logicznego rozumowania dowieść, że jest niewinny jak jagniątko, Zębowski od razu poczuł się lepiej. Skoro rozum tak wskazuje, to przecież nie może być inaczej! Zupełnie spokojny, uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz – twoja sąsiadka chce mnie wynająć. Poszła tylko po kasę do bankomatu.
Nie odpowiedziała, bo miała pełne usta, ale kiwnęła głową.
- Klaudia mówi, że zrobiłem ci przykrość, albo coś.
Powiedział to w lekko prześmiewczej formie. Jednak pani Bauermann uniosła brwi.
- Tak ci powieziała?
W tonie jej głosu i oczach było coś takiego, że Zębowski poczuł się mniej pewnie.
- Miała rację?
- Nie, nie miała.
- Ale „nie”, że nie, czy „nie”, że tak? – zapytał na wszelki wypadek.
Podrapała się po głowie.
- A mnie to opierniszasz, jak coz nie tak po polsku powiem! W jakim języku to było?
- Po naszemu. – zapewnił, cicho się śmiejąc. – Często kobiety mają na myśli coś przeciwnego, niż mówią.
- Jakie kobiety? – zainteresowała się uprzejmie.
Zbiła go z tropu.
- No…kobiety w ogóle.
Teraz ona sprawiała wrażenie rozbawionej.
- A ty co, Herr Detektiv[9], zwieziłez wszystkie haremy ze wschodu na zachód, sze twierdzisz to z taką pewnozcią? Ciekawych szeszy się dowiaduję…I sze niby faceci zawsze mówią tylko to, co mają na mysli? Moje dozwiadszenie jako męszatki mówi co innego. Ale z drugiej strony, mój mąż był poeta, a wiadomo, sze tacy nie są do końca normalni.
Ufff. Skoro mówi takim tonem, to na pewno nie jest zła.
Ale lepiej zapobiegać niż leczyć…
- Słuchaj, Reta. Jeżeli w jakikolwiek sposób cię uraziłem, to sorry. Wiesz, że celowo bym tego nie zrobił. Ale…
Ale co? Jakoś brakowało mu słowa.
Pani Bauermann zdawała się jednak doskonale rozumieć jego intencje.
- Wiem, wiem, o co ci chodzi. Rozumiem. Ale jednak przykro mi się zrobiło, kiedy tak na mnie naskoszyłez i to bez powodu…Zachowałez się jakbyz w ogóle mnie nie znał. Gdyby jakiz inny Detektiv tak postąpił, jakoz bym to przełknęła, ale ty…
- Serio? – zapytał z w pewnym sensie naukowym zainteresowaniem. Cholera, czyżby Klaudia miała rację?
- Chyba się tego domysliłez, skoro przepraszasz? – pani Bauermann uniosła brwi.
Zębowski pokręcił głową (na szczęście tylko w myślach) i zamiast odpowiadać, zaprosił ją na obiad. Są takie sytuacje, kiedy nawet najbliżsi przyjaciele nie powinni mówić sobie całej prawdy.

 

*** 

Pani Bauermann zamknęła oczy i z lubością wciągnęła powietrze. Od zapachów i odgłosów rozchodzących się po kuchni aż ślinka napłynęła jej do ust. W nocy śniło jej się, że je frytki i ta pyszna, aczkolwiek niezdrowa potrawa chodziła za nią cały dzień. Nowo zakupiony sweterek wiszący w szafie nakazywał powściągnąć instynkty, ale nasza bohaterka nigdy nie miała silnej woli w temacie jedzenia. Póki mieszkała z mężczyzną, któremu chciała się podobać, było lepiej, ale teraz?
Właśnie przesypywała obiekt marzeń do miski, kiedy ktoś zapukał. Otworzyła.
To była pani Skowrońska.
- Dzień dobry. – powiedziała niepewnie. – Można na chwilę?
- Jasne, jasne. – odparła pani Bauermann z uśmiechem. – Własnie zrobiłam sobie frytki. Chce pani?
- Słucham? Nie, nie, dziękuję. – pokręciła głową. – Wątpię, żebym była w stanie przełknąć cokolwiek. Rany boskie, to już jutro!
Pani Bauermann dopiero po chwili uświadomiła sobie, o co chodzi. Młody literat poprosił ją ostatnio, żeby przełożyła jego opowiadanie na niemiecki. Absorbujące zadanie tak ją pochłonęło, że kłopoty małżeńskie sąsiadki zepchnęła gdzieś na granicę świadomości.
- Ale jak to? – zapytała, marszcząc czoło. – Pani się chyba z Darkiem na dwa tygodnie umówiła, byłyzmy u niego w ponieziałek, szyli zaszął od wtorku…A jutro jest sroda?
- Właśnie! Środa! – jęknęła pani Skowrońska, opadając na kanapę. – To nie na moje nerwy!
- Woli pani woda, sok, szy piwo? – zapytała gospodyni.
Nieszczęśliwa kobieta zastanowiła się chwilę.
- Piwo. – odpowiedziała w końcu. – Muszę jakoś odreagować, bo chyba zwariuję.
Pani Bauermann zniknęła w kuchni i wróciła z dwoma napełnionymi do połowy kuflami. Jeden wręczyła sąsiadce.
- Tylko powoli, bo z lodówki jest. – zastrzegła.
Mając to na uwadze, biedna żona wzięła mikroskopijny łyk, a pani Bauermann przyniosła frytki, które usychały już z tęsknoty do jej jamy ustnej. I vice versa.
- Na pewno pani nie chce? Nie będę mogła na siebie jutro w lustro patrzeć, jesli sama wszystko zjem.
Pani Skowrońska westchnęła głęboko.
- A, proszę dać. Adam by mnie zabił, gdyby wiedział, że jem coś tak kalorycznego wieczorem, ale ja też mam ochotę go zabić, więc będzie remis.
Włożyła kilka frytek do ust.
- Ale niech pani powie – gospodyni usiadła obok niej na kanapie. – O co chozi z tym jutrem?
Pani Skowrońska znów przechyliła kufel i skrzywiła się.
- Pan Darek zadzwonił do mnie wczoraj i poprosił o jeden dzień zwłoki. – wyjaśniła. – Mówił, że nie wliczy mi go do rachunku. Podobno nie musi już jeździć za Adamem, bo wszystko jest jasne, ale „pojawiły się dodatkowe okoliczności, które chciałby do końca prześwietlić”. Tak mówił. „Wszystko jest jasne”, Boże drogi! Miałam rację!
- Mosze nie. – pani Bauermann starała się ją jakoś pocieszyć, choć nie dawała wiary własnym słowom. – Sama pani słyszała, sze są dodatkowe okolicznozci. Jeszsze obie moszemy się zziwić.
Te „dodatkowe okoliczności” mocno ją zastanowiły. Jak już sam detektyw nam wspomniał, sprawdzanie małżeńskiej wierności było dla niego najbardziej rutynową sprawą, więc zwykle nie wykazywał więcej zaangażowania, niż robotnik fabryczny. Śledzić, ustalić, czy zdradza, zdobyć dowody, odbębnić – tak do tego podchodził. I w sumie trudno mu się dziwić, bo gdyby pochylał się zbyt długo nad każdą sprawą, nie starczyłoby mu czasu na życie prywatne.
Co go aż tak zaintrygowało w wydawałoby się standardowej do bólu sprawie państwa Skowrońskich, że poprosił klientkę o dzień zwłoki i jeszcze nie chciał za to żadnych pieniędzy? Musiał odkryć jakieś drugie dno…Pani Bauermann uświadomiła sobie, o czym to może świadczyć i dreszcz przebiegł jej po plecach.
Zębowski zwierzył jej się kiedyś, w stanie lekkiego upojenia, ze swoich zawodowych marzeń. Największym z nich było rozwiązanie zagadki morderstwa. Ostatni raz miał okazję zajmować się czymś takim wtedy, kiedy zawarli znajomość . I chociaż żadne z nich nie wspominało tamtego okresu zbyt dobrze, z ust podchmielonego detektywa padły słowa: „Adrenalina mnie wzywa, wiesz? Ja już bez niej żyć nie potrafię. Marzę o tym, śni mi się po nocach, że ktoś wchodzi do mojego gabinetu i mówi: <<Panie detektywie, kogoś zamordowali!>>. I wtedy znów bylibyśmy tylko ja i on, zwierzyna i ogar myśliwski…Eh, gdzie są wszyscy ci maniakalni mordercy, kiedy ich potrzebuję?”.
Pani Bauermann powiedziała mu wtedy ostro, żeby nie wygadywał głupot, bo jeszcze w złą godzinę wypowie, a poza tym przecież za każdą taką zbrodnią kryje się olbrzymia ludzka tragedia. Prychnął tylko.
„Tragedia, tragedia…Znam wiele osób, którym by to nie zaszkodziło. Ludzie to świnie, rozumiesz…A i to niekoniecznie, bo ja się akurat ze świniami chowałem i wiem, że taki wieprzek potrafi być o wiele bardziej człowiekiem niż…człowiek”. – zakończył po krótkim namyśle.
Pani Bauermann wybałuszyła oczy. Znała oczywiście pojęcie synonimów, ale nie mogła się pozbyć sprzed oczu wizji Zębowskiego, który uciekając przed pogonią, ukrył się w chlewiku. Dobra, to jeszcze można zrozumieć, ale w jaki sposób świnki pokazały mu ludzkie oblicze? Nie nakablowały, czy jak?
Doszczętnie zaintrygowana, postanowiła wyjaśnić tę kwestię.
„Jak ty się chowałez ze swiniami?” – zapytała śmiertelnie poważnie. – „Kiedy? Przed kim?”.
Na jego twarzy pojawił się nostalgiczny uśmiech.
„Przykładowo przed mamą, kiedy chciała mnie wykąpać. – odparł. – Ale szybko mnie rozgryzła. Musiałem szukać innej kryjówki, więc zacząłem chować się w sianie w stodole. Przestałem, kiedy ojciec wygonił mnie stamtąd widłami”.
Biorąc pod uwagę, jak mało detektyw zazwyczaj mówił o swojej przeszłości, jego powyższą wypowiedź można było nazwać wręcz gadulstwem. Machnął ręką.
„Ale nie o to chodzi…Coś się tak zdziwiła? Świni w życiu nie widziałaś?”.
„Wiziałam”. – kiwnęła głową. – „Ale nie próbowałam się z nimi chować”.
Przewrócił oczami.
„Ja nie mogę, magistra tu robiłaś, a czasem gadasz, jak dzieciak. Nieważne. Ważne jest to, że od prawie roku zajmuję się niemal wyłącznie niewiernymi mężusiami i żonami. Zwariować można”.
Pani Bauermann poczuła się dotknięta jego uwagą. Zaraz po wyjściu gościa otworzyła słownik języka polskiego, który zawsze zajmował specjalne miejsce na jej regale. Dzięki temu odkryła, że słowo: „chować” oznacza również „wychowywać”. Chodziło mu (Zębowskiemu, nie słownikowi) po prostu o to, że dorastał na wsi. uwaga o ojcu z widłami tylko potwierdzała tę teorię.
Pomyślała z pewną wdzięcznością o człowieku, dzięki któremu rozszerzyła słownictwo…Człowieku,
który śnił z tęsknotą o zabójstwach.
A teraz doszukał się w sprawie „niewiernego mężusia” jakichś interesujących aspektów…
Może nie było to zbyt miłe, ale pani Bauermann trzymała kciuki, żeby marzenia Zębowskiego się nie spełniły. Nie teraz. Pani Skowrońska i tak miała nerwy w strzępach. Gdyby dodatkowo wiedziała, że nad zdradą jej męża unosi się choć słaby zapach krwi…
- Wszystko w porządku? – zapytała wymieniona przed chwilą kobieta, patrząc na sąsiadkę ze strachem. – Pani go zna…Czy te „dodatkowe okoliczności” to zły znak?
Pani Bauermann pokręciła głową ze złością. Nie chciała dodatkowo straszyć tej biedaczki.
- Po prostu jestem zaskoszona. – powiedziała, siląc się na uśmiech i zjadła pięć frytek naraz. W chwili zdenerwowania (poza naprawdę ekstremalnymi przypadkami) zawsze zwiększał się jej apetyt. – Jak rozwiąsze sprawę, lubi trochę pobudować napięcia, ale gwarantuję pani, sze gdyby choziło o coz naprawdę powasznego, to by powieział. Bez obaw.
Ach, jak bardzo chciałaby wierzyć w to, co sama mówiła! Znów wyciągnęła rękę do talerza, ale przed oczami stanęło jej wspomnienie sprzed prawie półtora roku. Upał, nieznośnie wilgotne powietrze, zwierzęcy strach…I równie zwierzęcy ryk Zębowskiego: „Zostaw ją!”.
W tym momencie straciła ochotę na jakiekolwiek jedzenie. Miała raczej ochotę zwymiotować wszystko, co zjadła w życiu.
- Pani Bauermann?
Nie, to się już nie powtórzy. Choćby świat się skończył. Nigdy więcej.
- Pani Bauermann, wszystko w porządku?
- Reta… - mruknęła nieprzytomnie, powtarzając słowa, które wypowiedziała w tamtej chwili. – Jestem Reta…
- Słucham? O Boże, strasznie pani blada. – wystraszyła się nie na żarty pani Skowrońska. – Co się stało? Może wody przyniosę?
Znienacka osłabła kobieta spojrzała na nią pytająco. Nie usłyszała, albo nie rozumiała, o co chodzi.
Pani Skowrońska stropiła się. Gorączkowo usiłowała przypomnieć sobie zwroty, które podłapała od syna. Nigdy wcześniej nie musiała mówić po niemiecku.
- Eee…Wasser? – spróbowała nieporadnie. – Sie…wollen Wasser?[10]
Pytanie nie zostało zadane najpewniejszym tonem Galaktyki, ale chyba zostało zrozumiane, bo pani Bauermann kiwnęła głową.
Jej sąsiadka poszła do kuchni, znalazła jakiś kubek, butelkę wody i zrobiła z nich właściwy użytek. Jednocześnie powzięła w duszy niezłomne postanowienie. Dopilnuje, żeby jej jedyny syn uczył się odtąd wszystkich możliwych języków. Nie chciała, żeby kiedykolwiek czuł się tak, jak ona w tej chwili.
Woda odniosła zbawienny skutek. Twarz pani Bauermann wróciła choć trochę do normalnego koloru, a ona sama powiedziała nieco słabym głosem, ale za to po naszemu:
- Ziękuję…i przepraszam najmocniej. Chyba szeszy…szeszywizcie nie powinnam jezc tyle smaszonego na wieszór. – roześmiała się, ale w tym śmiechu brzmiały histeryczne tony. – Poza tym niedługo chyba okres dostanę, a wtedy zawsze osłabiona jestem…
Kłamała. Faktycznie borykała się z problemem wyjątkowo bolesnej i uciążliwej miesiączki, ale kilkanaście lat temu. Poczuła nagły wstyd, że w ogóle mówi obcej osobie o takich rzeczach, jednak powiedziałaby wszystko, żeby nie pytano jej o szczegóły. Gdyby ktokolwiek się dowiedział…
Pani Skowrońska uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- Wiem, jak to jest…taka nasza kobieca dola. Już lepiej?
- Tak, duszo lepiej. Niedługo będę mogła w maratonach biegać. – znowu parsknęła śmiechem. – O mnie proszę się nie martwić, ja z Niemiec jestem, mnie nic nie ruszy…Ma pani dosyć własne problemy.
Pani Skowrońska opuściła głowę i znów wzięła do ręki kufel. Teraz już nie było takie zimne.
- Znowu gdzieś poszedł. – odezwała się po chwili. – Powinien już wrócić z pracy, a ciągle go nie ma…Jak pomyślę, że pije teraz wino z tą swoją germańską lafiryndą, że ona na nim leży, spocona…rzygać mi się chce, jak o tym pomyślę.
Zaczęła płakać.
- Boże…a jeśli to wszystko jest prawda? Dwadzieścia lat jesteśmy małżeństwem, dwójkę dzieci razem odchowaliśmy, ja go nadal kocham, do ciężkiej cholery!
Płacz zmienił się w regularny szloch. Pani Bauermann poklepała sąsiadkę po ramieniu.
- Dzieci…Jezus Maria, jak Adaś to zniesie! I Mania…ja jej nawet nic nie mówiłam. Co ona zrobi, kiedy usłyszy, że się rozstajemy? Pomyśli, że nam odwaliło na starość!
- Nie. – pani Bauermann znała córkę państwa Skowrońskich tylko ze słyszenia, ale była w stu procentach pewna swoich słów. – To pani córka, na pewno zrozumie. Tym barziej, sze już studentka jest, a nie trzyletnie ziecko.
Pani Skowrońska skinęła głową.
- Racja…Tacy dumni z niej byliśmy, jak się na to stypendium we Francji dostała. Adam wręcz skakał z radości. Pamiętał, że powiedział mi wtedy: „Jesteś cudowna. Wspaniale wychowałaś naszą Manię”. Wychowałam, karmiłam, prałam, zmywałam, bo jaśnie panu obowiązki domowe nie dorastały do kwalifikacji…zgadzałam się na taki układ, chociaż mam nie gorsze wykształcenie i nie mniej stresującą pracę niż on. I taką dostaję odpłatę. Muszę wynajmować obcych ludzi, żeby za nim jeździli, jakbym już nie miała innych wydatków. Popieprzone to wszystko.
Wypiła trochę alkoholu, nieświadoma, że stała się dla pani Bauermann osobą godną podziwu. Gdyby j e j  mąż wymagał od niej posług domowych, a sam nie zamierzał nawet kiwać palcem w tej kwestii, nasza bohaterka niedługo po rozpoczęciu pożycia opowiadałaby znajomym:
„No wyobraź sobie, luziom to już całkiem rozum odjęło – trutka na szszury do mięsa dodają! Rozumiem, sze higiena i te sprawy, ale jest granica chyba! Co? Nie, Heini nic nie mówił, szeby smakowały ziwnie…Wrócił z pracy głodny jak wilk i wmiótł cały talerz, zanim zdąszyłam się do niego słowem odezwać. Nie kupuj więcej tych klopsów z Carrefoura, dobsze ci razę…”.
Albo:
„Robiłam posządki w kuchni, trzeba, chociaż raz na ruski rok…Heini wrócił z pracy i biedaszek był taki stęskniony, sze chciał się ze mną natychmiast przywitać. Podłoga była jeszsze mokra, więc stracił równowagę. Stałam twaszą do niego, a sze akurat szyzciłam nóż…Nie, nie każ mi mówić dalej, to zbyt trudne…”.
A pani Skowrońska nic przez dwadzieścia lat? Niesamowite.
- Da sobie pani radę. Na pewno. Ja pomogę, bo wiem, jak to jest.
Kobieta godna podziwu spojrzała na swoją sąsiadkę z zainteresowaniem. Czyżby miała się za moment dowiedzieć, gdzie podział się pan Bauermann? Słyszała na ten temat różne pogłoski, jedną fantastyczniejszą od drugiej.
- Wie pani? – powtórzyła zachęcająca.
- Wiem, wiem…rano jeszsze kochał mnie, jak stąd na Księszyc, a wieszorem – sayonara! Tak to z facetami jest. Na poszątku myślałam, sze zwariuję, ale pózniej… - wzruszyła ramionami, jakby nie warto było mówić o takich drobiazgach. – Naprawdę, moszna z tym szyć. My z męszem nie mielizmy zieci. Wiem, sze z nimi jest duszo trudniej, ale Adaz naprawdę mądry chłopak jest. Córki nie znam, ale też musi mieć łeb na karku, skoro we Francja studiuje. A gdyby pani nie dawała sobie rady z szymkolwiek, to naprawdę śmiało proszę do mnie przychozić. Mieszkam sama, to muszę znalezc jakiez zajęcie, bo się do reszty rozleniwię. – zaśmiała się ironicznie.
Usta pani Skowrońskiej wykrzywił lekki uśmiech.
- Dziękuję…ale może nie będę musiała sobie sama radzić. A…poszłaby pani tam ze mną jutro?
- Oszywizcie. Pewnie, trzeba się wstrzymać z osądami do jutra. I lepiej już o tym nie rozmawiajmy, bo obie w Irrenhausie skońszymy.
- Gdzie?
- Przepraszam…w wariatkowie.
- Czyżby w Niemczech większość kobiet chorych psychicznie miała na imię Irena?
Pani Bauermann parsknęła śmiechem. Rozmawiały dalej i obie czuły, że nawiązuje się między nimi nić sympatii.

 

*** 

Nadszedł wreszcie sądny dzień. Pani Skowrońska ledwo zdołała przełknąć śniadanie. Wreszcie razem z panią Bauermann wyruszyły do biura detektywistycznego. Ich podróż obyła się bez wydarzeń mających znaczenie dla fabuły, więc przejdźmy do meritum.
Klaudia na wejściu rzuciła klientce swojego ojca współczujące spojrzenie, od którego ta ostatnia nieomal dostała zawału. Gardło miała tak ściśnięte, że nawet nie odpowiedziała na „dzień dobry”.
W gabinecie zastały Zębowskiego siedzącego przy biurku z głową opartą na rękach. Wyglądał na pogrążonego w zadumie i pani Skowrońska nie chciała go wytrącać z tego stanu, ale musiała się odezwać.
- Witam.
- Bry. – odpowiedział tonem człowieka, który przebiegł maraton, wspiął się na wszystkie himalajskie szczyty i wracając, został stratowany przez nosorożce. Nie podniósł głowy. – Proszę usiąść…tylko w miarę cicho, bo tynk odpada.
Pani Bauermann zastanawiała się przez chwilę, jak można siadać głośno na krześle. Doszła do wniosku, że jest to możliwe, o ile siadający wrzeszczy, niczym wariat. Albo gra na trąbie.
- Dobrze się pan czuje? – zapytała pani Skowrońska.
- Tak… - wymamrotał. – Proszę wybaczyć, ale kiepsko dzisiaj spałem…Chyba złapałem jakieś zatrucie pokarmowe. Ale spokojnie. – beknął. – Klaudia za momencik wszystko pani wytłumaczy. Obserwacja zakończyła się…o Jezu…sukcesem…o Jezus Maria.
Pani Bauermann zacisnęła zęby. Zatrucie pokarmowe, ładne rzeczy! Już ona dobrze znała te objawy. Zębowski miał kaca, jak z Tokio do Waszyngtonu.
Normalnie w takich sytuacjach była dla niego uosobieniem dobroci – herbatka, ciepły rosołek, aspiryna…Ale teraz nie miał na co liczyć. Była wściekła.
Zafundował biednej kobiecie dodatkowe dwadzieścia cztery godziny stresu, żeby się urżnąć?! Do czego to podobne?!
Klaudia odchrząknęła cicho.
- W ciągu dwóch tygodni obserwacji udało nam się ustalić – zaczęła oficjalnym tonem. – Że pani mąż widuje się regularnie z jedną, znacznie od siebie młodszą kobietą. Ja i tata byliśmy w sumie świadkami ośmiu takich spotkań… - urwała i spojrzała na rodzica niepewnie. – Ośmiu, dobrze mówię?
- Tak. – odjęknął w odpowiedzi.
Pani Skowrońska zbladła jak trup.
- Ośmiu…młodsza…gdzie, kiedy, jak?! – mówiła coraz wyższym głosem, zadając tym samym detektywowi nieopisywalne tortury.
- Trzy z tych spotkań miały miejsce w hotelach, pozostałe w mieszkaniu w Sulęcinie.
Gdy podała adres, pani Skowrońska zaszlochała i zakryła twarz rękami.
- Ja…wiem…Ja…znam…to mieszkanie po jego stryju. Chciałam go namówić, żebyśmy je sprzedali, bo to zawsze dodatkowe pieniądze…Nie zgadzał się, mówił, że się przyda dla dzieciaków, jak podrosną. Miało być dla dzieci, a on tam sobie kurwy sprowadza!
Wydała z siebie kolejny gardłowy okrzyk i ukryła twarz w dłoniach. Pani Bauermann poklepała ją po plecach, jednocześnie ciesząc się, że to jednak nie ona jest przyczyną tego dramatu.
- Może zróbmy przerwę, zanim…
- Popieram! – zagłosował Zębowski, który wciąż nie przestawał trzymać się za głowę. Córka i znajoma spojrzały na niego lodowato.
Pani Skowrońska wyprostowała się. Jej zaczerwienione oczy błyszczały nienawiścią.
- Nie… - powiedziała cichym, jadowitym głosem. – Żadnych przerw. Ja muszę wiedzieć, jak ona wygląda. Masz tam jakieś zdjęcia, nagrania, cokolwiek? Do cholery, chyba za coś wam zapłaciłam?! – huknęła pięścią w stół. Zębowski wydał z siebie odgłos, jakby miał się rozpłakać. – Oszaleję, jeśli się tego nie dowiem!
Klaudia uniosła dłoń w uspokajającym geście.
- Tak, spokojnie. Mamy dużo zdjęć, film…Zaraz wszystko pani pokażę. Ale chyba najpierw zaparzę jakiejś melisy.
Wyszła. Pani Skowrońska znowu zaniosła się szlochem. Sąsiadka objęła ją mocno.
- Już, już. – mówiła cicho. – Nie jest pani w tym sama. Wszystko bęzie dobsze, naprawdę.
Pani Skowrońska szlochała jeszcze jakiś czas. Potem spojrzała na detektywa.
- Panie Zębowski…
Z wysiłkiem oderwał drżące ręce od głowy i spojrzał na kobietę pustym wzrokiem.
- Słucham.
- Jest pan żonaty?
Jego oczy zrobiły się jakby ciemniejsze.
- Co to ma do rzeczy? – zapytał oschle.
Pani Bauermann znowu miała ochotę go zrugać. To było kolejne z dziwactw detektywa – chorobliwie strzegł swojej prywatności w obecności klientów. Choćby był nie wiadomo jak głodny, nic przy nich nie jadł, żeby tylko ukryć swoją alergię na produkty mleczne. Samo to, że pracuje z c ó r k ą, czyli przyznaje się obcym ludziom do posiadania jakiegokolwiek życia osobistego, uważał za skrajną głupotę. Właśnie dlatego, jak Czytelnik zapewne pamięta, dziewczyna pracowała u niego dopiero rok. A kiedy ktoś pytał o jego żonę, to już wszyscy święci w kupę wzięci! Nawet na torturach nie puściłby chyba pary z ust.
Pani Bauermann rozumiała, albo chociaż starała się zrozumieć, te zachowania – miał taki zawód, że im bardziej anonimowy był dla ludzi, tym lepiej – ale bez przesady, mógłby okazać trochę serca biednej kobiecie! Dwa tygodnie temu był taki milutki, a teraz?
Pani Skowrońska aż się skurczyła, widząc jego spojrzenie.
- Ja tylko…pan jest mężczyzną, a…
- Chciałaby pani wiedzieć, dlaczego…o Jezu…dlaczego mąż to zrobił?
Informujemy Czytelnika, że pytajnik na końcu powyższego zdania postawiony został nieco na wyrost. Nasz detektyw mówił z kompletnie płaską intonacją.
- Tak! – znowu zalała się łzami. – Dlaczego…byliśmy małżeństwem dwadzieścia lat, do cholery jasnej!
- Ma pani jakieś hobby?
To pytanie było tak dziwne, że aż dostała czkawki. Że co…?! Jej się właśnie życie zawaliło, a on pyta o jakieś idiotyzmy?!
- Nie…hik! Wiem…Dlaczego pan pyta?
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko dziwny grymas.
- Widzi pani, ludzie mają różne hobby. Znaczki, monety, niektórzy skaczą z samolotów…A są tacy, którzy dla urozmaicenia czasu wolnego rozbijają cudze związki. Kochanka pani męża to dokładnie taki przypadek. Nie wiem, czy to jakąś panią pocieszy, ale stawiam, że za góra trzy tygodnie szanowny małżonek naprawdę zdrowo dostanie w pysk od życia…wolni mężczyźni kompletnie Anusi nie interesują. Wolni i bogaci – to jeszcze tak, ale pan Adam raczej się do tej ostatniej grupy nie zalicza.
Pani Bauermann zaczęła go słuchać z wytężoną uwagą. Anusia?
Drugiej kobiecie też to nie umknęło.
- Pan ją zna?
Tym razem wyraz twarzy detektywa był bardziej podobny do uśmiechu.
- Tylko na tyle, na ile można poznać kobietę w jedną noc.
Obie zgodnie wytrzeszczyły oczy. Pani Bauermann wstała, ale opadła z powrotem na krzesło. Więc Zębowski mówi jej, że być może rozkochała w sobie pana Skowrońskiego…a potem okazuje się, że sam z jego kochanicą tańce plemienne pod kołdrą odstawia?!
Wiedziała, że przecież detektyw nie mógł zdawać sobie wtedy sprawy, z kim spotyka się mąż jego klientki…ale nie zawsze potrzebowała logicznego powodu, żeby wpaść w złość.
- Dobrze. Jako że moja córka chyba postanowiła przynieść tę herbatę z Indii, sam pani wszystko pokażę… - dotknął ręką czoła. – Najmocniej przepraszam, jeśli będę mówił ciut…nieskładnie, naprawdę jestem średnio dysponowany.
Wstał, zrobił kilka chwiejnych kroków (wyglądało to tak, jakby musiał od nowa uczyć się chodzenia), wziął z parapetu pendrive’a i poszukał czegoś w laptopie córki. Chwilę później odwrócił go w stronę czekających kobiet.
Na ekranie widać było pana Skowrońskiego – z kobietą. Miała brązowe oczy i popielate włosy ufryzowane á la Marylin Monroe. Każde kolejne zdjęcie coraz bardziej zaprzeczało tezie, jakoby spotykali się w celach dyskusji o polityce.
Pani Skowrońska tym razem nie płakała. Jej twarz nie wyrażała kompletnie niczego.
- Jest jeszcze film. – mówił detektyw. – Ale nie wnosi właściwie nic do sprawy, potwierdza tylko to, co widać na zdjęciach, więc…
- Kim…ona…jest?! – z ust zdradzonej kobiety powinny sypać się iskry. – Co…to…za…baba?!
- Anna Kellerstein. Dla pani męża i wielu innych mężczyzn Anja. Lat trzydzieści jeden.
- Trzydzieści jeden…czterdzieści sześć…trzydzieści jeden… - mamrotała pani Skowrońska, zestawiając wiek swojego męża z wiekiem jego flamy. – Ale skąd on w ogóle…jak…kiedy?
- Spotykają się, o ile zdołaliśmy ustalić, od trzech miesięcy. I z tego, co udało mi się podsłuchać, pani mąż jest dużo bardziej zaangażowany w tę relację, niż ona. Specjalnie mnie to nie dziwi.
W tym momencie wróciła Klaudia z herbatą.
- Przepraszam najmocniej – była lekko zarumieniona. – Naprawdę, nie mam wręcz słów, żeby panią przepraszać, ale odebrałam telefon i…
- Od niejakiego Ludwiczka. – mruknął Zębowski, krzywiąc się z niesmakiem. Córka zarzuciła mu kiedyś, że wszystkich chłopaków którzy okazują jej zainteresowanie, traktuje jako nierobów i przestępców. Wierutne kłamstwo. Po prostu uważał, że pobłogosławi związki swoich córek dopiero wtedy, kiedy ich partnerzy udowodnią mu, że należycie je doceniają. A że był człowiekiem okropnie zajętym, nie zdołał jeszcze wymyślić, na czym polegałoby to „udowodnienie”. Póki co odsiewał więc wszystkich. Na wszelki wypadek.
- Jeszcze raz przepraszam. – powiedziała Klaudia, ale nie patrzyła przy tym na ojca. – Widzę, że tata już…jak się pani czuje?
- Cudownie. – odparła pani Skowrońska. – Nie wychodź za mąż, pamiętaj. Nigdy.
Zębowski poczuł, że coraz bardziej ją lubi.
- Niech mi pan powie jeszcze jedną rzecz. – zwróciła się do niego. – Co ona zobaczyła w Adamie? Przecież wygląda jak jakaś milionerka, a…a sam pan mówił, że my jacyś bogaci nie jesteśmy…Co ona w nim takiego zobaczyła, że postanowiła mi go zabrać?
Myślała, że znowu się rozpłacze, ale wyczerpała limit łez na dzisiaj. Wzięła od Klaudii kubek herbaty i piła łapczywie.
- Wie pani… - Zębowski podrapał się po oszramowanym policzku. – Za tymi sprawami ogólnie ciężko trafić, ale chyba chodzi właśnie o to. Tacy mężczyźni mają świadomość, że normalnie mogliby sobie na taką panienkę najwyżej popatrzeć, więc zachowują się przy niej, jakby Boga za nogi złapali. Kiedy Anulce nudzą się wyrazy bezgranicznego uwielbienia od jednego delikwenta, wymienia go na następnego. I taki sam los czeka pani męża, proszę się nie denerwować. Tak dostanie po dupie, że wróci do pani na czworakach, o ile ma więcej rozumu od meduzy. Powiem więcej – znam tę panią
osobiście i wiem, że pani jest wiele razy więcej warta od niej. Ona kiedyś zbrzydnie i zostanie sama, niewykluczone, że w więzieniu.
- Chociaż tyle dobrego… - usta pani Skowrońskiej wykrzywił lekki uśmiech. – Zaraz, zaraz…w więzieniu?!
- Jakim więzieniu? – zapytała pani Bauermann, czując zimno w okolicach żołądka. Znowu poczuła zapach kału i krwi…
- Właśnie, to są te dodatkowe okoliczności, które wczoraj wyjaśniałem. Konsultowałem się z moim znajomym, komisarzem policji i wiem na pewno…
Aha! Pani Bauermann zacisnęła zęby, żeby się nie uśmiechnąć. Dobrze wiedziała, jak wyglądają te „konsultacje”. Kiedyś ich część, końcowa, ale jednak, odbyła się u niej w mieszkaniu.
Czytała akurat dość ciekawą książkę i trochę się nad nią zasiedziała. Opuściła głowę i zapadła w płytką drzemkę, kiedy nagle usłyszała na korytarzu dwa donośne męskie głosy.
- I powiozą nas! – zawodził pierwszy.
- Windą do nieba! – wtórował entuzjastycznie drugi.
Ograniczały się do tego jednego wersu, więc wkrótce nawet święty miałby tego dość. Pani Bauermann, jak Czytelnik zapewne już zauważył, do świętych nie należała i straciła cierpliwość znacznie szybciej. Podeszła do drzwi z zamiarem otworzenia ich na oścież i uciszenia śpiewaków tyloma przekleństwami, ile tylko zdoła sobie przypomnieć. Nagle jednak stanęła jak wryta. Rozpoznała jeden z głosów.
Chryste Panie…
Otworzyła drzwi tak gwałtownie, że omal nie wyleciały z zawiasów. Jej oczom ukazał się Zębowski, idący za rękę z jakimś drugim facetem. Obaj ryczeli, jakby ktoś obdzierał ich ze skóry.
- DARIUSZ! – używała pełnej wersji jego imienia tylko wtedy, kiedy była doprowadzona do ostatecznej ostateczności. Powiedziała to na tyle cicho, żeby nie obudzić województwa, ale wystarczająca surowo, by uspokoić pułk wojska.
Obaj dżentelmeni przerwali śpiewanie, jak nożem uciął. Zębowski uśmiechnął się szeroko.
- Oo, czeeść! – pomachał jej i omal nie stracił przy tym równowagi. – Widzisz, jaka mądra? – zwrócił się do swojego towarzysza. – Jeszcze nie wie, że do niej idziemy, a już drzwi otwiera!
- Moment! – zaprotestowała pani Bauermann. Nie zamierzała dopuścić, żeby w środku nocy pakował jej się do mieszkania obcy facet, w dodatku narąbany. Wiedziała, że Zębowski, nawet pod wpływem, nie zrobi jej krzywdy, co do tego drugiego, nie miała absolutnie żadnej pewności. Kto to w ogóle był?
- Weeź, nie daj się prosić… - ciągnął detektyw. – W Polsce jesteśmy, tutaj gościnność jest święta!
Chciała zamknąć drzwi na głucho, ale przyszło jej do głowy, że ten człowiek ma dzieci. Jak by spojrzała w oczy Wiktorii czy Klaudii, gdyby się okazało, że ich ojciec wpadł tej nocy pod autobus? Albo że ten obcy facet władował mu kosę pod żebro?
Dobra, Darka wpuści, wiedziała, jak z nim postępować, kiedy się upił. Ale ten drugi facet niech idzie do wszystkich diabłów!
Chciała wprowadzić ten zamiar w życie, ale Zębowski gwałtownie zaprotestował.
- N…nie… - wybełkotał. – Puśćździsiajabezniegonigdzienieidętojestmójprzyjacielkochanynajlepszy.
Pani Bauermann zignorowała te słowa – głównie dlatego, że nic z nich nie rozumiała. Zwróciła się do drugiego mężczyzny. Na oko rówieśnika detektywa.
- Niech pan izie do domu. – mówiła wolno i wyraźnie, jak do zbyt pijanych gości w czasach, kiedy pracowała jako kelnerka. – Do domu, tylko cicho, bo noc jest. – przyszło jej coś do głowy. – Zamówić panu taksówka?
- O, nie! – znów zaprotestował detektyw. - O, nie! Zdzisiu musi wejść ze mną, to jest mój przyjaciel. Muszę was sobie przedstawić. Chodź, stary.
Zanim zdążyła wydać z siebie jakiś odgłos, miała w mieszkaniu dwóch rosłych i kompletnie narąbanych facetów. Miała wrażenie, że śni.
- Dobra. – powiedział Zębowski, układając ręce w taki sposób, jakby chciał się trzymać powietrza. – Doobra. To jest Zdzisiu. O, przepraszam, Zdzisław. – zachichotał. – Zdzisiu, to jest Mar…Mar…Margaregeta. – znowu parsknął śmiechem. – Ta, o której ci tyle mówiłem.
Zdzisiu vel Zdzisław pochylił się nad jej ręką i zaczął ją gorliwie całować.
- Bardzo mi przyjemnie. – zapewnił
- Mnie również. – kiwnęła głową. – A skoro już się znamy, to niech pan izie do domu, bo noc jest.
- W życiu! – odezwał się Zębowski. – Zdzisiu musi zostać, my mamy jeszcze sprawy do omówienia. Polej nam wódki, ger…gremańska niewolnico.
O, nie. „Niewolnica” przelała czarę. Pani Bauermann uznała, że starczy tej uprzejmości. Złapała Zębowskiego za koszulę.
- W tej chwili wstajesz i iziesz do łóżka. – powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem. - I spisz od razu, bo słowo, sze cię poduszkiem uduszę. A pan – zwróciła się do rozwalonego na krześle Zdzisia. – Niech w tej chwili wyjzie z mojego mieszkania, bo na Polizei zazwonię.
Detektyw zaczął się śmiać tak głośno, jak nigdy dotąd nie słyszała.
- Na policję! – aż mu łzy poleciały. – A to dobre! Ty, Zdzichu słyszałeś? Pani chce na policję dzwonić! Eins, zwei, drei, Polizei! Nie no, jak rany, ja się chyba zaraz zeszczam…A podobno Niemcy nie mają poczucia humoru…
- I nie golą nóg. Kobitki, znaczy – uzupełnił Zdzichu.
- Właśnie. – Zębowski pokiwał głową. – Słuszna kwestia…Ty, Gocha, golisz nogi? Przyznaj się.
- Twoje zaraz ogolę, jak nie bęziesz cicho. – pani Bauermann czuła, że zużyje zapas cierpliwości na najbliższy kwartał. – Do łóżka. W tej chwili.
- Ty, ty, ty, ty, ty, moment. – wyciągnął przed siebie rękę. – Co się z tymi babami dzieje ostatnio? Ledwo mnie taka widzi i do łóżka, do łóżka…Weź jakoś się poprzymilaj, pokaż conieco, a nie tak od razu…„Pokażę to ja ci jutro” - obiecała sobie w duchu. – „I to znacznie więcej, niż conieco”.
Zębowski wstał.
- Dobra. – jego ton sugerował, że chodzi o najpoważniejszą sprawę w dziejach ludzkości. – Słuchaj, ja teraz idę na siku, a ty…przemyśl to sobie, dobra?
Pani Bauermann nie wiedziała, co powinna sobie przemyśleć. Szczerze mówiąc, miała to w nosie. Zerknęła tylko na Zdzisława, który zdawał się drzemać na fotelu i weszła za pijanym detektywem do łazienki. Właśnie zapinał rozporek.
- Ej! – odwrócił się na odgłos zamykanych drzwi. – Dałabyś się chociaż wysikać, nimfomanko jedna!
Podeszła do niego. Mówiła cicho i spokojnie, ale z gniewem.
- Słuchaj. Nie zamieszam komentować tego, co zisiaj gadasz i o nic nie pytam, bo wiem, sze najwszezniej pojutrze bęziesz gadał do szeszy. Ale barzo cię proszę, zmobilizuj już teraz swój nachlany mózg i powiez mi tylko jedno: kto to jest?
Parsknął śmiechem. Miała ochotę dać mu w mordę.
- Ale ty śmiesznie gadasz! Może też sobie coś chlapnęłaś, co? Albo ciągle dajesz sobie w palnik? Kurde, zagadka rozwiązana. Mówiłem, że jestem w tym najlepszy.
Przyłożyła mu dłonie do policzków, żeby musiał patrzeć jej w oczy.
- Darek, konzentrir dich. Lubisz pić z obcymi facetami i włószyć się z nimi po miasto, twoja sprawa, ale nie przyprowazaj ich do mnie, jasne? Kto to jest?
- Jaki obcy! – oburzył się detektyw. – To jest mój dobry znajomy, na poważnym stanowisku. Komisarz policji zresztą. Kto tu chciał na Polizei dzwonić? Daleko byś nie miała, jak widzisz.
- Co? – ziewnęła. – Jak…jak Kommissar?
Pani Bauermann miała sporo do czynienia z policją – głównie za pośrednictwem kryminałów, które czytała dzień i noc. Komisarz kojarzył jej się z osobą szanowaną, kimś kto podejmuje decyzje…a na pewno nie włóczy się pijana, śpiewając „Windę do nieba”.
-  Najnormalniej w świecie, szanowna pani. – Zębowski uśmiechnął się szeroko. – Jak nie wierzysz, to możesz go zapytać.
- Wątpię, żeby mi był w stanie coz mądrego powiezieć. Spi jak zabity. Zresztą – Kommissar szy Ojciec Swięty, ganz egal. Nie mosze tu spac. Co on, własnego domu nie ma?
- Ma. Nawet jego żona miała niedawno urodziny. Dlatego piliśmy.
- Rany boskie. – westchnęła. – Ja chyba zwariuję zisiaj.
Stanowczym krokiem wyszła z łazienki. Potrząsnęła lekko Zdzisławem, który postanowił chyba zapaść w sen zimowy w jej fotelu. Dopiero wtedy przyjrzała się mężczyźnie bliżej. Miał dość ładną, schludnie ogoloną twarz i krótko obcięte ciemne włosy. Uchylił powieki, ukazując zielone tęczówki.
- Proszę pana. – odezwała się pani Bauermann spokojnie, ale stanowczo. – Niech pan izie do domu. Do domu. Do szony.
Uśmiechnął się na to.
- Lodzia… - mruknął. – Moja Lodzieńka kochana…
I znowu zasnął.
Pani Bauermann opadło wszystko, co tylko może opaść kobiecie. Chyba jednak będzie musiała przenocować ich obu…na szczęście miała podwójne łóżko. Na kanapie też się jakoś wyśpi.
Ale czuła, że powinna kogoś zawiadomić. Ten człowiek, komisarz czy nie komisarz, ma chyba żonę…Nie może pozwolić, żeby biedna kobieta wypłakiwała oczy całą noc!
Pokonała wewnętrzny opór i sięgnęła do kieszeni kurtki obcego człowieka. Znalazła komórkę i legitymację policyjną. Naprawdę miała do czynienia z komisarzem.
Włączyła telefon, ale zobaczyła ekran blokady.
- Naprawdę myślisz, że ktoś taki nie zabezpiecza swojej komórki? – Zębowski parsknął śmiechem. Aż podskoczyła. – Ale naiwna jesteś…Masz. – wręczył jej swój telefon. – Już leci. Faktycznie ty z nią pogadaj, bo jak mnie takiego usłyszy, to znowu się fochy zaczną. Ech, te baby…
Westchnął, jakby chciał zaakcentować, że tak mężnie znosi zachowania płci przeciwnej. Pani Bauermann zapamiętała to westchnienie bardzo dokładnie. Wzięła aparat. Nawet nie zapytała, skąd Zębowski wiedział, do kogo chce dzwonić.
- Gdzie wy się szlajacie?! – usłyszała po chwili damski głos. – Jak zaraz go nie odstawisz do domu, to słowo honoru, że ci nogi z dupy powyrywam!
- Halo? -  pani Bauermann miała ochotę się rozłączyć. Zawsze czuła lekkie skrępowanie, kiedy miała rozmawiać z obcymi ludźmi przez telefon, a w takiej sytuacji…
- Kim pani jest? – zacietrzewiła się komisarzowa. – Jeszcze sobie lafiryndy sprowadzają, nie no, ja go zabiję…
Pani Bauermann bezzwłocznie wyjaśniła nieporozumienie.
- Ja nie jestem prostitutka. – zapewniła. Zębowski ryknął śmiechem. – Ja…nazywam się Margareta Bauermann i…
Osoba po drugiej stronie słuchawki natychmiast zmieniła nastawienie.
- Rany boskie, to pani? Przepraszam, nie poznałam…To znaczy nie miałam jak poznać, ale wiem, kim pani jest. Darek dużo o pani mówił.
Nasza główna bohaterka zerknęła na detektywa. „Dużo mówił”, ciekawe, co konkretnie…Mężczyzna jednak powiedział tylko: „Prostitutka” i znowu zaczął się śmiać.
Jutro o tym pomyśli. Teraz musi ogarnąć sytuację bieżącą.
W kilku słowach zreferowała swojej rozmówczyni, co zaszło. Tamta tylko prychnęła.
- No tak, mogłam się tego spodziewać…Klasyka. Darek tego mojego gdzieś wyciągnął, żeby poprosić o przysługę, wychlali tyle, że pewnie sami nie wiedzą już, o co chodzi…Bardzo go lubię, Darka znaczy, ale czasem to normalnie…
Pani Bauermann zapewniła, że najzupełniej rozumie te odczucia. Żona komisarza odpowiedziała, że jeśli jej mąż jest w takim stanie, jak zwykle po spotkaniach z Zębowskim, to nie chce go widzieć co najmniej do jutra rana. Zreflektowała się natychmiast i spytała niepewnie, czy tam gdzie zaszedł, jest jakieś wolne miejsce, gdzie mógłby spać…
Pani Bauermann zapewniła, że ma gdzie położyć obu niespodziewanych gości. Rozmówczyni dziękowała wylewnie, przepraszała za kłopot i obiecała w ramach rekompensaty dać jej przepis na ciasto cytrynowe.
Dokonawszy tej korzystnej dla obu stron transakcji kobiety pożegnały się uprzejmie.
- Już? – zapytał Zębowski, gdy odzyskał komórkę. – Skończyłaś te nocne Polaków rozmowy? Super. Idziemy spać, bo już noc jest.
- Co ty nie powiesz. – mruknęła.
Uniósł brwi.
- Co tam szwargolisz?
- Nic takiego.
- To dobrze. – ziewnął tak szeroko, jakby zamierzał wchłonąć całe mieszkanie. – No, to dobranoc.
Bez pytania wszedł do jej sypialni, zwalił się jak kłoda na łóżko i dziesięć sekund później spał jak zabity.
Pozostawała jeszcze kwestia komisarza Motylka – takie nazwisko widniało w legitymacji. Nadal pochrapywał w fotelu. Chciała go tam zostawić, ale z własnego doświadczenia wiedziała, jak potrafi boleć kark po nocy spędzonej w takiej pozycji.
Dotknęła jego ramienia.
- Panie komisaszu. – powiedziała łagodnie. – Panie komisaszu.
Otworzył oczy.
- Gdzie…ja jestem? – wymamrotał.
- W bezpiesznym miejscu. – zapewniła. – Spokojnie.
- Ja muszę iść. – w jego głosie słychać było napięcie. – Do domu, do żony…
Spróbował podnieść się z fotela, ale dalej go trzymała. Człowieka, nie fotel.
- Nie. – mówiła, jak do dziecka. – Już późno, pan jest zmęszony…jutro pan pójzie. Teraz pana zaprowazę do łóżka, w posządku?
Zmarszczył czoło.
- A gdzie…gdzie Darek?
- Już spi. Pan powinien zrobić to samo. Miał pan długi zień. Najpierw…
Pomogła mu zdjąć kurtkę i powiesiła ją obok okrycia Zębowskiego. Potem pomogła komisarzowi wstać i zaprowadziła do sypialni.
- Darek… - trącił śpiącego mężczyznę w nogę. – Darek…
Pani Bauermann położyła mu rękę na ramieniu.
- Nie, cicho…on jest zmęszony, pan też…Proszę się położyć, jutro bęziecie rozmawiać.
Komisarz skinął lekko głową i usiadł na łóżku.
- Psze pani?
Lekko się uśmiechnęła.
- Tak, psze pana?
- Spaliśmy ze sobą?
Stanęła jak wryta.
- Nie. – zapewniła po chwili. Miała naprawdę dość rozmów na tematy reprodukcyjne. Zębowski wyczerpał już jej cierpliwość w tym względzie.
- To dobrze. – westchnął. – Praszam, że tak pytam, ale ja mam żonę i ją bardzo kocham…
Po zarośniętych policzkach spłynęło mu kilka łez.
- Lodziunia moja kochana…będzie się o mnie martwić…
Żal jej się człowieka zrobiło. Postanowiła go pocieszyć.
- Nie, spokojnie. Już z nią rozmawiałam, wie, że pan tu jest.
- Wie? No to dobrze. – przyjął pozycję leżącą. – Bo wie pani, ja ją bardzo kocham…
- To swietnie. – ziewnęła. Padała na twarz. Kanapa wzywała ją syrenim śpiewem.
- Psze pani?
- Tak? – włożyła dużo wysiłku w to, żeby w jej głosie nie było słychać irytacji.
- Ja mogę jutro nie pamiętać…Proszę mu powiedzieć. – wskazał chrapiącego detektywa. – Że tamte buty świeciły się, jak psu jajca.
- Co? – miała wrażenie, że śni. – Jakie buty?
- No tamte… - machnął ręką. – Zresztą nie powinienem o tym mówić. Idiota ze mnie, bo on mi zawsze powtarzał, że buty ważna rzecz, a ja to dopiero teraz widzę. Powinny być całe upieprzone, a świeciły, jak…nieważne. Trzeba o tym ludziom powiedzieć…radio, telewizja…
- Dobrze, dobrze. – odczuła wielką pokusę, żeby pogłaskać go po głowie, ale nad sobą zapanowała. – Jutro się tym zajmiemy. Radio, telewizja, z samolotów bęziemy krzyszec…Ale jutro. Zisiaj niech pan odposznie. Dobranoc.
Wyszła z pokoju, rozłożyła kanapę, wsadziła do uszu zatyczki i łyknęła tabletkę nasenną. Nie lubiła robić tego ostatniego, bo przypominały jej się najgorsze chwile w życiu. Czuła jednak, że inaczej nie zmruży oka, mając w zasięgu słuchu dwóch śpiących i narąbanych facetów.
Po tej nieco przydługiej retrospekcji (dziękujemy Czytelnikowi za cierpliwość) wiedziała już, dlaczego Zębowski wygląda jak człowiek wykopany z grobu. Dziękowała losowi, że wczoraj miała spokojną noc.
- No, co takiego ci Herr Kommissar powieział? – zapytała słodko. Ten ton głosu zawsze zwiastował kłopoty osobie, z którą rozmawiała.
Zębowski zignorował jej wypowiedź.
- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem kochankę pani męża, od początku wydała mi się znajoma. Wczoraj dowiedziałem się, dlaczego. Jej brat, Jakob Kellerstein, jest świetnie znany i naszej i niemieckiej policji. Kiedy akurat nie siedzi w więzieniu, szmugluje narkotyki razem ze swoją bandą. Jego siostrze nigdy nie udało się udowodnić współudziału, ale zapewniam, że prędzej czy później do tego dojdzie. Myśli, że jest bezkarna, a tacy ludzie zawsze identycznie kończą.
Pani Bauermann zastanawiała się chwilę, skąd Zębowski tak dobrze zna tok myślenia tej kobiety. Zanim zdążyła wysnuć jakąkolwiek teorię na ten temat, jej uwagę pochłonęła całkowicie sąsiadka. Pani Skowrońska zrobiła się najpierw blada, a potem czerwona na twarzy.
- Narkotyki! – wydusiła w końcu. – Narkotyki! Jezus Maria, za kogo ja wyszłam!
Przejechała ręką po oczach.
- A proszę bardzo! Niech zadaje się z gangsterami, ćpa, proszę bardzo! Byle z daleka od moich dzieci! Coś jeszcze? – zwróciła się do Zębowskiego niemal agresywnie. Przypomniała sobie widziane w życiu filmy z gangsterami. – Sutenerstwo, kasyna, handel bronią?
- Tylko narkotyki.
- Tylko! – prychnęła. – Tylko! Nie no, ja go zabiję! Dziękuję panu bardzo. – jej ton nieco złagodniał. – Teraz przynajmniej wiem, że nie będę miała za kim beczeć. Rany boskie! – aż zsiniała. – Czy myśli pan, że ona…że ci ludzie…
- Ani Jakob, ani jego ludzie nie angażują się zbytnio w życie osobiste Andzi. I dobrze, bo gdyby próbowali za nim nadążyć, nie starczyłoby im czasu na nic innego. Nie powinni niepokoić pani rodziny, kiedy małżonek już zostanie puszczony kantem. Anusia traktuje go jako jednego z wielu.

Nie wyglądała na specjalnie przekonaną.
- Ale gdyby się coś działo – cokolwiek – to ma pani mój numer telefonu. Proszę dzwonić o dowolnej godzinie. Bardzo mało sypiam. Jakoś na pewno pomogę.
Chciała się uśmiechnąć. Naprawdę. Ale nie mogła.
- Dziękuję. – powiedziała jakimś sztywnym głosem. Zerknęła na panią Bauermann. To ona ją tu przyprowadziła…I też mówiła, że pomoże. – Dziękuję. I przepraszam. Ja…ja…
Nasza główna bohaterka poklepała ją po ramieniu.
- Naprawdę nie ma o czym mówić. Wiem, jak to jest.
- Chciałabym już iść do syna. Do Adasia. Ja…ja muszę go przytulić.
- Oczywiście. Klaudia?
Dziewczyna wyjęła z gniazda USB swojego laptopa pendrive’a i podała go nieszczęśliwej żonie ze współczującym uśmiechem.
- Bardzo mi przykro.
- Nie powinno, dziecko, nie powinno…Lepiej drania zdemaskować, niż żyć z nim i robić z siebie idiotkę. – mówiła to w taki sposób, jakby chciała uwierzyć we własne słowa. – Naprawdę, ciesz się, że męża nie masz.
Zębowski zakaszlał w bardzo dziwny sposób. Taki, który przypominał brzmienie słowa: „właśnie”.
- Do widzenia. – powiedział, gdy już minął mu ten niepokojący objaw.
- Do widzenia. – wyciągnęła rękę. – Tylko niech mnie pan tym razem nie całuje. Prędzej umrę, niż pozwolę chłopu cmoknąć się w cokolwiek. Może z jednym wyjątkiem.
Sama była zdziwiona, że stać ją jeszcze na żarty.
- Jak pani sobie życzy. – detektyw uścisnął jej dłoń. – Powodzenia.
- Na wszelki wypadek nie dziękuję. Aha, jeszcze jedna rzecz…
- Tak?
Spuściła oczy.
- Wtedy, kiedy tu pierwszy raz byłam, powiedział pan, że zmyłam rano ciemny lakier z paznokci…Skąd pan wiedział?
W jego oczach zaigrał uśmiech.
- Zrobiła to pani nieco niedokładnie…na jednym palcu został ślad koloru.
- Mogłam się domyślić…Jeszcze raz dziękuję.
Wyszła z gabinetu. Na samą myśl o rozmowach z synem i mężem coś jej się zacisnęło na gardle. 


*** 

Czuła, że będzie tego żałować, ale zadzwoniła do niego wieczorem.
- Zębowski, słucham.
- Hej…co robisz?
- Akurat patroszę tego gościa, którego trzymałem w piwnicy, więc jestem trochę zajęty. A co?
- Wez. – skrzywiła się. – Dopiero kolację jadłam.
- Sama jesteś sobie winna. Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Do mnie trzeba konkretnie.
- Dobra…Skąd znasz tę całą Kellerstein?
- Nie mogę udzielać takich informacji osobom postronnym.
- Jasne, jasne…wiesz, jutro piernik robię i zastanawiałam się, szy ci kawałka do biuro nie przyniezc, ale chyba jestez zbyt zajęty, więc…
Miała go w garści. Doskonale o tym wiedziała. Zębowski miał ogromną słabość do jej wypieków. Sam powiedział jej kiedyś: „Dobrze, że nie ciągnie cię do przestępstw, bo wystarczyłaby ci blacha ciastek, żeby unieszkodliwić cały wymiar sprawiedliwości”.
- Ty…ty…ty mała agentko germańska!
- Musisz popracować nad obelgami. Kiedyz byłez w tym lepszy.
- Będę miał sporo okazji do treningu, z tego co widzę. Poznałem ją w trakcie śledztwa, nie mogę…
- Mnie szadne sleztwa nie interesują. – zapewniła. – Tylko to, co ty z nią robiłez.
- Ja? – obruszył się. – Nic, jak matkę kocham…Ale pewien bardzo bogaty warszawski biznesmen – całkiem sporo.
Jej usta wykrzywił lekki uśmiech. Wiedziała aż za dobrze, na czym polega ta gra.
- Przystojny?
- O, bardzo. Naprawdę, żałuj, że go nie poznałaś. Brodę miał normalnie jak szejk arabski. Coś pięknego.
- Uu, to szeszywizcie. Szęzcara z tej Anji.
- Pewnie już go nie pamięta. Długo ta znajomość nie trwała. Taka arogancka gęś zupełnie nie pasowała do tak inteligentnego człowieka, jak nasz biznesmen. Poza tym wiesz, w łóżku gadała po niemiecku, a jak słyszę ten język, to mi wszystko opada. Znaczy, jemu. Tak mi mówił. Bez urazy, Reta.
Pani Bauermann nie należała do osób, które łatwo się obrażają. Pomyślała jednak, że chyba wrzuci do jutrzejszego piernika trochę gwoździ calowych. Zawsze lubiła eksperymentować w kuchni. 

- Dzień dobry…Można?
Podniosła z zaskoczeniem głowę. Chyba znowu zapomniała zamknąć drzwi na klucz po wyjściu ostatniego ucznia. Czasem jej się to zdarzało. Doprowadzała tym Zębowskiego do apopleksji.
- Zień dobry…Tak, tak, proszę.
- Na pewno? Widzę, że pani pracuje…Mogę wpaść kiedy indziej.
Pani Bauermann zerknęła na tekst, który właśnie tłumaczyła. Opowiadanie. Aspirująca literatka chciała spróbować szczęścia za granicą, a że do Niemiec było z Waręcina najbliżej…
- Nie…Barzo chętnie rozprostuję kark. Garbu się kiedyz dorobię od tej pracy na sieząco.
- Skąd ja to znam…
Pani Skowrońska wyglądała naprawdę nieźle. Stała prosto, w jej oczach błyszczało zdecydowanie. Miała bardzo ładnie zrobiony makijaż.
Tydzień temu jej mąż został wyeksmitowany z ich wspólnego mieszkania ze skutkiem natychmiastowym. Było to bardzo głośne przedstawienie – pani Bauermann zaczęła nawet odkurzać, żeby go nie słyszeć. Normalnie unikała sprzątania jak diabeł Watykanu, więc ta sprawa miała chociaż jeden pozytywny skutek.
- Jak się pani miewa?
- Jako tako. Przynajmniej już nie muszę zachodzić w głowę, gdzie on jest. Ale nie o tym chciałam mówić. Niech pani sobie wyobrazi, że Adam przed chwilą błagał mnie o drugą szansę.
Pani Bauermann aż wstała.
- Jak to?
- A tak to! – twarz jej rozmówczyni rozjaśniał triumfalny uśmiech. – Było dokładnie tak, jak mówił pan Dariusz. Naprawdę, geniusz z niego.
- Jezu Chryste, tylko niech mu pani tego nie mówi. Normalnie jest ciężko z nim wytrzymać, a jak się zasznie puszyć, to już w ogóle Matko Boska weź mnie trzymaj.
- Dobrze go pani zna?
- Chyba nikt nie jest w stanie tego o nim powiezieć…Ale wpuścił mnie do swojego domu, a to już coz. Zresztą, niewaszne. Naprawdę było tak, jak mówił?
- Co do joty. Cudowna Andzia puściła go w trąbę zaraz po tym, jak powiedział, że chciałby się z nią związać na stałe. Żeby pani słyszała, jak skomlał! „Beciu kochana, wybacz mi, byłem skończonym idiotą, ale teraz już wiem, że tylko ty i dzieci się dla mnie liczycie”…Srali muchy, będzie wiosna! Został sam, to mu się ciepłej przystani zachciało, ot i cała tajemnica. Nie chcę mieć nic wspólnego z tym człowiekiem.
Pani Bauermann pokręciła głową.
- Tak się nie da, niestety. Mają państwo zieci, szyli coz wspólnego zawsze będą mieć. A propos, jak Adaz znosi…to wszystko?
Usta zdradzonej kobiety wykrzywił smutny uśmiech.
- Jest trochę przybity, ale cieszy się, że już nie ma takiej ciężkiej atmosfery w domu…O ojcu nawet słyszeć nie chce.
- To się zmieni. Z szasem na pewno zasznie tęsknić. Rozumiem, sze jest pani wzcekła na męsza, ale pod tym względem naprawdę muszą się państwo rozsądne dogadać. Mówię to jako nauszycielka i jako szłowiek. Mój tata umarł, kiedy byłam zieckiem i wiem, sze tylko matka…nie zawsze daje radę.
Już po raz drugi zdobyła się w obecności pani Skowrońskiej na tak osobiste wyznanie. Sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale tylko pokręciła głową.
- Yy…no właśnie. Chciałam zapytać, czy ma pani jakieś wolne godziny po południu?
Pani Bauermann rzuciła sąsiadce zdziwione spojrzenie. Tamta wzruszyła ramionami.
- Nie ma sensu odcinać dziecku dostępu do wiedzy dlatego, że jego tatuś jest gnojkiem…Niech się uczy, języki obce ważna rzecz. A poza tym bardzo panią lubi.
Usta naszej głównej bohaterki wykrzywił uśmiech. W takich chwilach naprawdę uwielbiała swoją pracę.
- Niech bęzie ponieziałek o trzeciej, jak do tej pory. – zaproponowała. – Szeby miał chociaż jeden stały element w tej…nowej szeszywistości.
Pani Skowrońska kiwnęła głową.
- Tak chyba będzie faktycznie najlepiej. A tak przy okazji…Beata.
Pani Bauermann uścisnęła jej wyciągniętą rękę.
- Reta, Greta, Gretel…Wszystko jedno. Byle nie Goscha.



[1] Proszę wejść!

[2] Dzień dobry. (…)

- Dzień dobry, Adaz. (…) Usiądź, proszę.

- Dziękuję.

[3] Byłem…byłem…

[4] Nie jestem głodna.

[5] - Bardzo smaczne.

- Dziękuję.

 

[6] Die Übereifer - nadgorliwość

[7] Moje kochanie, skarbie…Co ci tylko podpowie fantazja, Drogi Czytelniku.

[8] Gnoju!

[9] Panie detektywie

[10] Wody? Pani…chce wody?

Komentarze

  1. Nazwa trochę odstrasza. Mam wrażenie że gdyby drugi post był na miejscu pierwszego to byłoby bardziej zachęcająco - sama zaczęłam niechcący czytać od drugiego i mnie zainteresował. Po tym, który teraz jest drugi, albo gdzieś w trakcie, można byłoby dodać opis detektywa z pierwszego, to by bardziej do mnie przemówiło.

    Posty mogłyby być nawet o połowę bądź więcej krótsze, łatwiej by się czytało.

    Można byłoby też ponumerować posty, bo teraz trzeba trochę szukać gdzie co i jak, a jak zrobi się ich 20, to będzie ciężko dojść do ładu co się już czytało, a czego nie.

    I dla pewności dodam to też tutaj - dejcie przycisk do subskrybowania, bo nie widzę gdzie można zaobserwować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, istnieje coś takiego jak lista czytelnicza na bloggerze, well. Jeszcze się tu gubię.

      Usuń

Prześlij komentarz