2. Sąsiedzka pomoc
Zacznijmy od opisu głównej
bohaterki, żeby nie nużyć nim Czytelnika już w trakcie wydarzeń. Obiecujemy, że
będziemy się streszczać.
Niebieskooka blondynka o wysokim
czole i dużym, haczykowatym nosie. Ubrana była w różową bluzkę i właściwie
tylko tę część garderoby dało się zobaczyć, ponieważ nogi trzymała pod stołem. W
jej dowodzie widniało nazwisko Margareta Bauermann. Pracowała jako tłumaczka i
lektorka języka niemieckiego. Tyle na początek wystarczy, idziemy dalej.
Ktoś zapukał. Jej wąskie usta wykrzywił
lekki uśmiech.
- Komm herein![1]
Drzwi otworzyły się i wszedł około
trzynastoletni chłopiec w czapce z daszkiem i plecakiem zwisającym z jednego
ramienia.
- Guten Tag. - mruknął.
- Guten Tag, Adaz. –
odpowiedziała, nadal się uśmiechając. - Setz dich bitte.
- Danke[2]. - z westchnieniem usiadł na krześle i zdjął plecak. Zmarszczył
czoło, jak niemal zawsze, kiedy miał wypowiedzieć po niemiecku zdanie, które
nie było napisane wołami w podręczniku.
- Ich war…ich war…[3] Przeziębiony.
– skapitulował po chwili.
- Erkältet. – wymówiła to
słowo wolno i wyraźnie. – Er-käl-tet.
- Wszystko jedno. – mruknął, sięgając do tornistra.
Pani Bauerman zmarszczyła brwi.
Adaś zawsze był nadzwyczaj wesoły i pełen energii, więc jego zachowanie było co
najmniej nietypowe.
Pewnie jest zmęczony po chorobie,
pomyślała.
Pół godziny później jej
zaniepokojenie się wzmogło. Adaś był spokojny i posłuszny, ale…zbyt posłuszny. Brakowało
śmiechu, tego całego: „Nie mogę tego powiedzieć, przecież to można sobie język
odgryźć!”.
- Ej, wszystko w posządku? –
zapytała łagodnie. W jej głosie brzmiał wyraźny niemiecki akcent. - Stało się
coz?
- Nie, nic. - powiedział, unikając
jej spojrzenia. - Mam prośbę.
- Tak?
- Mógłbym...posiedzieć u pani
trochę dłużej?
- Oszywizcie. - odpowiedziała,
patrząc na niego z zaniepokojeniem. - Ale dlaszego?
Westchnął.
- Powiedzmy, że...nie spieszy mi
się za bardzo do domu.
Pani Bauermann zagryzła wargi.
Znała rodzinę Adasia (w końcu mieszkał zaledwie piętro niżej) – jego mamę,
pracującą w księgowości, skalara Freda, miniaturowego jamnika Bingo...
Z tatą rozmawiała tylko kilka razy,
jednak wydawał się jej sympatycznym, może tylko nieco zbyt sztywnym
człowiekiem.
Normalna, spokojna rodzina.
Naprawdę, nie potrafiła się
domyślić, z jakiego to powodu Adaś miałby odwlekać chwilę pójścia do domu.
Zawsze leciał tam od razu po korepetycjach, żeby wyprowadzić psa.
- W szkole coz przeskrobałez?
Nie odpowiedział.
- Spokojnie. Jak wszystko powiesz
mamie od razu, to na pewno ci głowa nie urwie. Mogę nawet być przy tej rozmowie,
chcesz?
Pokręcił tylko głową i pociągnął
nosem. Czyżby miał się zaraz rozpłakać? Serce jej się ścisnęło.
Szukała innej przyczyny.
- Tęsknisz za Marysia? - spytała.
Miała na myśli starszą siostrę Adasia, która jakiś czas temu wyjechała za
granicę. Co prawda nie był już przedszkolakiem, świetnie rozumiał, że dostała
stypendium, ale rozłąka zawsze jest bolesna.
Znów pokręcił głową.
- Nie, nie jest tak źle, gadaliśmy
wczoraj na Skypie i chce, żebyśmy ją odwiedzili...A ten jej facet jest całkiem
spoko...
- To co...
- Możemy nie drążyć tematu? - w
jego głosie brzmiało rozdrażnienie. - Proszę? - zreflektował się po chwili.
Kiwnęła głową, wiedząc, że
naciskami nic nie wskóra. Sporządziła jednak mentalną notkę, że musi koniecznie
porozmawiać z panią Skowrońską przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Nie chciała męczyć Adasia
dodatkowymi korepetycjami, więc kiedy wybiła czwarta po południu, kazała mu
schować książki.
Kiedy pochylał się nad tornistrem,
usłyszała niedwuznaczne burczenie.
- Zjadłez kanapki w szkole? -
zapytała.
Pokiwał głową.
Poszła bez słowa do kuchni i
odgrzała w mikrofalówce część spaghetti, które sama zamierzała zjeść na obiad.
- Nie...nie powinienem... -
powiedział szybko, gdy zobaczył przed sobą talerz.
- Jez i nie gadaj. - odparła z
uśmiechem.
- A pani?
Wzruszyła ramionami.
- Ich habe keinen Hunger.[4]
Nie miał dalszych obiekcji i z
wyraźnym upodobaniem przystąpił do konsumpcji.
- Pychota. - powiedział, gdy
skończył. Potem zmarszczył czoło, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. - Sehr
lecker. - dorzucił w końcu.
- Danke[5]. -
pogłaskała go po głowie.
- Mama zrobiła kiedyś podobne. Wzięła
jakiś przepis z Internetu. Ale teraz już
nie gotuje, bo… - urwał, jakby się bojąc, że powiedział zbyt wiele.
Znów próbowała pociągnąć go za
język. I znów bez rezultatu.
Zastanawiała się przez chwilę, czy
zadzwonić do pani Skowrońskiej i powiedzieć, że Adaś został u niej dłużej, ale
po chwili odrzuciła ten pomysł. Przecież wie, że w poniedziałki ma korepetycje,
będzie wiedziała, gdzie go szukać.
„Poza tym może teraz wracać z
pracy. A ty wiesz, że nie powinno się rozmawiać przez telefon podczas jazdy,
prawda?”.
Wzdrygnęła się. Nie, nie może znowu
o t y m
myśleć. Nie teraz. Nie przy Adasiu.
Opanowała się, ale chłopiec
zauważył jej chwilowe zdenerwowanie.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Tak, tak, tak, tak. -
powiedziała, pospiesznie ocierając oczy.
„Nie, od tej cholernej nocy nic nie
jest w porządku”.
Zacisnęła zęby i zmusiła swój mózg
do skupienia się na czymś innym. Na przykład – czym może zająć się Adaś?
Telewizora w jej mieszkaniu nie było, uważała, że: „Głupot i łgarstw można
słuchać za darmo”, a książki, które miała, nie nadawały się dla
trzynastoletnich chłopców. Nie chciała też, żeby ktoś obcy korzystał z jej
komputera – traktowałaby to jako wejście w jej osobistą strefę, a bardzo dbała,
aby między nią a uczniami była pewna granica.
Chłopiec szybko rozwiał jej
rozterki, wyjmując pokaźnych rozmiarów telefon dotykowy.
- Ma pani tu gdzieś wolny kontakt?
- zapytał. - Bo bateria mi siada.
Z pozbawioną wyrazu twarzą wskazała
mu gniazdko znajdujące się tuż obok fotela. Usadowił się tam i już po chwili
został wessany do wirtualnego świata. Jego palce przesuwały się w dziwnych
figurach po ekranie, jak łyżwiarze po lodowisku.
Dokąd zmierza ten świat, pomyślała
nie wiadomo który już raz pani Bauermann. Niedawno widziała w parku góra
dziesięcioletniego chłopca, który siedział na ławce i również był bez reszty
pochłonięty takim właśnie urządzeniem. Miesiąc temu widziała tam z kolei
chłopaka i dziewczynę. Wyglądało na to, że dobrze się znali, bo on trzymał rękę
na jej kolanie, a ona opierała mu głowę na ramieniu – ale cóż z tego, skoro oboje
trzymali w rękach telefony?
„Całe szczęście – pomyślała. - Że
już zdążyłam być młoda i zakochać się na zabój, bo jeżeli w dzisiejszych
czasach tak to wygląda, to dziękuję bardzo”.
„Już zdążyłam być młoda”... -
uśmiechnęła się ironicznie czując, że brzmi jak staruszka. A przecież chwilę
temu skończyła trzydzieści trzy lata. Trzydzieści trzy, do cholery jasnej.
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do
drzwi. Czym prędzej poszła otworzyć.
Na progu stała niskiego wzrostu
kobieta o pełnej figurze, zielonych oczach i jasnobrązowych włosach, upiętych
nieubłaganie w kok.
- Jest Adaś? - zapytała.
Pani Bauermann była nieco
zaskoczona jej szorstkim powitaniem, ale odpowiedziała:
- Jest.
Przesunęła się, by wpuścić gościa
do środka. Kiedy pani Skowrońska zobaczyła swojego syna (który pospiesznie
schował telefon do kieszeni,) wykrzywiła usta.
- Co ty tu jeszcze robisz? -
zapytała surowo. - Ja przychodzę, ciebie nie ma, pies narobił na
podłogę...Kupiliśmy ci go pod warunkiem, że będziesz sam o niego dbał,
pamiętasz?
- Przepraszam, mamo. - spuścił oczy
ze skruchą.
Przewróciła oczami.
- Poza tym – ciągnęła. - Nie
powinieneś nadużywać gościnności pani Bauermann...
- Nic się nie stało. - odparła
tamta, zastanawiając się jednocześnie, co oznaczała ta dziwna nuta, która
brzmiała w głosie sąsiadki, gdy wymawiała jej nazwisko. A może to omam
słuchowy?
- W każdym razie. - kontynuowała
pani Skowrońska, opierając ręce na swoich wcale pokaźnych biodrach. - To był
pierwszy i ostatni raz, prawda, Adasiu?
- Prawda. - przytaknął skwapliwie,
unikając jej spojrzenia.
- Chodź do domu. - wyraz jej twarzy
nieco złagodniał. - Musisz być głodny.
- Wcale nie. - zaprzeczył, zanim
korepetytorka zdążyła dyskretnie pokręcić głową. - Pani Bauermann dała mi
obiad, był bardzo dobry.
Pani Skowrońska uniosła brwi bardzo
wysoko.
- Taak? - zapytała, a ton jej głosu
był niezbyt przyjemny. - Będę pamiętać o umiejętnościach kulinarnych pani
Bauermann...Wybacz, kochanie, ale ja nie będę ci robić bratwurstów...
- To nie były bratwursty, tylko...
- Ani słowa! Idziemy do domu.
Posłusznie wziął plecak i rzucił
pani Bauermann przez ramię smętne spojrzenie.
- Wiedersehen. - powiedział
cicho, wzdychając.
- Wiedersehen... - odparła
podobnym tonem, zamykając za nim drzwi.
Miała wyjątkowo dobry humor, dość
mocno związany z pudełkiem czekoladek znajdującym się w siatce z zakupami.
Uśmiech, który posłała pani Skowrońskiej, był więc wyjątkowo szeroki.
- Zień dobry!
- Dzień dobry. – odpowiedziała
sąsiadka, ale na jej twarzy nie pojawił się nawet ślad uśmiechu. – Nawet dobrze,
że panią spotykam…Takie rzeczy lepiej załatwiać mimo wszystko osobiście.
- Jakie? – pani Bauermann czuła, że
jej nastrój się pogorszył. Ludzie nigdy nie mówią w ten sposób, kiedy chcą
zakomunikować coś przyjemnego.
- Adaś już nie będzie przychodził
do pani na lekcje.
- Co? – nie wierzyła własnym uszom.
– Dlaszego?
Pani Skowrońska zmrużyła oczy.
- Bo wszystko ma swoje granice.
Skołowana do reszty główna
bohaterka naszej historii odczuła wielką pokusę, by podrapać się po łepetynie.
Jednak miała zajęte ręce, a nóg nie potrafiła używać w tym celu. Musiała
wystarczyć jej wyobraźnia.
O co tutaj chodzi, na miłość boską?
Jakie granice mogła przekroczyć? Zawsze traktowała Adasia jak każdego innego
ucznia, nie mogła zrozumieć, skąd to zachowanie jego matki.
Po chwili uświadomiła sobie, że
przecież nie z każdym, kto przychodzi na korki, dzieli się swoim obiadem. Fakt,
trochę ją poniosło. Miała jak najlepsze intencje, ale dobrymi chęciami jest
piekło wybrukowane. Pani Skowrońska miała z pewnością własną wizję diety
swojego syna, a tu nagle jakaś obca baba daje mu spaghetti…
Zrozumiawszy, o co chodzi, pani
Bauermann odzyskała pewność siebie. Znowu się uśmiechnęła.
- Porozmawiajmy rozsądnie. –
zaproponowała. – Mosze danie Adazowi obiadu było pewną… - zawahała się,
ale nie mogła przypomnieć sobie polskiego słowa. – Übereiferą[6] z mojej strony, ale…
Oczy pani Skowrońskiej zwęziły się niebezpiecznie.
- Czym, przepraszam? – wycedziła. – Języki obce nie są moją mocną
stroną, ale to nie znaczy, że pozwolę z siebie robić idiotkę.
- Ja z pani robię idiotka, tak?! – nasza główna bohaterka
powiedziała to głośniej, niż wymagała tego rozmowa z osobą niemającą problemów
ze słuchem. – Ja z pani?!
„Brawo” – pogratulowała sobie w myślach. – „Świetnie to
rozegrałaś. Teraz na pewno spokojnie wyjaśni ci, czym ją uraziłaś i dojdziecie
do porozumienia”.
Poczuła, że robi jej się gorąco ze wstydu. Chciała przeprosić, ale
nie dostała szansy. Sąsiadka spojrzała na nią lodowato.
- Proszę trzymać się z daleka od mojego syna i męża.
Zanim pani Bauermann zdołała otworzyć usta, jej rozmówczyni już
nie było.
Zapewne każdy z czytelników wie,
jak to jest być prześladowanym przez utwór muzyczny. Człowiek żyje sobie spokojnie,
nikomu nie wadząc, aż tu nagle słyszy piosenkę. Nieważne, czy przypadnie mu ona
do gustu – słyszy ją na okrągło i musi śpiewać, choćby miał wokal gorszy od
wiertarki udarowej.
Głos pani Bauermann nie zasługiwał
chyba na tak brutalne porównanie, ale i tak w swoim mniemaniu popełniała grzech
śmiertelny – śpiewała bowiem p o a n g i
e l s k u. Uważała, że każde słowo, jakie wypowiada w tym języku, brzmi
dziwnie, śmiesznie i ze wszech miar okropnie.
Nie mogła się jednak powstrzymać.
- How deep is your love? –
zwróciła się do ogromnej torby, którą zawsze dźwigała, kiedy jeździła na
korepetycje do uczniów. Były to, ściśle mówiąc, jedyne słowa, które zdołała
wyłapać z tej piosenki, oprócz wyrazu ocean i powtarzanego w refrenie
okrzyku „Aaa-u”. Jednak, jak wiadomo, ludzki mózg jest urządzeniem bardzo
kreatywnym. Nasza bohaterka uzupełniała luki mruczandem i coraz to nowymi
słowami. Trudno było je podejrzewać o jakieś znaczenie, ale „brzmiały po
angielsku”. Więcej nie potrzebowała.
- How deep is your love? Mhm,
ocean…Kurde!
W tym momencie pani Bauermann
naprawdę zapragnęła znaleźć się w oceanie. Albo na jego dnie. A jeszcze lepiej
– pod tym dnem.
Czytelnik zapewne się zdziwi, kiedy
powiemy mu, że powodem tych bardzo ostatecznych pragnień był zupełnie nijaki
mężczyzna, który wszedł na klatkę schodową. Miał pulchną, bladą twarz o
bulwiastym nosie, z którego notorycznie zsuwały się okulary. Widzimy miliony
takich ludzi w sklepach, autobusach i na ulicach.
Może jednak Czytelnik przestanie
się dziwić na wiadomość, że ten mężczyzna nazywał się Adam Skowroński senior.
- Dzień dobry! – zwrócił się do
pani Bauermann z szerokim uśmiechem. – Proszę zaczekać, pomogę!
- Nie, nie, nie, dam radę. –
odparła szybko. Pod jej czaszką wrzało, jak w ulu.
„Pani Skowrońska podejrzewa mnie o
romans ze swoim mężem. Musi tak być, dlaczego inaczej kazałaby mi się trzymać
od niego z daleka? Ale skąd ona w ogóle wzięła taki absurd, przecież ja z nim
jestem ledwie na >>Dzień dobry<<, teraz dopiero widzę, jaki ma
kolor oczu…Rozumiałabym jakąś koleżankę z pracy, kogoś w ten deseń, ale ja?!
Rany boskie, to trzeba szybko ukrócić, bo jak pójdzie fama, że uwodzę rodziców
uczniów, to chyba będę się musiała przeprowadzić...Ale skąd w ogóle pomysł, że
ja z nim…Chwilunia, a dlaczego on się tak do mnie uśmiecha? Może powinnam spytać
jego, o co w tym wszystkim chodzi? Ale jak? >>Przepraszam, wie pan może,
dlaczego żona podejrzewa go o romans ze mną?<<. Bez…”.
Jeśli Czytelnik czuje, że się
pogubił się w powyższym akapicie, zapewniamy – pani Bauermann też. Tak ją
zaabsorbowało rozplątywanie mentalnych węzłów gordyjskich, że odpaliła:
- Mógłby pan powtószyć? Coz nie
mogę zisiaj zebrać mysli…to ta piosenka.
- Jaka piosenka? – zapytał sąsiad z
uprzejmym zainteresowaniem.
- Eee… - zawahała się. – Angielska
taka…
„Statuetka za najbłyskotliwszą
odpowiedź roku już jest twoja, nie ma co”.
- Ach, angielska! – w oczach pana
Skowrońskiego pojawił się jakby zawód. – Miałem nadzieję, że niemiecka.
- Dlaszego? – podchwyciła szybko
pani Bauermann, żeby ukryć zmieszanie.
- A, bo widzi pani, jakoś tak mnie
naszło, żeby się niemieckiego nauczyć…Trzeba się rozwijać, prawda?
- Tak, tak… - powiedziała
ostrożnie. W jej głowie coś przeskoczyło.
- Czy mogłaby mi pani, jako
ekspertka – znów wyszczerzył zęby. – Podpowiedzieć, jak to robić, kiedy człowiek
nie ma za dużo czasu?
- Zaleszy, po co chce się uszyć. –
spojrzała na niego uważnie.
- Do pracy. – pan Skowroński
poluzował kołnierzyk. – Wie pani, jakby niemieccy kontrahenci do firmy
przyszli…
- A, do pracy. – kiwnęła lekko
głową. – Są takie specjalne książki, na przykład…Niemiecki w biznesie, tak to
się chyba nazywa. Mam ze dwie w domu, mogę panu poszyszyć.
- Byłoby miło. – odparł pan
Skowroński, uśmiechając się zdawkowo.
- Tylko jak ja je panu dam? –
myślała na głos, gdy wchodzili po schodach. – Normalnie to bym Adaza poprosiła,
szeby do domu zaniósł, ale on już do mnie nie przychozi.
Ta wiadomość zaskoczyła pana Skowrońskiego.
- Co? – zmarszczył brwi. – Jak to?
- Szona mówiła, sze już nie chce, szebym go uszyła. Trochę
nie rozumiem, dlaszego, ale… - wzruszyła ramionami. – Trudno. Nie wieział pan o
tym?
Westchnął.
- Widzi pani, tak to jest, jak człowiek pracuje. Nie, nie
wiedziałem. Mnie samemu czasem trudno zrozumieć własną żonę, ale tym razem
przesadziła. No przecież co jej przeszkadzało, że się dzieciak niemieckiego
uczył? Niech się uczy, zwłaszcza w takiej sytuacji…Korepetytorka pod nosem,
Niemka w dodatku, więc akcent można podchwycić…Naprawdę nie rozumiem. Adaś
będzie do pani przychodził, oczywiście. Przecież to absurd…
Oddał jej torbę i ruszył piętro w dół. Pani Bauermann
pomyślała, że bardzo by nie chciała stać się pretekstem do małżeńskich
rozgrywek. Zwłaszcza takich, w których cierpiałoby Bogu ducha winne dziecko.
***
- Patrizia, konzentrir dich! -
upomniała po raz kolejny siedzącą obok niej przy stole dziewczynę. - Ich
mag, du?
- Magst.
- Gut. - pochwaliła ją pani Bauermann. - Er, sie, es?
- Magt.
- Nie. - kobieta westchnęła.
- No jak nie, jak tak? - zdziwiła
się Patrycja.
- To jest szasownik nieregularny.
No, przypomnij sobie.
- Er, sie, es... - na czole
dziewczyny pojawiły się zmarszczki. - Er, sie, es...mag! - zawołała z
taką satysfakcją, jakby odkryła nowe prawo rządzące Wszechświatem.
Pani Bauermann kazała jej powtórzyć
całość i tym razem obyło się bez wpadek. Ktoś na jej oczach opanował odmianę mögen! Bogowie wszelkich
obrządków, gdzie kronikarz?!
Rozległo się pukanie do drzwi.
Czyżby o wilku mowa?
Ale to nie był kronikarz. To był
Adaś Skowroński. Smutny, rozbity, pociągający nosem Adaś Skowroński.
- Adaz? – zapytała pani
Bauermann ze szczerym zdumieniem. - Co ty robisz tu?
Obejrzała się i spojrzała na zegar
wiszący na ścianie. Za dziesięć druga. . A zatem powinien być w szkole jeszcze
co najmniej godzinę. Uciekł? Ale dlaczego? Nie był raczej typem wagarowicza. A
nawet, gdyby zerwał się z powodu na przykład sprawdzianu, nie przychodziłby do
niej. I to jeszcze w takim stanie.
Stał na progu, nie odpowiadając na
jej pytanie.
- Mogę wejść? - zapytał. Jego głos
był cienki i błagalny, jak osoby na skraju załamania.
Obejrzała się pospiesznie za
siebie. Napotkała zaciekawione spojrzenie brązowych oczu Patrycji, która
starała się dojrzeć przyczynę zamieszania.
Jej reakcja była natychmiastowa.
- Naturlich. - cofnęla się.
- Wejź, wejź.
Przestąpił próg z miną człowieka,
który idzie na szubienicę.
- Co ci się stało? - zapytała
Patrycja.
Pani Bauermann wiedziała z
doświadczenia, że to najgorsze pytanie, jakie można zadać w takiej sytuacji.
Adaś najwyrazniej uważał tak samo, bo zagryzł wargi, a jego broda zaczęła się
trząść.
Postanowiła oszczędzić mu
dodatkowych nieprzyjemności.
- Eem...Patrizia. - powiedziała,
starając się brzmieć, jakby to była absolutnie zwyczajna, choć niekomfortowa
sytuacja, która przytrafia się od czasu do czasu. - Bardzo przepraszam, ale
musimy na dziz skończyć... - powiedz twoja mama, sze poliszę jej mniej za tę
lekcję.
Patrycja wzruszyła ramionami,
widocznie zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie przepadała bowiem za
niemieckim i pani Bauermann, jakkolwiek dobra nauczycielka, nie była w stanie
tego zmienić.
Gdy tylko pulchna figura dziewczyny
zniknęła za drzwiami, Adasiowi kompletnie puściły hamulce. Rozpłakał się na
całego i objął swoją dawną korepetytorkę, przyciskając twarz do jej bluzki.
- No już, już... - pogłaskała go po
głowie, gdy minął jej pierwszy szok. - Wszystko bęzie dobrze. Uspokój się i
powiez, co się stało?
- Bbo...bbo... - wyjęczał,
zasmarkując sie na potęgę (na szczęście trochę się odsunął). - Bbo...o-oni...
- No już, już. - pogłaskała go po
policzku i poszła do swojej sypialni. Na szczęście na komodzie zostało jeszcze
całe pudełko chusteczek. Wzięła je, czując, że może okazać się niezbędne.
- No już, już... - powtarzała. -
Masz, wysmarkaj się...
Posłuchał jej z taką skwapliwością,
że chyba byłby w stanie zagłuszyć trąby oznajmiające Sąd Ostateczny. Usiadł na
kanapie, wziął kilka głębokich wdechów, spojrzał na nią zaczerwienionymi oczami
i powiedział:
- Bbo...Bo jego ciągle nie ma w
domu i mama się strasznie denerwuje...A jak już są oboje, to bez przerwy się
kłócą, bo on pewnie był z tamtą drugą...A teraz jeszcze mama mówi, że to pani
wina...
- Zaraz, zaraz, zaraz. - pani
Bauermann uniosła dłoń czując, że zaczyna się gubić w tych zaimkach. Poszła do
kuchni i wróciła ze szklanką wody. - Masz, napij się i opowiedz wszystko od
początku. Kto, kiedy, dlaszego?
Wypił łapczywie, ewidentnie tego
potrzebował. Odetchnął głęboko i podjął już spokojnie:
- Właściwie to się zaczęło, jeszcze
zanim się rozchorowałem...Najlepiej było widać przy obiedzie. Mówię pani, z
dnia na dzień mama i tata zaczęli się zachowywać jak mumie, nic nie mówili,
tylko gapili się na siebie, a miny mieli takie, jakby żuli styropian...Ciężko
było to wytrzymać. Kiedy próbowałem rozładować atmosferę, mama patrzyła na mnie
tak, jak wtedy, kiedy śmieję się w kościele...A raz poprosiła tatę, żeby podał
jej sól. Gdy posłuchał, myślałem, że chce mu wyrwać rękę razem z
solniczką...Rany. A potem...
Popatrzył na swoją rękę i zacisnął
usta w cienką linię, jakby niepewny, czy ma mówić dalej.
Pochyliła się do przodu.
- Tak?
Szukał w głowie odpowiednich słów.
- Widziałem, że mają między sobą
jakieś kwasy, ale oboje zawsze mi powtarzali, że nie można wtrącać się w cudze
sprawy, więc siedziałem cicho. Tym bardziej, że kiedy leżałem w łóżku z
trzydziestoma ośmioma stopniami gorączki, to raczej kiepski był ze mnie
negocjator...
Przerwał na chwilę, jakby zbierając
myśli i znów podjął:
- Myślałem nawet, że się pogodzili,
bo często wieczorami słyszałem, jak rozmawiali w kuchni. W sumie powinni się
pogodzić, są przecież dorośli, prawda? Gdzie tam! - uderzył ręką w
podłokietnik. Nie było już w jego oczach smutku, tylko złość. - Proszę sobie
wyobrazić, że ci idioci...
- Adaz. – czuła, że dziecko
nie powinno tak mówić o swoich rodzicach
- Niech ich pani nie broni, bo
inaczej tego określić się nie da. - oświadczył z pełnym przekonaniem. Na
policzkach płonęły mu rumieńce, po łzach nie zostało nawet śladu. - Ci idioci
zamiast się dogadać, w ogóle przestali się do siebie odzywać. Nawet obiadów już
normalnie nie jemy, bo jak ojciec przychodzi wieczorem, to tylko mówi: „Nie
jestem głodny” i zamyka się w pokoju. A mama nic...W ogóle oni ostatnio albo
milczą, albo wrzeszczą...Znaczy – mama wrzeszczy. Wydaje jej się, że tego nie
słyszę, ale musiałbym być głuchy. Kilka razy widziałem, jak płacze – po cichu,
rzecz jasna. - westchnął. - Niech go w końcu wywali na zbity pysk, razem z tą
jego dzi...
- ADAZ. – wiedziała, co chce
powiedzieć, ale zawiodłaby jako nauczycielka, gdyby pozwoliła mu to zrobić.
- Dziewczyną - dokończył szybko. -
I będzie święty spokój!
- A skąd wiesz, sze twój tata ma
ziewszynę? - zapytała.
- Bo nie jestem głupi. – odparł. –
Od tego ludzie się najczęściej rozchodzą, prawda? A poza tym w tych awanturach
jest „ona”, zawsze jakaś „ona”…Nie trzeba być Sherlockiem, żeby poskładać sobie
resztę.
Pani Bauermann doznała nagłego
olśnienia. Sherlock…oczywiście! Dlaczego nie pomyślała o tym od razu?
Już chciała sięgnąć po komórkę, ale
zatrzymała się w pół ruchu.
„Stop!” – pomyślała. – „Najpierw
muszę z nią pogadać. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a kto jak kto, ale
ja powinnam uważać na te rzeczy…”.
***
Wiedziała, że w piątki Adaś ma
trening piłki nożnej, a jego tata nie wraca z pracy przed osiemnastą.
Postanowiła więc właśnie w ten dzień rozmówić się z panią Skowrońską.
Schodząc na drugie piętro
zastanawiała się, co powiedzieć. Kiedy stanęła przed właściwymi drzwiami, dalej
nie miała żadnego pomysłu.
Trudno, raz kozie śmierć.
Zapukała.
Z zewnątrz rozległy się kroki i
głośne ujadanie psa.
- Cicho, Bingo! Cicho! To nie Adaś...Cicho!
Drzwi otworzyły się.
- Pani Bauermann? - pani Skowrońska
była zaskoczona.
Musiała się powstrzymać przed
przewróceniem oczami. To prawda, lubiła samotność i szczerze powiedziawszy
praktycznie nie ruszała się z mieszkania, jeśli nie miała konkretnego powodu,
ale czy jej widok powinien wprawiać w a
ż t a k i e zdumienie? A może to tylko złudzenie?
Na pewno złudzenie, mruknął
zrzędliwy głos w jej głowie. Na mózg ci się rzuca to siedzenie w czterech
ścianach. A jeżeli nie – to sama sobie to zgotowałaś, bo ludzie już tak
przywykli do twojej izolacji, że każde niespodziewane spotkanie ich dziwi.
Pamiętasz, co ci mówiła ta psycholog?
Ta głupia baba nic nie rozumiała,
pomyślała pani Bauermann.
Tak, jasne. A Kryśka? A Kaśka,
Sandra i pozostałe dziewczyny z restauracji? A pan Frydzewski? Oni też byli
głupi i nic nie rozumieli?
Otrząsnęła się z tych myśli.
Przyszła porozmawiać o Adasiu i powinna zajmować się tylko tym. Naprawdę, kiedy
wreszcie przestanie wszystko sprowadzać do jednej rzeczy?
Pani Skowrońska wciąż patrzyła na
nią z pytającym wyrazem twarzy.
Poczuła, że się rumieni. Było jej
naprawdę głupio. Czasem, w najmniej odpowiednich momentach, nachodziły ją takie
wewnętrzne dialogi, co było przyczyną różnych gaf.
- Pani Skowronska. - powiedziała w
końcu. - Musimy porozmawiać. Chozi o pani syna. Mogę wejzc?
Myślała, że powie: „nie” i
zatrzaśnie jej drzwi przed nosem. A ona po prostu wpuściła ją do środka. Jakieś
dziwne emocje malowały się na jej twarzy. Wstyd? Smutek? Bezsilność?
Niewielki jamnik o krótkiej
brązowej sierści i bardzo rozumnych, ciemnych oczach, szczekając głośno, rzucił
się do pani Bauermann i zaczął obwąchiwać jej nogi. Pochyliła się i podrapała
go za uszami. Bardzo lubiła psy.
***
Została wprowadzona do niewielkiego
saloniku utrzymanego w kremowych odcieniach. Ogarnął ją nagły wstyd -
mimowolnie porównywała bowiem podłogę sąsiadki z własną i pomyślała z goryczą,
że to tak, jakby porównywać Pałac Prezydencki z oborą. Musiałabym się chyba
drugi raz urodzić, żeby mieć tak czysto, przemknęło jej przez głowę.
Usiadła na kanapie, na której
znajdowały się trzy białe, okrągłe poduszki. Pani Skowrońska zajęła fotel
naprzeciwko i spuściła wzrok. Nie kwapiła się, żeby zapytać o cel wizyty.
Sprawiała wrażenie, jakby doskonale go znała.
- Pani Skowronska. - podjęła po
chwili pani Bauermann. - Pani i pani mąsz to naprawdę nie moja sprawa. Ale to,
sze Adaz przychozi do mnie, płasze i mówi, sze wolałby, szeby pani wywaliła go
– męsza, znaszy - na pysk, to już jest moja sprawa.
Pani Skowrońska zbladła.
- Naprawdę tak powiedział?
Ukryła twarz w dłoniach i
rozpłakała się.
- O Boże, Boże... - jęczała. - To
jest takie niesprawiedliwe...Boże!
Pani Bauermann nie wiedziała, jak
się zachować. Wiedziała bowiem z doświadczenia, że czasami pocieszanie jest
najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, żeby pomóc komuś się uspokoić.
Po chwili pani Skowrońska opanowała
się (przynajmniej trochę) i dostała słowotoku, który, szanując czas i
cierpliwość Czytelnika, streścimy.
Od dłuższego czasu czuła się
zaniedbywana przez małżonka, pod wszelkimi możliwymi aspektami. Ale to nie było
takie straszne, bo jak powiedziała – podczas ćwierci wieku związku małżeńskiego
nieraz pokonywali różne kryzysy. Jednak zaczęła się obawiać, że serce (bądź
przyległości) ukochanego mężczyzny mogą być zajęte inną kobietą. Skąd ten
wniosek? Po pierwsze, pan Skowroński rzadko wraca prosto z pracy do domu,
zdarza mu się nawet nocować poza nim. Druga sprawa – zaczął wypłacać z konta
niebagatelne sumy, a jego tłumaczenia brzmią mało wiarygodnie.
- Utrzymankę sobie znalazł, cholera
jasna! – zakończyła pani Skowrońska, uderzając pięścią w poduszkę. – I to
jeszcze Niemkę w dodatku!
Pani Bauermann drgnęła.
- Dlaszego Niemkę?
- Zaczął się uczyć niemieckiego. –
wyjaśniła sąsiadka, zaciskając zęby. – Pani pewnie powie, że zwariowałam, ale
jakoś nie wierzę, żeby to było bez związku. Co, teraz nagle mu się rozwijać
zachciało? Za Szwabkami się ugania, niech go trafi szlag! A…
- A ja jestem jedyna „Szwabka” u
nas w bloku. – dokończyła pani Bauermann cicho.
Jej rozmówczyni drgnęła, jak ukłuta
igłą.
- Nie zaprzeczam, przez chwilę
nawet myślałam, że pani…Zwłaszcza po tym, jak Adaś powiedział, że go pani
nakarmiła, że mu smakowało…Prawie dostałam wtedy apopleksji, myślałam, że już
chce mnie pani z miejsca wysiudać…Przepraszam.
- Nie ma o szym mówić. Próbowała
pani rozmawiać z męszem o tym wszystkim?
Pani Skowrońska jęknęła.
- Oczywiście, że próbowałam, ale z
nim już nie można rozmawiać...Jest...Kiedy do niego mówię, milczy...Nie próbuje
się tłumaczyć, nie proponuje jakiegoś rozwiązania...Jedyne co od niego słyszę,
to „Daj spokój”, „Przesadzasz” i tak dalej. A kiedy słyszę coś takiego, krew
mnie zalewa i zawsze kończy się na wrzaskach...Pytałam go nawet wprost, czy ma
kochankę i wie pani, co on wtedy zrobił? Po prostu położył się spać! Nawet nie
zaprzeczył...
Znów uniosła dłonie do twarzy.
- A niedawno słyszałam, jak
rozmawia przez telefon... - głos jej zadrżał. - Nie wiem dokładnie, co mówił,
ale gdyby pani słyszała ten ton! Wyłapałam jedno słowo...mansza, czy jakoś
tak...
- Mein Schatz[7]?
- spytała cicho pani Bauermann.
Pani Skowrońska popatrzyła na nią
załzawionymi oczami.
- Tak, coś takiego...Co prawda nie
znam niemieckiego, ale mam dość rozumu, żeby domyślać się, co to znaczy.
Spuściła wzrok.
Pani Bauermann zastanawiała się
przez chwilę, czy powiedzieć jej o sytuacji na klatce schodowej, ale uznała, że
nie ma na to serca.
- Mam dosyć tej sytuacji. - powiedziała pani Skowrońska, a w jej głosie
brzmiała ta sama twarda nuta, którą było słychać w głosie Adasia, kiedy mówił,
że powinna wywalić męża na zbity pysk. - Dosyć tej ciągłej niepewności,
czekania na niego nie wiadomo do której...Chciałabym mieć konkretny dowód. Jeśli
okaże się, że jest czysty, założę worek pokutny i już nie będę mieć o nic
pretensji...A jeżeli nie – zacisnęła zęby. - Będę przynajmniej wiedziała, jak
wygląda ta lafirynda i przy najbliższej okazji ukręcę jej łeb!
Ten grozny wyrok brzmiał jakiś czas
w powietrzu. Pani Bauermann uśmiechnęła się delikatnie.
- Jeszeli chozi o konkretne dowody.
- powiedziała. - To chyba znam kogoz, kto mógłby pomóc w tej kwestii.
***
Pani Skowrońska była okropnie
zdenerwowana. Nigdy jeszcze nie korzystała z usług prywatnego detektywa, więc
nie wiedziała, czego się spodziewać. Kiedy usłyszała od pani Bauermann, że
rzeczony detektyw jest „trochę ziwakiem, ale naprawdę genialnym”, bynajmniej
się nie uspokoiła.
Kiedy zobaczyła, że biuro
detektywistyczne mieści się na ulicy Jagiellonów, jej konsternacja siegnęła
zenitu. Ta ulica pełniła rolę miejscowego siedliska wszelkiego zła i występku.
Zawsze nakazywała Adasiowi omijać ją szerokim łukiem, zwłaszcza wtedy, gdy
szybko robiło się ciemno.
Dyskretnie sprawdzila, czy kolczyki
ma wciąż na swoim miejscu.
- On...ten pan...tu mieszka? -
zwróciła się do pani Bauermann, myśląc, że jeśli usłyszy „tak”, to w tej chwili
wraca do domu. I niech Adam ma sobie nawet pięćdziesiąt kochanek naraz, kto mu
zabroni...
- Nie, nie, nie! - uspokoiła ją
pani Bauermann, rozumiejąc, o co chodzi. - Tylko biuro wynajmuje. Tanio jest.
Wiadomo, że tanio, pomyślała pani
Skowrońska. W końcu mieszkają tu tylko ci, których nie stać na lokum nigdzie
indziej.
Ruszyły w kierunku jednej z kamienic, pod którym siedziało trzech gładko ogolonych „patriotów” w kurtkach
moro. Jeden z nich, popijający (oczywiście patriotycznie) piwo, odstawił
butelkę, spojrzał w ich kierunku i wrzasnął na całe gardło:
- Nazistowska kurwa idzie! Sieg
heil!
I wyciągnął rękę w pasujący do
wypowiedzi sposób.
Pani Bauermann nie powiedziała nic,
tylko uniosła wyżej głowę i zacisnęła zęby.
- Ile żydowskich dzieci zabiłaś,
szwabska świnio? - zawołał za nią.
Nie wytrzymała. Odwróciła się.
- Więcej, niż ty jestez w stanie
zrobić! - odkrzyknęła. Na policzkach wykwitły jej rumieńce.
Potem jak gdyby nigdy nic wpisała
kod do domofonu i weszła do kamienicy, przepuszczając panią Skowrońską przed
sobą.
***
W miarę wspinania się na trzecie
piętro (windy nie było) nachodziły ją coraz większe wątpliwości. Co rusz
przeciskał się obok niej jakiś schodzący na dół zataczający się osobnik, nucący
pod nosem nienadającą się do powtórzenia piosenkę, albo wyjątkowo kuse ubrane
(i również zataczające się) dziewczyny w bardzo mocnym makijażu. Co robi tu
ona, szanująca się księgowa? Ten „detektyw” to pewnie też jakiś degenerat...
Ale przecież jest znajomym pani
Bauermann. A ona raczej nie gustuje w towarzystwie degeneratów.
W sumie nigdy nic nie wiadomo,
myślała pani Skowrońska, patrząc, jak paru zataczających się osobników na widok
jej sąsiadki powiedziało: „Morgen”, a ona odpowiadała, odwracając lekko
twarz w drugą stronę. Wyglądało na to, że była tu nie pierwszy raz. Co ja
właściwie o niej wiem, dumała dalej, poza tym, że uczy niemieckiego? Ona po
prostu się wprowadziła, pocztą pantoflową rozeszło się, że w bloku jest Niemka,
że można do niej na korepetycje przychodzić i już, a że awantur nie urządza, to
nikt o szczegóły nie pyta…Nie wiadomo nawet, czy jest mężatką, bo obrączkę niby
nosi, a pana Bauermanna jakoś ani widu, ani słychu...
Pani Skowrońska już chciała się odezwać, ale obiekt jej
rozmyślań pierwszy zabrał głos.
- Tylko taka prozba…Proszę na niego za długo nie patrzeć,
dobsze?
- Na kogo? – zapytała z roztargnieniem.
- Na Da…znaszy się, pana Detektiva. To złoty szłowiek,
naprawdę, geniusz w tym, co robi, a maniery wobec kobiet ma takie, sze tylko
się od niego uszyć…Tylko to jedno go do szału doprowaza.
- A dlaczego? – zapytała pani Skowrońska ze zdziwieniem.
Pani Bauermann uśmiechnęła się dziwnie.
- Jest tak niesamowite przystojny, sze jak kobieta raz na
niego popatrzy, to oszu oderwać nie mosze. I to go wkusza, bo jak w pracy jest,
to sto procent koncentracji potrzebuje.
Pani Skowrońska nie zdążyła się nawet zastanowić nad tą
odpowiedzią. Chwilę później zdziwiła się bowiem tak, jak jeszcze nigdy w życiu.
Drzwi do mieszkania po jej lewej stronie otwarły się i stanął
w nich młody chłopak. Miał na sobie skórzaną kurtkę, a jego bladą twarz
pokrywały obficie pryszcze.
Żadnych więcej szczegółów pani Skowrońska nie zdążyła
zaobserwować. Młodzieniec bowiem natychmiast zgiął się w ukłonie tak głębokim, jakby
zamierzał wytrzeć nosem podłogę.
- Witam panią kierownik… - zachrypiał, pochylając się nad
ręką pani Bauermann, by ją ucałować. – Guten Morgen.
- O tej gozinie to już raszej Guten Tag. – stwierdziła
z krzywym uśmiechem, patrząc na zegarek.
- Przepraszam, przepraszam. – mruknął i zaczął obsypywać jej
dłoń jeszcze gwałtowniejszymi pocałunkami, jakby chciał w ten sposób zamazać swoją
pomyłkę. – Przepraszam najmocniej, ja człowiek niewykształcony…
- Dobra, dobra. – powiedziała ze zniecierpliwieniem, zabierając
w końcu rękę z zasięgu jego ust. – Szefa zisiaj wiziałez? Mamy do niego
interes.
Pani Skowrońska była skołowana. Co tu się dzieje? Szefowie,
interesy, „pani kierownik”…Wszystko to brzmiało dla niej jak skrzyżowanie „Ojca
chrzestnego” z dworcem centralnym. Tak niecodzienne połączenie zamurowało ją
ostatecznie.
- Witam, witam. – powiedział chłopak, zwracając się z kolei w
jej kierunku. – Pani pozwoli…Maksymilian Bardycki.
- Skowrońska. – mruknęła, chowając przezornie ręce do
kieszeni, żeby nie powtórzył na niej rytuału, którym uraczył jej towarzyszkę. –
Pan…zna pana detektywa?
Tylko takie wyjaśnienie przyszło jej do głowy. Co innego
mogły oznaczać słowa: „M a m y do niego
interes?”. Wyczuła okazję, by dowiedzieć się czegoś nowego o człowieku, przed
którym już za moment miała wylać najgłębiej skrywane obawy.
- Pana kierownika? – zapytał Maks, a w jego głosie pojawiło
się coś w rodzaju religijnej czci. – Oczywiście! Nie wiem, z jakim problemem
szanowna pani do niego idzie, nie śmiem pytać…ale na pewno trafiła na właściwą
osobę. Wspaniały człowiek, naprawdę.
- Starczy tej wazeliny, bo jeszcze się ktoś poślizgnie. –
rozległ się żeński głos. Maks na sam jego dźwięk zagdakał dziwnie, skoczył do
swojego mieszkania i zatrzasnął z hukiem drzwi.
Młoda dziewczyna o długich brązowych włosach, która właśnie
weszła na piętro, parsknęła śmiechem.
- Dzień dobry! – zawołała. – Pani Skowrońska?
- Yyy…tak. – odpowiedziała tamta niepewnie.
- Tata już na panie czeka. Zapraszam.
Tata…a więc ten człowiek ma dzieci! Świadomość, że ma z nim
choć jedną cechę wspólną, dodała pani Skowrońskiej nieco pewności siebie.
Oderwiemy się na chwilę od problemów nieszczęśliwej żony i
przybliżymy Czytelnikowi powód zachowania Maksa, żeby trochę urozmaicić
opowieść.
Otóż niecały rok przed wydarzeniami, które staramy się tutaj
odmalować, ten przesympatyczny chłopak, będąc w stanie mocno wskazującym na
spożycie, spotkał Klaudię – tak miała na imię dziewczyna, którą poznaliśmy
chwilę temu. Wyszczerzył do niej zęby i zawołał:
- Cześć, maleńka!
- Cześć. – odpowiedziała, nawet na niego nie patrząc. Bardzo
się spieszyła.
Maks nawet na trzeźwo uważał się za mistrza podrywu. A po
kilku browarach to już ho, ho, klękajcie narody! Nie chcąc marnować okazji do
treningu w tej kwestii, przygładził włosy i dodał:
- Śliczna jesteś…trochę płaściutka tu i ówdzie, ale poza tym
to syfilida normalnie!
Klaudia zatrzymała się w pół kroku. „Syfilida”? Chciał
powiedzieć: „sylfida”, czy imputuje jej jakieś choroby weneryczne? A może to
jakieś slangowe określenie na prostytutkę – w końcu pełno przedstawicielek tego
zawodu się tu kręci?
Była osobą raczej pozytywnie nastawioną do świata i ludzi,
więc normalnie założyłaby opcję numer jeden. Ale w tamtej chwili miała na
głowie bolesny okres, migrenę i dopiero co odbytą telefonicznie kłótnię z
chłopakiem. Mężczyźni budzili w niej wstręt niedający się opisać słowami, więc
wrzasnęła:
- Spierdalaj, zboczeńcu!
Po tych słowach ocierając łzy, zbiegła na dół.
Maks mruknął tylko pod nosem: „I, nie ta, to inna” i poszedł
spać. Kiedy się obudził, poczuł coś zimnego na szyi. Prawie narobił w spodnie
zrozumiawszy, że to lufa pistoletu.
- Tylko spokojnie. – zamruczał miękko trzymający śmiertelną
broń osobnik. – Bądź grzeczny, a nawet włos ci z głowy nie spadnie, rozumiesz?
Maks zdrętwiał. Poruszenie choćby małym palcem u lewej stopy
przekraczało jego możliwości.
Dopiero po chwili zdołał zidentyfikować napastnika.
- Pa…pa…pa…pa…pa...pa…
Chciał powiedzieć: „Panie kierowniku”, ale czuł, jakby jego
język był zrobiony z ołowiu.
Znał tego faceta już od kilku lat. Czasem wypełniał dla niego
jakieś robótki: chodził za kimś, albo zadawał kumplom określone pytania, starając
się nie wzbudzać podejrzeń…Nawet nie myślał, dlaczego, bo „kierownik” zawsze
obficie szeleścił papierkami, kiedy o coś prosił. Maks wiedział jedno: z tym
facetem się nie żartuje.
- Ja…ja…ni…ni…ni…
- Już, już, spokojne. – powtórzył prawie rozbawionym tonem
drugi z mężczyzn. – „Syfilida”, mówi ci to coś?
„Zaprzeczaj!” – wrzeszczał wniebogłosy instynkt Maksa. –
„Zaprzeczaj, ile wlezie!”.Inna sprawa, że w tej chwili naprawdę nie miał pojęcia, o co
chodzi. Czuł tylko ciężar lufy na gardle.
- Ja nic nie wiem! – zapiał w końcu jakimś dziwnym głosem.
Zaschło mu w ustach.
W uszach Maksa zadźwięczało dalekie echo słów: „Spierdalaj, zboczeńcu!”, a przed oczami pojawiła się ciemnowłosa dziewczyna o prawie niewidocznym biuście.
- Ja…ja…ja…
- Dobrze. – „kierownik” skinął głową. – Wezmę teraz pistolet, bo ewidentnie nie służy ci na mózg. Ale będę go cały czas trzymał, więc żadnych numerów, zrozumiano?
Maks przytaknął. Zabranie pistoletu wydawało mu się świetnym pomysłem na każdych możliwych warunkach. Już po chwili upiorny ciężar opuścił jego gardło. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów i zaskomlał:
- Kierowniku złoty…Przecież gdybym ja wiedział, że to jest pańska córka, to ja bym nigdy…Ja zawsze…
- Już, wyluzuj. Prawda, wiele razy mi pomogłeś i wiesz? Nawet cię lubię.
Maks zerknął niepewnie na broń i pomyślał, że to bardzo nietypowy sposób okazywania sympatii.
- Ale nie odzywaj się tak więcej do Klaudii, jasne? Najlepiej w ogóle za bardzo jej nie zaczepiaj…szkoda twojego czasu.
- Oczywiście, oczywiście! – przytaknął gorliwie Maks. – Gdzie mi tam do córki pana kierownika…Nigdy w życiu.
- Super. – usta „kierownika” wykrzywił lekki uśmiech. Poklepał swoją niedoszłą ofiarę po ramieniu w prawie ojcowskim geście. – Wiedziałem, że się dogadamy…bo ty bardzo mądry chłopak jesteś, Maks. Tylko czasem o tym zapominasz.
Gdy chłopak został sam, sięgnął do lodówki po piwo. Uznał, że bez tego się nie obejdzie.
Nagle przyszło mu coś do głowy. Tak go przeraziła własna myśli, że wyleciał z mieszkania i wpadł prosto do znajdującego się obok biura.
- Panie kierowniku! – zawołał. – Panie kierowniku!
- Nie, nie, nie, gdzie tam, panie kierowniku! – zaprotestował Maks gorąco. – Tylko…zapytać o coś chciałem.
- Strzelaj.
To niewinne w tym kontekście określenie skojarzyło się biedakowi z niedawnymi przeżyciami. Aż podskoczył.
- Ile pan kierownik ma córek? – zapytał ledwie dosłyszalnym szeptem.
Detektyw zmarszczył brwi.
- Dwa tysiące trzysta czterdzieści osiem i jedną dziesiątą. Dlaczego pytasz?
Maks jęknął głucho. Pomyślał, że teraz będzie się bał zagadnąć jakąkolwiek dziewczynę, bo skąd pewność, czy nie grozi mu za to kulka w łeb?
Na twarzy detektywa odmalowało się zaniepokojenie. Podszedł do Maksa.
- Ty, ty, ty…Chyba niedospany jesteś, co? Ile wypiłeś?
Chłopak padł na kolana.
- Kierowniku, błagam, niech pan będzie szczery, tu o moje życie chodzi! Ile ich jest?!
Detektyw doszedł do wniosku, że najwidoczniej ma do czynienia z osobą chorą i zmienił nastawienie.
- Dwie. – odparł w końcu. – Klaudia i jeszcze jedna…Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to może idź się połóż, co?
- Dwie! – powtórzył Maks z ogniem w oczach, nie wstając. – Na pewno tylko tyle?
Jego rozmówca parsknął śmiechem.
- Dlaczego cię to tak interesuje?
- Nic! Nic! – zawołał z takim uczuciem, jakby przysięgał przed ołtarzem. – Jak Boga kocham, że nic, panie kierowniku…Ale gdyby tu pana odwiedziła, to nie chciałbym…omyłkowo…
Gdy detektyw pojął wreszcie sens tych słów, ryknął śmiechem.
- Jakbyś traktował wszystkie kobiety należycie, to w ogóle problemu by nie było. – zauważył, żartobliwie grożąc chłopakowi palcem.
- Należycie, jak należycie, ale przecież kierownik zabronił mi do szanownych córeczek w ogóle coś tego…To co, mam się od wszystkich dziewczyn z daleka trzymać? Niechże pan będzie człowiekiem!
- Dobra, dobra. – zarechotał kierownik. – Chwilunia. I wstań wreszcie, bo ja nie Ojciec Święty, żebyś przede mną klęczeć musiał.
Wszedł na chwilę do swojego gabinetu. Wrócił z komórką, którą podetknął Maksowi.
Z wyświetlacza uśmiechała się dziewczyna o jasnej cerze, puszystych rudych włosach i piwnych oczach, okalanych długimi rzęsami. Od razu wpadła chłopakowi w oko i pożałował, że taka ślicznotka będzie dla niego zawsze nieosiągalna.
- Piękna. – westchnął, zanim zdołał ugryźć się w język.
- Nie po mnie to ma, oj, nie po mnie. – również westchnął detektyw, chowając komórkę do kieszeni. – Rzadko tu przychodzi, więc szansa, że ją zobaczysz na żywo, jest raczej niewielka…Ale skoro byłeś taki ciekawy, to proszę bardzo.
- Tak, tak. – Maks kiwnął głową i wrócił do rzeczywistości. – Faktycznie pójdę już do siebie, zmęczony jakiś jestem…Gdyby coś było trzeba, to pan kierownik wie, gdzie mnie szukać.
Od tego czasu umykał, jak rączy jelonek, gdy tylko Klaudia pojawiła się w zasięgu któregokolwiek z jego zmysłów – na wszelki wypadek. Jej siostry nigdy jeszcze nie spotkał, za to z biegiem czasu coraz częściej widywał w kamienicy tę samą kobietę – po trzydziestce, jasnowłosą, mówiącą z niemieckim akcentem. Pewnego razu był świadkiem, jak mówi ona do „kierownika”, trzymając go za rękę:
- To powozenia, Daruz…Jak już się z to cholerstwo uporasz, musimy zjezc obiad w jakiejz posządnej restauracji. Ja stawiam.
- Nie mam szadne wątpliwozci. – zaśmiała się i cmoknęła go w policzek. – Zazwoń, jakby co.
- Zazwonię, zazwonię…Musisz mi tylko najpierw powiedzieć, co to znaczy.
Parsknęła śmiechem, skierowała się w stronę schodów i pomachała swojemu rozmówcy, zanim zeszła na dół.
Po tej rozmowie Maks też nie miał „szadne wątpliwozci”: pan kierownik znalazł sobie kobietę. Nikt nie musiał mu mówić, co to dla niego oznacza. Efekty jego rozmyślań w tej kwestii Czytelnik mógł sam zaobserwować. Wróćmy jednak do pani Skowrońskiej, bo biedaczka znajduje się na życiowym zakręcie i na pewno nie może się doczekać końca tej sytuacji.
Biuro detektywa znajdowało się po
prostu w niewielkim mieszkaniu. Idąc za jego córką przez przedpokój pani
Skowrońska zauważyła nawet skarpetki leżące na kaloryferze.
- Ten pan na pewno tu nie mieszka? –
zwróciła się cicho do sąsiadki, wskazując na wzmiankowaną część garderoby.
- Tata czasem woli nocować w biurze.
– wyjaśniła córka detektywa, Klaudia, oglądając się przez ramię. – Kiedy
pracuje nad czymś skomplikowanym, nie chce zabierać wszystkich materiałów do
domu. Dlatego trzyma tu parę rzeczy osobistych. Ja zresztą też.
- Aha… - pani Skowrońska spuściła
głowę. – Przepraszam, nie chciałam zabrzmieć…
- Nic się nie stało. – usta
dziewczyny wykrzywił uśmiech, dzięki któremu zaprezentowała światu aparat
ortodontyczny. – Naprawdę, proszę się nie denerwować. Tata chwilami może się
wydawać nieprzystępny, ale jest świetnym detektywem.
- Chcesz dostać podwyżkę?
W drzwiach, do których właśnie
zmierzały, stał wysoki mężczyzna po czterdziestce. Miał ciemne, przenikliwe
oczy, okalane gęstymi rzęsami i równie ciemny kilkudniowy zarost, w którym z
lewej strony widać było ubytek. Kiedy odwrócił lekko głowę, pani Skowrońska
zdała sobie sprawę, że powodem tego jest blizna, ciągnąca się niemal przez cały
policzek.
- To jak, chcesz dostać podwyżkę? –
zapytał, krzyżując ręce. – U mnie dostaje się ją za sumienność, a nie
włazidupstwo, córciu.
Klaudia mruknęła coś pod nosem, a
detektyw przeniósł spojrzenie na pozostałe dwie kobiety.
- Witam. – zwrócił się do pani
Skowrońskiej. – Jak rozumiem, to pani jest główną zainteresowaną?
- Chyba tak. – odpowiedziała
niepewnie. Do tej pory stykała się z prywatnymi detektywami wyłącznie w
książkach i na ekranie telewizora. Za pomocą ekscentrycznych metod rozwiązywali
zagadki kryminalne, a w ostatnim rozdziale szczegółowo wyjaśniali przebieg
zabójstwa, ujmowali sprawcę i odbierali gratulacje od pełnych niechętnego
podziwu stróżów prawa. Jak to wyglądało naprawdę? Co, miała usiąść przed tym
człowiekiem i wyznać mu, że mąż nie sypia z nią od dłuższego czasu? Poprosić,
żeby go śledził? Ile to w ogóle będzie kosztować? A jeśli Adam jest niewinny, a
ona tylko wyrzuci pieniądze w błoto? I jeszcze do końca życia będzie miała
wyrzuty sumienia, że tak nie zaufała mężowi?
Usta detektywa wykrzywił lekki
grymas. Pani Skowrońska zdała sobie sprawę, że ciągle na niego patrzy. Rany
boskie, pewnie myśli, że to ta blizna…A przecież pani Bauermann ostrzegała,
żeby za długo na niego nie patrzeć! Natychmiast uciekła wzrokiem. Poczuła, że
robi się jej gorąco.
- Dobrze, porozmawiamy w moim gabinecie.
– zadecydował detektyw. - Czy pani Bauermann ma być obecna przy naszej
rozmowie?
Nieszczęśliwa żona zerknęła na
sąsiadkę. Przy niej czuła się dużo pewniej. Ona znała tych ludzi i to
prywatnie. Lepiej będzie wiedziała, jak z nimi rozmawiać.
- Tak, prosiłabym. – odpowiedziała.
Wchodząc do gabinetu uświadomiła
sobie, że na pierwszy rzut oka między jej sąsiadką a detektywem nie widać
zbytniej zażyłości – nawet się do siebie nie odezwali! Poza tym nie wiedziała
nawet, w jakich okolicznościach ta znajomość została zawarta.
***
Zębowski (tak przedstawił się
detektyw) usiadł za biurkiem.
- Spokojnie. – uśmiechnął się do
pani Skowrońskiej. – Wiem, że to dla pani pierwsza wizyta w tego typu firmie,
więc zapewniam: nie gryzę.
Kobieta przełknęła ślinę.
- A skąd pan wie, że…pierwsza? –
zapytała niepewnie. – Ach…pani Bauermann panu powiedziała?
- Nie. – pokręcił głową. – Ale to
nieufne spojrzenie poznam nawet na końcu świata. „Ach, więc to tak wygląda
prywatny detektyw?”. – przy ostatnim zdaniu zawyżył nieco głos. – Spodziewała
się pani, że łypnę na nią przez lupę, a potem oświadczę wszem wobec, co robiła
w czwartek siedemnastego o szesnastej czterdzieści trzy?
Kiwnęła głową i po raz pierwszy od
kilku dni szczerze się uśmiechnęła.
- Tego nie umiem stwierdzić po tak
krótkim czasie, za to wiem, co robiła pani dziś rano.
Najwyraźniej proponował jej jakiś
rodzaj gry. Podjęła wyzwanie.
- Niech mnie pan zaskoczy.
- Z przyjemnością. Hm… - zmarszczył
czoło. – Wstała pani z łóżka, zjadła śniadanie, wyprawiła dziecko do szkoły, a
potem w oczekiwaniu na panią Bauermann wypiła kawę, zmyła lakier z
paznokci…jakiś ciemny kolor, o ile mnie wzrok nie myli…potem moja koleżanka do
pani przyszła, więc na szybko zrobiła pani makijaż i wyruszyłyście tutaj. A pod
samymi drzwiami mojego biura zostałyście zaczepione przez Maksa, który, nieco
koloryzując, przedstawił mnie pani w samych superlatywach. I co, trafiłem?
Pani Skowrońska aż otworzyła usta.
Wysłuchała właśnie streszczenia swojego poranka z ust człowieka, który znał ją
od kilku minut.
Zerknęła na panią Bauermann, ale ta
zdawała się bardziej rozbawiona, niż wbita w siedzenie.
- On tak cały szas. – powiedziała z
uśmiechem. – Teraz wydaje się imponujące, ale gwarantuję pani, sze na cozień
wytrzymać tego nie moszna.
- Ja wszystko słyszę! – obruszył się
detektyw. – Ale niech mnie pani nie trzyma w niepewności. Trafiłem?
- Co do joty. – wyjąkała pani
Skowrońska z podziwem. - Ale jak…?
- To bardzo proste. – zapewnił z
uśmiechem. – Musiała pani najpierw wstać, wskazuje na to zwykła logika. Pani
Bauermann wspominała mi wczoraj przez telefon, że pani syn przychodzi do niej
na korki, więc dziecko też było dość oczywiste.
- A reszta? Skąd pan, wie, że
wypiłam kawę i to czekając na panią Bauermann, a nie przy śniadaniu?
- Sam piję kawę nałogowo już pół
życia i dobrze wiem, że ten błogosławiony napój barwi zęby. – uśmiechnął się
szeroko, by zilustrować tezę. – Proszę się nie obrazić, ale u szanownej pani to
zwyczajnie widać…A poza tym wiem dobrze, że jeśli człowiek umówi się z panią
Bauermann gdziekolwiek, to zawsze zdąży wypić kawę, czekając. Znam to z
autopsji. Nie maluję paznokci, ale gdybym to robił, zdążyłbym zmyć lakier trzy
razy. – spojrzał prosto na swoją znajomą. – To tak a propos rzeczy, których nie
można wytrzymać…Co ty wtedy robisz, składasz ofiary jakimś bóstwom germańskim?
- Kretyn. – mruknęła.
- A skąd pan wiedział, że zmywałam
lakier? – to panią Skowrońską najbardziej zdziwiło. – I jakiego był koloru? I
że dopiero po przyjściu pani Bauermann zrobiłam makijaż?
Detektyw spuścił oczy.
- Zacznę od ostatniego pytania,
chociaż odpowiedź na nie jest dla mnie trochę krępująca. Wyjechała pani pomadką
odrobinę poza kontur ust, więc zakładam, że malowała się w pośpiechu. Przepraszam
najmocniej, nie chciałem pani zawstydzać.
Pani Skowrońska dotknęła ust.
Milcząca do tej pory Klaudia wyszła i po chwili wróciła z lusterkiem i
chusteczkami. Już po chwili klientka doprowadziła się do porządku.
- Jeszcze raz najmocniej przepraszam.
– detektyw uśmiechnął się z zażenowaniem. – Właściwie mogłem trzymać język za
zębami, bo to detal, który naprawdę nie psuje całości. Jest pani bardzo ładną
kobietą. Mąż to szczęściarz.
Mąż…pani Skowrońska drgnęła. Ten
detektyw tak ją zaciekawił, że przez rozmowę z nim prawie zapomniała, po co do
niego przyszła. Jak mogła zapomnieć?
- Dobrze. – mężczyzna założył ręce
za głowę i spojrzał w sufit. – Pokazałem pani na banalnym przykładzie, jakimi
metodami najczęściej się posługuję. Czy teraz dalej uważa pani, że jestem w
stanie jej pomóc? Chciałaby, żebym spróbował? I najważniejsze. – spojrzał jej w
oczy. – Ufa mi pani?
Skowrońska spuściła wzrok. Teraz
widziała jak na dłoni, że ma do czynienia z prawdziwym detektywem. Zębowski
świdrował ją oczami na wylot. Nagle zaciekawiło ją, czy patrzy tak na ludzi,
których podejrzewa o zabójstwo.
„Na litość boską, to nie telewizja!”
– zganiła się w myślach.
Rany Julek, jak on to zrobił? Opisał
cały przebieg jej poranka, do tego tak precyzyjnie…A minę miał przy tym taką,
jakby chodziło o najoczywistsze rzeczy pod Słońcem! Jeśli to prawda, co mówiła
pani Bauermann, że on może tak bez przerwy…
- Tak, tak i…tak. – odparła w końcu.
Uśmiech wrócił na twarz detektywa.
- To doskonale. Proszę wybaczyć, że
pytam w tak obcesowy sposób, ale zaufanie jest ważne, w końcu będziemy
rozmawiać na dosyć…intymne tematy.
Skinęła głową. Właśnie…teraz miała
przyjść ta najtrudniejsza część.
- A…ile to będzie kosztowało? –
zapytała. – Na stronie było napisane, że wycena jest indywidualna, ale…
Wiedziała, że usłyszy: „To zależy od
sprawy”, lub coś podobnego, ale chciała choć na moment skupić się jeszcze na
konkretnych szczegółach, na liczbach.
- To prawda. – detektyw kiwnął
głową. – Do każdego klienta podchodzę indywidualnie, nawet bardzo. Decyzję o zajęciu
się sprawą podejmuję na podstawie samego problemu, a nie wypłacalności klienta.
Raz była nawet taka sytuacja, że klientka odwdzięczyła mi się trzema słoikami
własnoręcznie robionego dżemu, zamiast pieniędzmi. Jedna z najlepszych
transakcji w moim życiu, szczerze mówiąc – oblizał się.
- Znów: to zależy od klienta, ale szczerze mówiąc, wolałbym tak. Nieraz się zdarza, że post factum klient jest tak zaabsorbowany wynikami śledztwa, że zapomina płacić…Albo wychodzi na przykład z założenia, że skoro zniszczyłem mu życie rodzinne, to złamany grosz mi się nie należy. Ale myślę, że z panią nie będzie tego typu problemów. – lekko się uśmiechnął. – Możemy z Klaudią zacząć śledzić szanownego małżonka nawet jutro, jeżeli tylko pani sobie tego życzy.
Pani Skowrońska wytrzeszczyła na Zębowskiego oczy.
- Jak…jak… - wyjąkała. – nie zaświtało jej nawet w głowie, że pani Bauermann mogła wtajemniczyć detektywa choć pobieżnie w temat, zanim dzisiaj do niego przyszły. Biorąc pod uwagę, czego była świadkiem, nie zdziwiłaby się, gdyby i tę informację mężczyzna wydedukował.
- Sprawdzanie wierności małżonków płci obojga to najczęstsza sprawa, jaką się tutaj z córką zajmujemy, więc założyłem to w ciemno. Pewność zyskałem, kiedy zobaczyłem, jak pani reaguje na wzmiankę o mężu…Celowo użyłem takich słów i mam nadzieję, że wybaczy mi pani tę drobną prowokację.
Klientka nie powiedziała ani słowa, tylko spuściła wzrok.
- Dobrze, ale jednak wszystkiego sobie nie wywróżę. Proszę mi teraz na spokojnie i w miarę szczegółowo wyjaśnić, o co chodzi i czego pani ode mnie oczekuje.
Słuchał, nie przerywał, najwyżej kiwał głową. Sprawiał wrażenie, jakby oglądał dobrze znany odcinek jakiegoś serialu. Tylko raz widać było po nim silniejszą reakcję. Kiedy usłyszał, że jego znajoma była podejrzewana o uwodzenie pana Skowrońskiego, zaniósł się bardzo dziwnym kaszlem. Pani Bauermann rzuciła mu na to nieprzychylne spojrzenie.
- Rozumiem. – powiedział w końcu. Dopytał o adres domowy państwa Skowrońskich i adres firmy, w której pracował jej mąż – Możemy nawet z marszu podpisać umowę, na powiedzmy, dwa tygodnie (tak zwykle robimy w takich sytuacjach), a jeśli po tym czasie nic się nie okaże, zastanowimy się, co robić. Czy to pani odpowiada?
- Najpierw musiałabym przeczytać tę umowę. – odpowiedziała pani Skowrońska, zaciskając lekko usta.
- Podoba mi się ta odpowiedź! – stwierdził, poklikał chwilę i stojąca na parapecie drukarka wypluła kilka kartek papieru. Zębowski przesunął je po blacie.
- Niech pani się z tym na spokojnie zapozna. W razie pytań proszę się zwrócić do Klaudii.
Pani Skowrońska zaczęła czytać umowę. Detektyw wstał, okrążył swoje biurko, podszedł do pani Bauermann i szepnął jej coś na ucho. Kiwnęła głową i oboje wyszli z gabinetu.
***
Chwilę patrzyła w milczeniu, jak robi sobie
kanapkę z pastą rybną.
- No, co chciałez? – zapytała w końcu.
- Powiedz mi tak szczerze: masz z nim romans?
Nie rozumiała.
- Z kim?
- Z tym Skowrońskim.
Aż jej szczęka opadła.
- Jak smiesz!
- Na pewno?
- Sązisz, sze byłabym zdolna do szegoz takiego?
- Tylko pytam. Oszczędziłabyś mi sporo siedzenia
w samochodzie, gdybyś powiedziała: „Tak”.
W jej oczach błysnął gniew. Zaczęła bić
detektywa po ramionach.
- Scheiβkerl[8]! – zawołała ze
złością. – Tylko o własna dupa myslisz!
- Staram się podchodzić obiektywnie do sprawy.
Odkrycie w toku śledztwa, że chodzi o ciebie, byłoby dla mnie dużo bardziej
przykre.
Spojrzała mu głęboko w oczy.
- Darek, znasz mnie. Ja bym nigdy szegoz takiego
nie zrobiła.
- Wiem, wiem. – uśmiechnął się przepraszająco. –
Sorry, Gosia. Musiałem spytać.
Nie znosiła, kiedy ktoś nazywał ją Gosią. Tylko
Zębowskiemu na to pozwalała.
- Dobra, rozumiem.
- A może on jest w tobie zadurzony? Takie rzeczy
się zdarzają.
- Nie, skąd. – przejechała ręką po jasnych
włosach. – Chyba nie…
- Dobrze wiesz, że mam alergię na takie
odpowiedzi.
Westchnęła i usiadła na kuchennym krześle.
- Do tej pory mówiłam mu włazciwie tylko „zień
dobry”, ale parę dni temu…
- Oho! – sięgnął do szafki po talerz. – Nieźle
się zaczyna. Też chcesz?
Pokręciła głową. Bardzo lubiła ryby, ale akurat
nie była głodna.
Usiadł naprzeciwko niej i przystąpił do
konsumpcji.
- No, mów. Byle wszystko.
Westchnęła i opisała mu rozmowę, która ostatnio
często gościła w jej myślach.
- Nie odniosłaś wrażenia, że jest
tobą…zainteresowany?
- Jak Boga kocham, sze nie! Wyszułabym coz.
- A jak się zachowywał? Był może zdenerwowany?
- Mosze trochę… - przyznała po zastanowieniu. –
Ciągle sobie poprawiał kołnieszyk od koszuli.
- Mhm… - Zębowski kiwnął głową.
Pani Bauermann zbladła.
- Jezu, ty chyba nie myzlisz…
- Ja nic nie myślę, Gosia, ja nic nie
myślę…Słucham tylko. Coś jeszcze?
Chciała powiedzieć, że nic więcej, żeby przestał
sugerować bzdury…ale nie mogła. Zwyczajnie nie potrafiła go okłamywać.
- Ciągle się do mnie uśmiechał. – jęknęła z
rozpaczą i ukryła twarz w dłoniach.
Zębowski milczał.
- Daruz, ale to nie może być prawda! Ja wtedy po
raz pierwszy w szyciu z nim dłuszej rozmawiałam!
- To o niczym nie świadczy.
Krew uderzyła jej do głowy.
- Już mnie oskarszyłez? Jak…
- Mów ciszej, bo ta kobieta wszystko usłyszy i
wyciągnie pochopne wnioski.
Zamilkła, choć język aż ją świerzbił, żeby
uraczyć tego bezczelnego typa soczystą wiązanką. Jak on śmie tak mówić!
Przecież dobrze wie, lepiej niż ktokolwiek inny, że uwodzenie j a k i e g o k o
l w i e k
mężczyzny, nie tylko żonatego i dzieciatego, absolutnie nie mieści się
teraz w jej głowie…A co dopiero, żeby z rodzicem ucznia!
Poczuła, że usta jej drżą.
- No już, Gośka, już. – powiedział dziarsko
detektyw. – Nie maż się, bo naprawdę nie ma powodu. Weź te ręce i spójrz na
mnie.
Posłuchała. Uśmiechał się do niej.
- Nigdy nie śmiałbym sugerować, a zwłaszcza bez
dowodów, że celowo uwiodłaś tego faceta. – zapewnił. – Ale jeśli mam rzetelnie
podchodzić do sprawy, nie mogę wykluczyć, że chodzi mu o ciebie – przynajmniej
teraz. Na to, czy ty się w kimś zakochasz, masz bardzo nikły wpływ, a w drugą
stronę…
- Jezus Maria. – jęknęła. – Jak ja spojszę tej
kobiecie w oszy! I jeszsze Adaz, znaszy jej syn, taki miły
chłopiec…Która matka przyprowazi do mnie ziecko na korki, jak się rozejzie, sze
roziny rozbijam?! I jeszsze jestem na tyle beszelna, sze prowazam szony swoich
zdobyszy po Detektivach!
- Lepiej nie wymawiaj zdań, w których jest aż
tyle „ż”, „sz” i „cz”, zwłaszcza jak jesteś zdenerwowana, bo ciężko zrozumieć.
– mruknął i zaraz spoważniał. – Nie dramatyzuj, bo póki co żadnej rodziny nie
rozbiłaś. Nawet jeśli faktycznie chodzi o ciebie. To oczywiście zależy od
człowieka i całej sytuacji, ale o ile facet nie jest kompletnym chujem, nawet
jeśli się zakocha, nie podejmuje decyzji o zostawieniu żony z dzieckiem tak. –
pstryknął palcami. – A już na pewno nie przed tym, zanim się upewni, czy
wybranka jest nim zainteresowana.
Pani Bauermann, co nie zdarzało jej się często,
wróciła myślą do czasów sprzed swojego przyjazdu do Polski. Ile mogła mieć
wtedy lat – pięć, sześć? Na pewno wypadały jej już mleczaki…w każdym razie
siedziała wtedy na podłodze i bawiła się lalką, kiedy do rodziców przyszła
zapłakana pani Maria (dzieci w tym wieku nie przykładają wagi do nazwisk) z
trzeciego piętra. Mała Greta zaczęła wtedy pilnie ją obserwować – płaczący
dorosły był dla niej nad wyraz dziwnym zjawiskiem.
Pani Maria szlochała strasznie i mówiła, że jej
mąż zakochał się w sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami.
Greta pomyślała wtedy o córce sąsiadki, Nele.
Kurczę, ale teraz będzie miała fajnie! Skoro jej tatuś się zakochał, to weźmie
z tą panią ślub (w świecie dziecka, czerpiącego wiedzę o życiu głównie z baśni,
te dwie rzeczy były ze sobą nierozerwalnie powiązane), a to znaczy, że Nele
będzie miała dwie mamusie, z czego jedna będzie jej ciągle przynosiła zabawki.
Może jej, Grecie, uda się coś z tego czasem pożyczyć, albo nawet dostać coś na
stałe? Co prawda była na koleżankę trochę obrażona, odkąd ta nie oddała jej
kredek, ale chyba pora zakopać topór wojenny…
Dlaczego jej mama nie pracuje w sklepie z
zabawkami, tylko w jakimś nudnym biurze?
Zadała to ostatnie pytanie na głos i od razu
zrozumiała, że powiedziała coś głupiego. Pani Maria zaczęła jeszcze głośniej
płakać, a mama zrobiła się czerwona, kazała córce iść do pokoju, a niedługo
potem wygłosiła długi wykład na temat tego, dlaczego dziecko nie powinno się
odzywać bez pytania, kiedy dorośli rozmawiają.
Greta wzięła to sobie do serca, ale jakiś czas
później spotkała Koniego, starszego brata Nele, który był w jej oczach dorosły
– miał w końcu prawie szesnaście lat! Zanim zdołała ugryźć się w język,
zapytała go o panią ze sklepu z zabawkami.
- A, młoda, daj spokój. – mruknął Koni ze
złością. – Mój ojciec jest głupszy, niż noga od stołu! Ta pani nawet nie
wiedziała, że jest w niej zakochany, a do tego chodzi z brzuchem.
Greta podrapała się po głowie.
- To chyba normalne. – stwierdziła w końcu. –
Gdyby chodziła bez brzucha, nie mogłaby nic jeść i umarła z głodu, prawda?
Myślała, że zrobi na nim wrażenie tak absolutnie
logicznym rozumowaniem, ale Koni tylko pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Ten brzuch…zrobił jej inny
facet.
Wytrzeszczyła oczy.
- Co?! Jak to „zrobił”?
Koni wyraźnie się zmieszał.
- No…tak się mówi. Chodzi o to, że on jej
dziecko zrobił i ona je teraz w brzuchu ma. Nie będę ci teraz tego tłumaczył,
za mała jesteś…Ale będzie miała dziecko z kimś innym i na pewno nie będzie się
wiązała z moim tatą. On nawet chciał wrócić, ale mama już mu nie pozwala.
Greta jeszcze raz podrapała się po głowie. Czegoś
takiego w żadnej baśni braci Grimm nie było.
- Nie rozumiem. – przyznała. Było jej trochę
wstyd przed Konim, nie chciała, żeby myślał o niej jako głupim dzieciaku.
Chłopak jednak uśmiechnął się i potargał jej włosy. Nie lubiła, kiedy ktoś inny
to robił, ale Koniemu pozwalała.
- I ciesz się, młoda, ciesz, bo tu nic fajnego
do rozumienia nie ma…Ty powinnaś się na skakance bawić, a nie myśleć o takich
rzeczach. W ogóle nie powinienem ci o tym mówić, ale jakiś taki wkurzony
jestem…Wpadnij do nas wieczorem, Nela jest strasznie przybita. Może dasz radę
trochę ją rozweselić.
Greta nie rozumiała do końca, o czym mówił Koni,
ale Margareta – już tak. I to uprawniło ją, aby z absolutną pewnością
powiedzieć Zębowskiemu:
- Nie masz racji, Darek.
- Przecież mówię, zdarzają się skurwysyny…Ale
nie wszyscy faceci tacy są. Znam temat z autopsji, więc… - urwał gwałtownie i
odwrócił głowę.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, co właśnie
usłyszała.
- Chciałez zostawić szona z ziećmi?! – wydusiła.
- Gdzie ja, taką sprawę kiedyś prowadziłem,
zresztą… - odchrząknął. – Nie o tym teraz rozmawiamy. Reasumując – nawet, jeśli
pan Skowroński się w tobie durzy, nie musisz jeszcze iść do klasztoru ze
skruchy, o ile nie wysyłałaś mu jakichś...jednoznacznych sygnałów. Robiłaś to?
Uderzyła ręką w blat stołu.
- Ile razy mam mówić, sze nie? Ani
jednoznasznych, ani dwuznasznych, ani…trojoznasznych, ani w ogóle!
- Już, spokojnie, wierzę ci. Ale jednak są mocne
przesłanki, że kochanka pana Skowrońskiego jest Niemką, prawda…
- Nie je…
- Nie jesteś jedyną Niemką na świecie. –
dokończył. – Wiem, wiem. Ale posłuchaj…
- Panie detektywie! – doleciał z gabinetu głos
pani Skowrońskiej.
- Zaraz przyjdę. – obiecał, nie przestając
patrzeć w oczy swojej znajomej. – Napij się czegoś, zjedz, jeśli masz ochotę…A
potem na spokojnie jeszcze raz porozmawiamy, okay?
Mruknęła coś niezrozumiałego i została sama.
***
Pani Skowrońska skończyła czytać umowę dość
szybko – i jeszcze w trakcie zdecydowała, że na pewno ją podpisze. Jeszcze
niedawno odczuwane wyrzuty sumienia zniknęły bezpowrotnie. Nie mogła pozwolić,
żeby atmosfera w jej domu była taka, jak do tej pory. Zwłaszcza, że miała
katastrofalny wpływ na Adasia, jeśli wierzyć pani Bauermann. Nie, tak nie może
dłużej być! Trzeba przedsięwziąć jakieś kroki i to szybko! Wynajęcie detektywa
wydawało się jej teraz idealnym rozwiązaniem. Jeśli Adam jest winny, będzie
mogła rzucić mu dowody winy w twarz i z czystym sumieniem wywalić z domu. Jeśli
nie – przynajmniej będzie miała co do tego pewność i zacznie szukać innego
wytłumaczenia oziębłości męża. W żadnym razie nie będą to pieniądze wyrzucone w
błoto.
Tym bardziej, że Zębowski nie wyglądał na
człowieka, który znajduje przyjemność w obdzieraniu ze skóry…
Pani Skowrońska musiała przyznać, że spodobał
się jej ten mężczyzna. Może nie pod względem fizycznym, ale reszta…Kulturalny.
Sprawiał wrażenie, jakby naprawdę przejął się jej sytuacją. I na pewno był
dobrym detektywem.
Nagle zaciekawiło ją coś, więc odchrząknęła.
- Proszę pani…
Dziewczyna oderwała wzrok od laptopa.
- Klaudia, bardzo proszę. Jeszcze się na żadną
panią absolutnie nie czuję.
- Dobrze. Klaudia. – nie chciała tak walić
prosto z mostu, więc spróbowała okrężną drogą. – Jeśli można wiedzieć, ile masz
lat?
- A na ile wyglądam?
Pani Skowrońska wzruszyła ramionami.
- Gdzieś…dwadzieścia?
- Odmłodziła mnie pani o dwa lata, dziękuję. –
usta Klaudii wykrzywił lekki uśmiech.
- A co robisz, oprócz pracy tutaj?
- Studiuję zaocznie psychologię.
- O! – pani Skowrońska lekko się uśmiechnęła. –
Przyszłościowy kierunek. A co chcesz robić potem?
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Jej palce znów
zaczęły tańczyć po klawiaturze niewielkiego laptopa.
- To samo, co teraz. Kierunek studiów wzięłam
sobie głównie dlatego…wie pani, tata jest z wykształcenia prawnikiem, ja za
niedługo będę psychologiem. W tego typu pracy zawsze można to jakoś
wykorzystać.
- Musisz ją naprawdę lubić. – zauważyła pani
Skowrońska.
- Lubić! – Klaudia prychnęła. – Ja u w i e l b i a m bycie detektywem. Marzyłam o tym od dziecka.
I dopiero rok temu zdołałam przekonać tatę, żeby mnie u siebie zatrudnił. A
zapewniam panią – czasem jest z nim ciężko. Dla klientów jest miły, że do rany
przyłóż, a wobec mnie potrafi się zachowywać, jak nadzorca niewolników.
- Trudno mi w to uwierzyć.
- A jednak. Nie, żebym się skarżyła. Wręcz
przeciwnie. Skoro u niego pracuję, to ma święty obowiązek ode mnie wymagać.
- A potrafisz tak jak on…no wiesz?
- Dedukować? – dziewczyna parsknęła śmiechem. –
Gdybym nie potrafiła, w życiu bym nie dostała tej pracy. Nauczył mnie, jak to
się robi. Ale jeśli się odezwie, wie pani, w taki sposób, to ja się boję nawet
otwierać usta. Zawsze mam wrażenie, że moje wnioski będą brzmiały śmiesznie i
naiwnie. Tym bardziej, że często ponosi mnie wyobraźnia i regularnie dostaję za
to ochrzan. Dla taty pewne są jedynie takie informacje, które można
potwierdzić, wskazując dowód palcem.
Pani Skowrońska zgodziła się, że praca z kimś
takim nie należy do rzeczy łatwych.
- A wiesz może, skąd on to ma? – wróciła do
pytania, które chciała zadać od początku tej rozmowy. – To kwestia genów,
treningu?
Klaudia wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Babcia mówiła mi kiedyś, że zawsze
lubił obserwować ludzi. A mama twierdziła, że kiedy go poznała, już miał takie
„dobre oko”. Podobno na pierwszej randce zabrał ją do restauracji, obserwował
innych gości i szeptem opowiadał, co o nich dzięki temu wie. – parsknęła
śmiechem. – Chciałabym to zobaczyć.
Pani Skowrońska wyobraziła sobie, jak
zachowałaby się w takiej sytuacji. Kandydat na partnera życiowego, który jednym
rzutem oka potrafi wniknąć w życie osobiste obcych ludzi…Nie wiadomo, czy
takiego podziwiać, czy się go bać.
- Pewnie nie było jej łatwo z kimś takim na co
dzień. – stwierdziła, zanim zdołała ugryźć się w język. – Przepraszam, ja…
Klaudia nie wyglądała już na tak skorą do rozmów
jak wcześniej.
- Nic się nie stało. – zapewniła. – Ale proszę
nie mówić takich rzeczy przy tacie…Mama jest dla niego drażliwym tematem numer
jeden.
Pani Skowrońska kiwnęła głową, przeklinając w
myślach własne gadulstwo. Tak szybko poczuła się swobodnie w rozmowie z tą
dziewczyną, że powiedziała o jedno słowo za dużo. A co ją właściwie obchodzi
życie osobiste tego faceta? Powinna go traktować, jak hydraulika – wynająć,
zapłacić za wykonanie konkretnej usługi i cześć. Znów skupiła się na umowie.
- Podpiszę to. – stwierdziła z nieco
przepraszającym uśmiechem. – Ale co z wynagrodzeniem i…wymiarem godzin
obserwacji? – wskazała puste miejsca na stronach.
- Pierwsze zasadniczo wynika z drugiego. –
odparła Klaudia. – Ale nie śmiałabym niczego sugerować bez konsultacji z
tatą…on tu rządzi.
- Panie detektywie! – zawołała wtedy pani
Skowrońska, podchodząc do drzwi.
Wołany mężczyzna zjawił się chwilę później.
- Tak?
- A…gdzie pani Bauermann? – zapytała z niejakim
zaskoczeniem. Mocno podejrzewała, że detektyw ma romans z jej sąsiadką. Szepnął
jej coś na ucho i ona tak bez słowa za nim poszła…Jakie inne wnioski można tu
wyciągnąć?
Zastanawiające tylko, że pani Bauermann nosi
obrączkę. Człowiek zawodowo zajmujący się zdobywaniem dowodów małżeńskiej
niewierności i mężatka? Dosyć…niezwykłe, chociaż w sumie pod latarnią
najciemniej.
Przestań się wtrącać obcym ludziom w życie,
pomyślała ze złością. Własnych problemów ci za mało?
- Chciała coś zjeść. – wyjaśnił krótko detektyw.
– O co chodzi?
- Zdecydowałam, że to podpiszę. Musimy tylko omówić
kwestię…
- Wynagrodzenia i wymiaru godzin. – dokończył z
uśmiechem. – Dziękujemy za zaufanie. Jestem pewny, że dojdziemy do
porozumienia.
Faktycznie doszli i to w miarę szybko.
Pozostawała kwestia formy płatności. Pani Skowrońska była gotowa zapłacić nawet
z góry, zgodnie z sugestiami detektywa, ale obawiała się, że jeśli małżonek
zobaczy przelew na rachunek biura detektywistycznego na stronie banku, może
nabrać podejrzeń.
- Przyjąłby pan gotówkę? – zapytała. – Wypłatę
większej sumy z bankomatu jakoś mu wyjaśnię…
Detektyw zmarszczył brwi.
- Niechętnie. – przyznał. – Ale zgoda.
Najbliższy jest koło Kauflandu…Wie pani, gdzie?
Wiedziała i zobowiązała się natychmiast tam
udać, by transakcja mogła zostać dokonana jak najszybciej. Po chwili detektyw
został sam na sam z córką.
- O czym rozmawiałeś z panią Bauermann? –
zapytała.
Chwilę zastanawiał się, czy nie skłamać, ale
odrzucił ten pomysł.
- Zapytałem, czy to ona jest kochanką
Skowrońskiego.
Klaudia parsknęła śmiechem.
- Nieźle. W twarz też jej dałeś, czy zostawiłeś
to sobie na później?
- Jakie w twarz, jakie w twarz! – obruszył się
detektyw. – Muszę zadawać takie pytania i ona o tym dobrze wie.
- Wie, czy nie wie, na pewno jest jej przykro.
Tak ją wziąłeś na stronę i zacząłeś pytać o takie rzeczy…Dyplomatą raczej nie
zostaniesz.
- Musiałem ją wziąć na stronę. – bronił się
Zębowski. – Przecież przy żonie wypierałaby się do Sądnego Dnia.
- A sam na sam z tobą, detektywem i swoim
znajomym jednocześnie, wysypałaby się natychmiast? Wytłumacz mi jaśniej, na
czym polega ta strategia, bo chyba nie rozumiem. Poza tym – ciągnęła, zanim
ojciec zdołał wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. – Czy ty naprawdę chociaż
przez ułamek sekundy podejrzewałeś ją o taką perfidię? Wdała się w romans z
mężem sąsiadki, a potem przyprowadziła ją do ciebie, chociaż musi sobie zdawać
sprawę, że prędzej czy później złapiemy ją na gorącym uczynku? Traktowałeś taką
wersję wydarzeń serio?
- Nie zadawaj głupich pytań. – zirytował się
detektyw. – Wiem, że nie zrobiłaby czegoś takiego. Spytałem wyłącznie pro
forma i Reta doskonale o tym wie.
Klaudia uniosła brwi.
- Czyżby? Mam do niej pójść i ją zapytać?
Detektyw podrapał się po szyi.
- Faktycznie, raz czy drugi mogłem przybrać zbyt
stanowczy ton. – przyznał niechętnie.
- Lepiej idź i ją przeproś. – doradziła
życzliwie Klaudia. – Bo jak zapamięta ci taki wyskok, może być już za późno.
- Tak jest, pani psycholog. – mruknął detektyw,
zginając się w teatralnym ukłonie i wychodząc z gabinetu.
Klaudia westchnęła. Klientki zawsze się tak
rozpływały nad doskonałymi manierami jej ojca. Jednak tylko najbliższe mu osoby
wiedziały, jaka jest prawda. Szacunek dla kobiet był czymś, czego się po prostu
nauczył – wiedział, że dzięki określonym zachowaniom łatwiej zdobędzie ich
sympatię, więc to robił. Ale zdarzało mu się kompletnie gubić w prywatnych
sytuacjach międzyludzkim. Z winy swojej pracy bywał nadmiernie podejrzliwy,
umiał wyłapać najdrobniejsze kłamstewko. Nie zdołał się nauczyć, że nawet jeśli
dostrzeże jakiś grzeszek drugiej osoby, niekoniecznie powinien o tym wspominać.
Nie przysparzało mu to bynajmniej rzesz znajomych. Ludzie widzieli w nim
genialnego detektywa, ale niekoniecznie człowieka, z którym mieliby ochotę
przebywać zbyt długo.
Pani Bauermann chciała się przebijać przez kolejne
warstwy skorupy i nawet jej się to udało – na tyle, na ile Zębowski jej
pozwolił. Klaudia trzymała kciuki za tę znajomość. Nie chciała, żeby tata był
samotny.
***
Siedziała przy kuchennym stole i jadła kanapkę z
szynką. Ani jednym drgnięciem nie dawała poznać po sobie, że jest na niego
obrażona, czy choćby zirytowana. Kurczę, a może jednak Klaudia nie miała racji?
Studiowanie psychologii nie oznacza przecież, że wie, co się dzieje w głowach
wszystkich ludzi na kuli ziemskiej! Reta jest rozsądnie myślącą osobą, doskonale
zdaje sobie sprawę, na czym polega jego praca…
Gdy tylko zdołał sobie na podstawie logicznego
rozumowania dowieść, że jest niewinny jak jagniątko, Zębowski od razu poczuł
się lepiej. Skoro rozum tak wskazuje, to przecież nie może być inaczej! Zupełnie
spokojny, uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz – twoja sąsiadka chce mnie wynająć.
Poszła tylko po kasę do bankomatu.
Nie odpowiedziała, bo miała pełne usta, ale
kiwnęła głową.
- Klaudia mówi, że zrobiłem ci przykrość, albo coś.
Powiedział to w lekko prześmiewczej formie.
Jednak pani Bauermann uniosła brwi.
- Tak ci powieziała?
W tonie jej głosu i oczach było coś takiego, że
Zębowski poczuł się mniej pewnie.
- Miała rację?
- Nie, nie miała.
- Ale „nie”, że nie, czy „nie”, że tak? –
zapytał na wszelki wypadek.
Podrapała się po głowie.
- A mnie to opierniszasz, jak coz nie tak po
polsku powiem! W jakim języku to było?
- Po naszemu. – zapewnił, cicho się śmiejąc. –
Często kobiety mają na myśli coś przeciwnego, niż mówią.
- Jakie kobiety? – zainteresowała się uprzejmie.
Zbiła go z tropu.
- No…kobiety w ogóle.
Teraz ona sprawiała wrażenie rozbawionej.
- A ty co, Herr Detektiv[9], zwieziłez wszystkie
haremy ze wschodu na zachód, sze twierdzisz to z taką pewnozcią? Ciekawych
szeszy się dowiaduję…I sze niby faceci zawsze mówią tylko to, co mają na mysli?
Moje dozwiadszenie jako męszatki mówi co innego. Ale z drugiej strony, mój mąż
był poeta, a wiadomo, sze tacy nie są do końca normalni.
Ufff. Skoro mówi takim tonem, to na pewno nie
jest zła.
Ale lepiej zapobiegać niż leczyć…
- Słuchaj, Reta. Jeżeli w jakikolwiek sposób cię
uraziłem, to sorry. Wiesz, że celowo bym tego nie zrobił. Ale…
Ale co? Jakoś brakowało mu słowa.
Pani Bauermann zdawała się jednak doskonale
rozumieć jego intencje.
- Wiem, wiem, o co ci chodzi. Rozumiem. Ale
jednak przykro mi się zrobiło, kiedy tak na mnie naskoszyłez i to bez
powodu…Zachowałez się jakbyz w ogóle mnie nie znał. Gdyby jakiz inny Detektiv
tak postąpił, jakoz bym to przełknęła, ale ty…
- Serio? – zapytał z w pewnym sensie naukowym
zainteresowaniem. Cholera, czyżby Klaudia miała rację?
- Chyba się tego domysliłez, skoro przepraszasz?
– pani Bauermann uniosła brwi.
Zębowski pokręcił głową (na szczęście tylko w
myślach) i zamiast odpowiadać, zaprosił ją na obiad. Są takie sytuacje, kiedy
nawet najbliżsi przyjaciele nie powinni mówić sobie całej prawdy.
***
Pani Bauermann zamknęła oczy i z lubością
wciągnęła powietrze. Od zapachów i odgłosów rozchodzących się po kuchni aż
ślinka napłynęła jej do ust. W nocy śniło jej się, że je frytki i ta pyszna,
aczkolwiek niezdrowa potrawa chodziła za nią cały dzień. Nowo zakupiony sweterek
wiszący w szafie nakazywał powściągnąć instynkty, ale nasza bohaterka nigdy nie
miała silnej woli w temacie jedzenia. Póki mieszkała z mężczyzną, któremu
chciała się podobać, było lepiej, ale teraz?
Właśnie przesypywała obiekt marzeń do miski,
kiedy ktoś zapukał. Otworzyła.
To była pani Skowrońska.
- Dzień dobry. – powiedziała niepewnie. – Można
na chwilę?
- Jasne, jasne. – odparła pani Bauermann z
uśmiechem. – Własnie zrobiłam sobie frytki. Chce pani?
- Słucham? Nie, nie, dziękuję. – pokręciła
głową. – Wątpię, żebym była w stanie przełknąć cokolwiek. Rany boskie, to już
jutro!
Pani Bauermann dopiero po chwili uświadomiła
sobie, o co chodzi. Młody literat poprosił ją ostatnio, żeby przełożyła jego
opowiadanie na niemiecki. Absorbujące zadanie tak ją pochłonęło, że kłopoty
małżeńskie sąsiadki zepchnęła gdzieś na granicę świadomości.
- Ale jak to? – zapytała, marszcząc czoło. –
Pani się chyba z Darkiem na dwa tygodnie umówiła, byłyzmy u niego w
ponieziałek, szyli zaszął od wtorku…A jutro jest sroda?
- Właśnie! Środa! – jęknęła pani Skowrońska,
opadając na kanapę. – To nie na moje nerwy!
- Woli pani woda, sok, szy piwo? – zapytała
gospodyni.
Nieszczęśliwa kobieta zastanowiła się chwilę.
- Piwo. – odpowiedziała w końcu. – Muszę jakoś
odreagować, bo chyba zwariuję.
Pani Bauermann zniknęła w kuchni i wróciła z
dwoma napełnionymi do połowy kuflami. Jeden wręczyła sąsiadce.
- Tylko powoli, bo z lodówki jest. – zastrzegła.
Mając to na uwadze, biedna żona wzięła mikroskopijny
łyk, a pani Bauermann przyniosła frytki, które usychały już z tęsknoty do jej
jamy ustnej. I vice versa.
- Na pewno pani nie chce? Nie będę mogła na
siebie jutro w lustro patrzeć, jesli sama wszystko zjem.
Pani Skowrońska westchnęła głęboko.
- A, proszę dać. Adam by mnie zabił, gdyby
wiedział, że jem coś tak kalorycznego wieczorem, ale ja też mam ochotę go
zabić, więc będzie remis.
Włożyła kilka frytek do ust.
- Ale niech pani powie – gospodyni usiadła obok
niej na kanapie. – O co chozi z tym jutrem?
Pani Skowrońska znów przechyliła kufel i
skrzywiła się.
- Pan Darek zadzwonił do mnie wczoraj i poprosił
o jeden dzień zwłoki. – wyjaśniła. – Mówił, że nie wliczy mi go do rachunku.
Podobno nie musi już jeździć za Adamem, bo wszystko jest jasne, ale „pojawiły
się dodatkowe okoliczności, które chciałby do końca prześwietlić”. Tak mówił.
„Wszystko jest jasne”, Boże drogi! Miałam rację!
- Mosze nie. – pani Bauermann starała się ją
jakoś pocieszyć, choć nie dawała wiary własnym słowom. – Sama pani słyszała,
sze są dodatkowe okolicznozci. Jeszsze obie moszemy się zziwić.
Te „dodatkowe okoliczności” mocno ją zastanowiły.
Jak już sam detektyw nam wspomniał, sprawdzanie małżeńskiej wierności było dla
niego najbardziej rutynową sprawą, więc zwykle nie wykazywał więcej
zaangażowania, niż robotnik fabryczny. Śledzić, ustalić, czy zdradza, zdobyć
dowody, odbębnić – tak do tego podchodził. I w sumie trudno mu się dziwić, bo
gdyby pochylał się zbyt długo nad każdą sprawą, nie starczyłoby mu czasu na
życie prywatne.
Co go aż tak zaintrygowało w wydawałoby się
standardowej do bólu sprawie państwa Skowrońskich, że poprosił klientkę o dzień
zwłoki i jeszcze nie chciał za to żadnych pieniędzy? Musiał odkryć jakieś
drugie dno…Pani Bauermann uświadomiła sobie, o czym to może świadczyć i dreszcz
przebiegł jej po plecach.
Zębowski zwierzył jej się kiedyś, w stanie
lekkiego upojenia, ze swoich zawodowych marzeń. Największym z nich było
rozwiązanie zagadki morderstwa. Ostatni raz miał okazję zajmować się czymś
takim wtedy, kiedy zawarli znajomość . I chociaż żadne z nich nie wspominało
tamtego okresu zbyt dobrze, z ust podchmielonego detektywa padły słowa:
„Adrenalina mnie wzywa, wiesz? Ja już bez niej żyć nie potrafię. Marzę o tym,
śni mi się po nocach, że ktoś wchodzi do mojego gabinetu i mówi: <<Panie
detektywie, kogoś zamordowali!>>. I wtedy znów bylibyśmy tylko ja i on,
zwierzyna i ogar myśliwski…Eh, gdzie są wszyscy ci maniakalni mordercy, kiedy
ich potrzebuję?”.
Pani Bauermann powiedziała mu wtedy ostro, żeby
nie wygadywał głupot, bo jeszcze w złą godzinę wypowie, a poza tym przecież za
każdą taką zbrodnią kryje się olbrzymia ludzka tragedia. Prychnął tylko.
„Tragedia, tragedia…Znam wiele osób, którym by
to nie zaszkodziło. Ludzie to świnie, rozumiesz…A i to niekoniecznie, bo ja się
akurat ze świniami chowałem i wiem, że taki wieprzek potrafi być o wiele
bardziej człowiekiem niż…człowiek”. – zakończył po krótkim namyśle.
Pani Bauermann wybałuszyła oczy. Znała oczywiście
pojęcie synonimów, ale nie mogła się pozbyć sprzed oczu wizji Zębowskiego,
który uciekając przed pogonią, ukrył się w chlewiku. Dobra, to jeszcze można zrozumieć,
ale w jaki sposób świnki pokazały mu ludzkie oblicze? Nie nakablowały, czy jak?
Doszczętnie zaintrygowana, postanowiła wyjaśnić
tę kwestię.
„Jak ty się chowałez ze swiniami?” – zapytała
śmiertelnie poważnie. – „Kiedy? Przed kim?”.
Na jego twarzy pojawił się nostalgiczny uśmiech.
„Przykładowo przed mamą, kiedy chciała mnie
wykąpać. – odparł. – Ale szybko mnie rozgryzła. Musiałem szukać innej kryjówki,
więc zacząłem chować się w sianie w stodole. Przestałem, kiedy ojciec wygonił
mnie stamtąd widłami”.
Biorąc pod uwagę, jak mało detektyw zazwyczaj
mówił o swojej przeszłości, jego powyższą wypowiedź można było nazwać wręcz
gadulstwem. Machnął ręką.
„Ale nie o to chodzi…Coś się tak zdziwiła? Świni
w życiu nie widziałaś?”.
„Wiziałam”. – kiwnęła głową. – „Ale nie
próbowałam się z nimi chować”.
Przewrócił oczami.
„Ja nie mogę, magistra tu robiłaś, a czasem
gadasz, jak dzieciak. Nieważne. Ważne jest to, że od prawie roku zajmuję się
niemal wyłącznie niewiernymi mężusiami i żonami. Zwariować można”.
Pani Bauermann poczuła się dotknięta jego uwagą.
Zaraz po wyjściu gościa otworzyła słownik języka polskiego, który zawsze
zajmował specjalne miejsce na jej regale. Dzięki temu odkryła, że słowo:
„chować” oznacza również „wychowywać”. Chodziło mu (Zębowskiemu, nie
słownikowi) po prostu o to, że dorastał na wsi. uwaga o ojcu z widłami tylko
potwierdzała tę teorię.
Pomyślała z pewną wdzięcznością o człowieku,
dzięki któremu rozszerzyła słownictwo…Człowieku,
który śnił z tęsknotą o zabójstwach.
A teraz doszukał się w sprawie „niewiernego
mężusia” jakichś interesujących aspektów…
Może nie było to zbyt miłe, ale pani Bauermann
trzymała kciuki, żeby marzenia Zębowskiego się nie spełniły. Nie teraz. Pani
Skowrońska i tak miała nerwy w strzępach. Gdyby dodatkowo wiedziała, że nad
zdradą jej męża unosi się choć słaby zapach krwi…
- Wszystko w porządku? – zapytała wymieniona
przed chwilą kobieta, patrząc na sąsiadkę ze strachem. – Pani go zna…Czy te
„dodatkowe okoliczności” to zły znak?
Pani Bauermann pokręciła głową ze złością. Nie
chciała dodatkowo straszyć tej biedaczki.
- Po prostu jestem zaskoszona. – powiedziała,
siląc się na uśmiech i zjadła pięć frytek naraz. W chwili zdenerwowania (poza
naprawdę ekstremalnymi przypadkami) zawsze zwiększał się jej apetyt. – Jak
rozwiąsze sprawę, lubi trochę pobudować napięcia, ale gwarantuję pani, sze
gdyby choziło o coz naprawdę powasznego, to by powieział. Bez obaw.
Ach, jak bardzo chciałaby wierzyć w to, co sama
mówiła! Znów wyciągnęła rękę do talerza, ale przed oczami stanęło jej wspomnienie
sprzed prawie półtora roku. Upał, nieznośnie wilgotne powietrze, zwierzęcy
strach…I równie zwierzęcy ryk Zębowskiego: „Zostaw ją!”.
W tym momencie straciła ochotę na jakiekolwiek
jedzenie. Miała raczej ochotę zwymiotować wszystko, co zjadła w życiu.
- Pani Bauermann?
Nie, to się już nie powtórzy. Choćby świat się
skończył. Nigdy więcej.
- Pani Bauermann, wszystko w porządku?
- Reta… - mruknęła nieprzytomnie, powtarzając
słowa, które wypowiedziała w tamtej chwili. – Jestem Reta…
- Słucham? O Boże, strasznie pani blada. –
wystraszyła się nie na żarty pani Skowrońska. – Co się stało? Może wody
przyniosę?
Znienacka osłabła kobieta spojrzała na nią
pytająco. Nie usłyszała, albo nie rozumiała, o co chodzi.
Pani Skowrońska stropiła się. Gorączkowo
usiłowała przypomnieć sobie zwroty, które podłapała od syna. Nigdy wcześniej
nie musiała mówić po niemiecku.
- Eee…Wasser? – spróbowała nieporadnie. –
Sie…wollen Wasser?[10]
Pytanie nie zostało zadane najpewniejszym tonem
Galaktyki, ale chyba zostało zrozumiane, bo pani Bauermann kiwnęła głową.
Jej sąsiadka poszła do kuchni, znalazła jakiś
kubek, butelkę wody i zrobiła z nich właściwy użytek. Jednocześnie powzięła w
duszy niezłomne postanowienie. Dopilnuje, żeby jej jedyny syn uczył się odtąd
wszystkich możliwych języków. Nie chciała, żeby kiedykolwiek czuł się tak, jak
ona w tej chwili.
Woda odniosła zbawienny skutek. Twarz pani
Bauermann wróciła choć trochę do normalnego koloru, a ona sama powiedziała
nieco słabym głosem, ale za to po naszemu:
- Ziękuję…i przepraszam najmocniej. Chyba szeszy…szeszywizcie
nie powinnam jezc tyle smaszonego na wieszór. – roześmiała się, ale w tym
śmiechu brzmiały histeryczne tony. – Poza tym niedługo chyba okres dostanę, a
wtedy zawsze osłabiona jestem…
Kłamała. Faktycznie borykała się z problemem
wyjątkowo bolesnej i uciążliwej miesiączki, ale kilkanaście lat temu. Poczuła
nagły wstyd, że w ogóle mówi obcej osobie o takich rzeczach, jednak powiedziałaby
wszystko, żeby nie pytano jej o szczegóły. Gdyby ktokolwiek się dowiedział…
Pani Skowrońska uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- Wiem, jak to jest…taka nasza kobieca dola. Już
lepiej?
- Tak, duszo lepiej. Niedługo będę mogła w
maratonach biegać. – znowu parsknęła śmiechem. – O mnie proszę się nie martwić,
ja z Niemiec jestem, mnie nic nie ruszy…Ma pani dosyć własne problemy.
Pani Skowrońska opuściła głowę i znów wzięła do
ręki kufel. Teraz już nie było takie zimne.
- Znowu gdzieś poszedł. – odezwała się po
chwili. – Powinien już wrócić z pracy, a ciągle go nie ma…Jak pomyślę, że pije
teraz wino z tą swoją germańską lafiryndą, że ona na nim leży, spocona…rzygać
mi się chce, jak o tym pomyślę.
Zaczęła płakać.
- Boże…a jeśli to wszystko jest prawda? Dwadzieścia
lat jesteśmy małżeństwem, dwójkę dzieci razem odchowaliśmy, ja go nadal kocham,
do ciężkiej cholery!
Płacz zmienił się w regularny szloch. Pani
Bauermann poklepała sąsiadkę po ramieniu.
- Dzieci…Jezus Maria, jak Adaś to zniesie! I
Mania…ja jej nawet nic nie mówiłam. Co ona zrobi, kiedy usłyszy, że się
rozstajemy? Pomyśli, że nam odwaliło na starość!
- Nie. – pani Bauermann znała córkę państwa
Skowrońskich tylko ze słyszenia, ale była w stu procentach pewna swoich słów. –
To pani córka, na pewno zrozumie. Tym barziej, sze już studentka jest, a nie
trzyletnie ziecko.
Pani Skowrońska skinęła głową.
- Racja…Tacy dumni z niej byliśmy, jak się na to
stypendium we Francji dostała. Adam wręcz skakał z radości. Pamiętał, że
powiedział mi wtedy: „Jesteś cudowna. Wspaniale wychowałaś naszą Manię”.
Wychowałam, karmiłam, prałam, zmywałam, bo jaśnie panu obowiązki domowe nie dorastały
do kwalifikacji…zgadzałam się na taki układ, chociaż mam nie gorsze
wykształcenie i nie mniej stresującą pracę niż on. I taką dostaję odpłatę.
Muszę wynajmować obcych ludzi, żeby za nim jeździli, jakbym już nie miała
innych wydatków. Popieprzone to wszystko.
Wypiła trochę alkoholu, nieświadoma, że stała
się dla pani Bauermann osobą godną podziwu. Gdyby j e j mąż wymagał od niej posług domowych, a sam
nie zamierzał nawet kiwać palcem w tej kwestii, nasza bohaterka niedługo po
rozpoczęciu pożycia opowiadałaby znajomym:
„No wyobraź sobie, luziom to już całkiem rozum
odjęło – trutka na szszury do mięsa dodają! Rozumiem, sze higiena i te sprawy,
ale jest granica chyba! Co? Nie, Heini nic nie mówił, szeby smakowały
ziwnie…Wrócił z pracy głodny jak wilk i wmiótł cały talerz, zanim zdąszyłam się
do niego słowem odezwać. Nie kupuj więcej tych klopsów z Carrefoura, dobsze ci
razę…”.
Albo:
„Robiłam posządki w kuchni, trzeba, chociaż raz
na ruski rok…Heini wrócił z pracy i biedaszek był taki stęskniony, sze chciał
się ze mną natychmiast przywitać. Podłoga była jeszsze mokra, więc stracił
równowagę. Stałam twaszą do niego, a sze akurat szyzciłam nóż…Nie, nie każ mi
mówić dalej, to zbyt trudne…”.
A pani Skowrońska nic przez dwadzieścia lat?
Niesamowite.
- Da sobie pani radę. Na pewno. Ja pomogę, bo
wiem, jak to jest.
Kobieta godna podziwu spojrzała na swoją
sąsiadkę z zainteresowaniem. Czyżby miała się za moment dowiedzieć, gdzie
podział się pan Bauermann? Słyszała na ten temat różne pogłoski, jedną
fantastyczniejszą od drugiej.
- Wie pani? – powtórzyła zachęcająca.
- Wiem, wiem…rano jeszsze kochał mnie, jak stąd
na Księszyc, a wieszorem – sayonara! Tak to z facetami jest. Na poszątku
myślałam, sze zwariuję, ale pózniej… - wzruszyła ramionami, jakby nie warto
było mówić o takich drobiazgach. – Naprawdę, moszna z tym szyć. My z męszem nie
mielizmy zieci. Wiem, sze z nimi jest duszo trudniej, ale Adaz naprawdę mądry
chłopak jest. Córki nie znam, ale też musi mieć łeb na karku, skoro we Francja
studiuje. A gdyby pani nie dawała sobie rady z szymkolwiek, to naprawdę śmiało
proszę do mnie przychozić. Mieszkam sama, to muszę znalezc jakiez zajęcie, bo
się do reszty rozleniwię. – zaśmiała się ironicznie.
Usta pani Skowrońskiej wykrzywił lekki uśmiech.
- Dziękuję…ale może nie będę musiała sobie sama
radzić. A…poszłaby pani tam ze mną jutro?
- Oszywizcie. Pewnie, trzeba się wstrzymać z
osądami do jutra. I lepiej już o tym nie rozmawiajmy, bo obie w Irrenhausie skońszymy.
- Gdzie?
- Przepraszam…w wariatkowie.
- Czyżby w Niemczech większość kobiet chorych
psychicznie miała na imię Irena?
Pani Bauermann parsknęła śmiechem. Rozmawiały
dalej i obie czuły, że nawiązuje się między nimi nić sympatii.
***
Nadszedł wreszcie sądny dzień. Pani Skowrońska
ledwo zdołała przełknąć śniadanie. Wreszcie razem z panią Bauermann wyruszyły
do biura detektywistycznego. Ich podróż obyła się bez wydarzeń mających
znaczenie dla fabuły, więc przejdźmy do meritum.
Klaudia na wejściu rzuciła klientce swojego ojca
współczujące spojrzenie, od którego ta ostatnia nieomal dostała zawału. Gardło
miała tak ściśnięte, że nawet nie odpowiedziała na „dzień dobry”.
W gabinecie zastały Zębowskiego siedzącego przy
biurku z głową opartą na rękach. Wyglądał na pogrążonego w zadumie i pani
Skowrońska nie chciała go wytrącać z tego stanu, ale musiała się odezwać.
- Witam.
- Bry. – odpowiedział tonem człowieka, który
przebiegł maraton, wspiął się na wszystkie himalajskie szczyty i wracając,
został stratowany przez nosorożce. Nie podniósł głowy. – Proszę usiąść…tylko w
miarę cicho, bo tynk odpada.
Pani Bauermann zastanawiała się przez chwilę,
jak można siadać głośno na krześle. Doszła do wniosku, że jest to możliwe, o
ile siadający wrzeszczy, niczym wariat. Albo gra na trąbie.
- Dobrze się pan czuje? – zapytała pani
Skowrońska.
- Tak… - wymamrotał. – Proszę wybaczyć, ale
kiepsko dzisiaj spałem…Chyba złapałem jakieś zatrucie pokarmowe. Ale spokojnie.
– beknął. – Klaudia za momencik wszystko pani wytłumaczy. Obserwacja zakończyła
się…o Jezu…sukcesem…o Jezus Maria.
Pani Bauermann zacisnęła zęby. Zatrucie
pokarmowe, ładne rzeczy! Już ona dobrze znała te objawy. Zębowski miał kaca,
jak z Tokio do Waszyngtonu.
Normalnie w takich sytuacjach była dla niego
uosobieniem dobroci – herbatka, ciepły rosołek, aspiryna…Ale teraz nie miał na
co liczyć. Była wściekła.
Zafundował biednej kobiecie dodatkowe
dwadzieścia cztery godziny stresu, żeby się urżnąć?! Do czego to podobne?!
Klaudia odchrząknęła cicho.
- W ciągu dwóch tygodni obserwacji udało nam się
ustalić – zaczęła oficjalnym tonem. – Że pani mąż widuje się regularnie z
jedną, znacznie od siebie młodszą kobietą. Ja i tata byliśmy w sumie świadkami
ośmiu takich spotkań… - urwała i spojrzała na rodzica niepewnie. – Ośmiu,
dobrze mówię?
- Tak. – odjęknął w odpowiedzi.
Pani Skowrońska zbladła jak trup.
- Ośmiu…młodsza…gdzie, kiedy, jak?! – mówiła
coraz wyższym głosem, zadając tym samym detektywowi nieopisywalne tortury.
- Trzy z tych spotkań miały miejsce w hotelach,
pozostałe w mieszkaniu w Sulęcinie.
Gdy podała adres, pani Skowrońska zaszlochała i
zakryła twarz rękami.
- Ja…wiem…Ja…znam…to mieszkanie po jego stryju.
Chciałam go namówić, żebyśmy je sprzedali, bo to zawsze dodatkowe pieniądze…Nie
zgadzał się, mówił, że się przyda dla dzieciaków, jak podrosną. Miało być dla
dzieci, a on tam sobie kurwy sprowadza!
Wydała z siebie kolejny gardłowy okrzyk i ukryła
twarz w dłoniach. Pani Bauermann poklepała ją po plecach, jednocześnie ciesząc
się, że to jednak nie ona jest przyczyną tego dramatu.
- Może zróbmy przerwę, zanim…
- Popieram! – zagłosował Zębowski, który wciąż
nie przestawał trzymać się za głowę. Córka i znajoma spojrzały na niego
lodowato.
Pani Skowrońska wyprostowała się. Jej
zaczerwienione oczy błyszczały nienawiścią.
- Nie… - powiedziała cichym, jadowitym głosem. –
Żadnych przerw. Ja muszę wiedzieć, jak ona wygląda. Masz tam jakieś zdjęcia,
nagrania, cokolwiek? Do cholery, chyba za coś wam zapłaciłam?! – huknęła
pięścią w stół. Zębowski wydał z siebie odgłos, jakby miał się rozpłakać. –
Oszaleję, jeśli się tego nie dowiem!
Klaudia uniosła dłoń w uspokajającym geście.
- Tak, spokojnie. Mamy dużo zdjęć, film…Zaraz
wszystko pani pokażę. Ale chyba najpierw zaparzę jakiejś melisy.
Wyszła. Pani Skowrońska znowu zaniosła się
szlochem. Sąsiadka objęła ją mocno.
- Już, już. – mówiła cicho. – Nie jest pani w
tym sama. Wszystko bęzie dobsze, naprawdę.
Pani Skowrońska szlochała jeszcze jakiś czas.
Potem spojrzała na detektywa.
- Panie Zębowski…
Z wysiłkiem oderwał drżące ręce od głowy i
spojrzał na kobietę pustym wzrokiem.
- Słucham.
- Jest pan żonaty?
Jego oczy zrobiły się jakby ciemniejsze.
- Co to ma do rzeczy? – zapytał oschle.
Pani Bauermann znowu miała ochotę go zrugać. To
było kolejne z dziwactw detektywa – chorobliwie strzegł swojej prywatności w
obecności klientów. Choćby był nie wiadomo jak głodny, nic przy nich nie jadł,
żeby tylko ukryć swoją alergię na produkty mleczne. Samo to, że pracuje z c ó r
k ą, czyli przyznaje się obcym ludziom do posiadania jakiegokolwiek życia
osobistego, uważał za skrajną głupotę. Właśnie dlatego, jak Czytelnik zapewne
pamięta, dziewczyna pracowała u niego dopiero rok. A kiedy ktoś pytał o jego
żonę, to już wszyscy święci w kupę wzięci! Nawet na torturach nie puściłby
chyba pary z ust.
Pani Bauermann rozumiała, albo chociaż starała
się zrozumieć, te zachowania – miał taki zawód, że im bardziej anonimowy był
dla ludzi, tym lepiej – ale bez przesady, mógłby okazać trochę serca biednej
kobiecie! Dwa tygodnie temu był taki milutki, a teraz?
Pani Skowrońska aż się skurczyła, widząc jego
spojrzenie.
- Ja tylko…pan jest mężczyzną, a…
- Chciałaby pani wiedzieć, dlaczego…o
Jezu…dlaczego mąż to zrobił?
Informujemy Czytelnika, że pytajnik na końcu
powyższego zdania postawiony został nieco na wyrost. Nasz detektyw mówił z
kompletnie płaską intonacją.
- Tak! – znowu zalała się łzami. –
Dlaczego…byliśmy małżeństwem dwadzieścia lat, do cholery jasnej!
- Ma pani jakieś hobby?
To pytanie było tak dziwne, że aż dostała
czkawki. Że co…?! Jej się właśnie życie zawaliło, a on pyta o jakieś
idiotyzmy?!
- Nie…hik! Wiem…Dlaczego pan pyta?
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko
dziwny grymas.
- Widzi pani, ludzie mają różne hobby. Znaczki, monety,
niektórzy skaczą z samolotów…A są tacy, którzy dla urozmaicenia czasu wolnego
rozbijają cudze związki. Kochanka pani męża to dokładnie taki przypadek. Nie
wiem, czy to jakąś panią pocieszy, ale stawiam, że za góra trzy tygodnie
szanowny małżonek naprawdę zdrowo dostanie w pysk od życia…wolni mężczyźni
kompletnie Anusi nie interesują. Wolni i bogaci – to jeszcze tak, ale pan Adam
raczej się do tej ostatniej grupy nie zalicza.
Pani Bauermann zaczęła go słuchać z wytężoną
uwagą. Anusia?
Drugiej kobiecie też to nie umknęło.
- Pan ją zna?
Tym razem wyraz twarzy detektywa był bardziej
podobny do uśmiechu.
- Tylko na tyle, na ile można poznać kobietę w
jedną noc.
Obie zgodnie wytrzeszczyły oczy. Pani Bauermann
wstała, ale opadła z powrotem na krzesło. Więc Zębowski mówi jej, że być może
rozkochała w sobie pana Skowrońskiego…a potem okazuje się, że sam z jego
kochanicą tańce plemienne pod kołdrą odstawia?!
Wiedziała, że przecież detektyw nie mógł zdawać
sobie wtedy sprawy, z kim spotyka się mąż jego klientki…ale nie zawsze
potrzebowała logicznego powodu, żeby wpaść w złość.
- Dobrze. Jako że moja córka chyba postanowiła
przynieść tę herbatę z Indii, sam pani wszystko pokażę… - dotknął ręką czoła. –
Najmocniej przepraszam, jeśli będę mówił ciut…nieskładnie, naprawdę jestem
średnio dysponowany.
Wstał, zrobił kilka chwiejnych kroków (wyglądało
to tak, jakby musiał od nowa uczyć się chodzenia), wziął z parapetu pendrive’a
i poszukał czegoś w laptopie córki. Chwilę później odwrócił go w stronę
czekających kobiet.
Na ekranie widać było pana Skowrońskiego – z
kobietą. Miała brązowe oczy i popielate włosy ufryzowane á la Marylin
Monroe. Każde kolejne zdjęcie coraz bardziej zaprzeczało tezie, jakoby spotykali
się w celach dyskusji o polityce.
Pani Skowrońska tym razem nie płakała. Jej twarz
nie wyrażała kompletnie niczego.
- Jest jeszcze film. – mówił detektyw. – Ale nie
wnosi właściwie nic do sprawy, potwierdza tylko to, co widać na zdjęciach,
więc…
- Kim…ona…jest?! – z ust zdradzonej kobiety
powinny sypać się iskry. – Co…to…za…baba?!
- Anna Kellerstein. Dla pani męża i wielu innych
mężczyzn Anja. Lat trzydzieści jeden.
- Trzydzieści jeden…czterdzieści sześć…trzydzieści
jeden… - mamrotała pani Skowrońska, zestawiając wiek swojego męża z wiekiem
jego flamy. – Ale skąd on w ogóle…jak…kiedy?
- Spotykają się, o ile zdołaliśmy ustalić, od
trzech miesięcy. I z tego, co udało mi się podsłuchać, pani mąż jest dużo
bardziej zaangażowany w tę relację, niż ona. Specjalnie mnie to nie dziwi.
W tym momencie wróciła Klaudia z herbatą.
- Przepraszam najmocniej – była lekko
zarumieniona. – Naprawdę, nie mam wręcz słów, żeby panią przepraszać, ale
odebrałam telefon i…
- Od niejakiego Ludwiczka. – mruknął Zębowski,
krzywiąc się z niesmakiem. Córka zarzuciła mu kiedyś, że wszystkich chłopaków
którzy okazują jej zainteresowanie, traktuje jako nierobów i przestępców.
Wierutne kłamstwo. Po prostu uważał, że pobłogosławi związki swoich córek
dopiero wtedy, kiedy ich partnerzy udowodnią mu, że należycie je doceniają. A
że był człowiekiem okropnie zajętym, nie zdołał jeszcze wymyślić, na czym
polegałoby to „udowodnienie”. Póki co odsiewał więc wszystkich. Na wszelki
wypadek.
- Jeszcze raz przepraszam. – powiedziała
Klaudia, ale nie patrzyła przy tym na ojca. – Widzę, że tata już…jak się pani
czuje?
- Cudownie. – odparła pani Skowrońska. – Nie
wychodź za mąż, pamiętaj. Nigdy.
Zębowski poczuł, że coraz bardziej ją lubi.
- Niech mi pan powie jeszcze jedną rzecz. –
zwróciła się do niego. – Co ona zobaczyła w Adamie? Przecież wygląda jak jakaś
milionerka, a…a sam pan mówił, że my jacyś bogaci nie jesteśmy…Co ona w nim
takiego zobaczyła, że postanowiła mi go zabrać?
Myślała, że znowu się rozpłacze, ale wyczerpała
limit łez na dzisiaj. Wzięła od Klaudii kubek herbaty i piła łapczywie.
- Wie pani… - Zębowski podrapał się po
oszramowanym policzku. – Za tymi sprawami ogólnie ciężko trafić, ale chyba
chodzi właśnie o to. Tacy mężczyźni mają świadomość, że normalnie mogliby sobie
na taką panienkę najwyżej popatrzeć, więc zachowują się przy niej, jakby Boga
za nogi złapali. Kiedy Anulce nudzą się wyrazy bezgranicznego uwielbienia od
jednego delikwenta, wymienia go na następnego. I taki sam los czeka pani męża,
proszę się nie denerwować. Tak dostanie po dupie, że wróci do pani na
czworakach, o ile ma więcej rozumu od meduzy. Powiem więcej – znam tę panią
osobiście i wiem, że pani jest wiele razy więcej
warta od niej. Ona kiedyś zbrzydnie i zostanie sama, niewykluczone, że w
więzieniu.
- Chociaż tyle dobrego… - usta pani Skowrońskiej
wykrzywił lekki uśmiech. – Zaraz, zaraz…w więzieniu?!
- Jakim więzieniu? – zapytała pani Bauermann,
czując zimno w okolicach żołądka. Znowu poczuła zapach kału i krwi…
- Właśnie, to są te dodatkowe okoliczności,
które wczoraj wyjaśniałem. Konsultowałem się z moim znajomym, komisarzem
policji i wiem na pewno…
Aha! Pani Bauermann zacisnęła zęby, żeby się nie
uśmiechnąć. Dobrze wiedziała, jak wyglądają te „konsultacje”. Kiedyś ich część,
końcowa, ale jednak, odbyła się u niej w mieszkaniu.
Czytała akurat dość ciekawą książkę i trochę się
nad nią zasiedziała. Opuściła głowę i zapadła w płytką drzemkę, kiedy nagle
usłyszała na korytarzu dwa donośne męskie głosy.
- I powiozą nas! – zawodził pierwszy.
- Windą do nieba! – wtórował entuzjastycznie
drugi.
Ograniczały się do tego jednego wersu, więc
wkrótce nawet święty miałby tego dość. Pani Bauermann, jak Czytelnik zapewne
już zauważył, do świętych nie należała i straciła cierpliwość znacznie
szybciej. Podeszła do drzwi z zamiarem otworzenia ich na oścież i uciszenia
śpiewaków tyloma przekleństwami, ile tylko zdoła sobie przypomnieć. Nagle
jednak stanęła jak wryta. Rozpoznała jeden z głosów.
Chryste Panie…
Otworzyła drzwi tak gwałtownie, że omal nie
wyleciały z zawiasów. Jej oczom ukazał się Zębowski, idący za rękę z jakimś
drugim facetem. Obaj ryczeli, jakby ktoś obdzierał ich ze skóry.
- DARIUSZ! – używała pełnej wersji jego imienia
tylko wtedy, kiedy była doprowadzona do ostatecznej ostateczności. Powiedziała
to na tyle cicho, żeby nie obudzić województwa, ale wystarczająca surowo, by
uspokoić pułk wojska.
Obaj dżentelmeni przerwali śpiewanie, jak nożem
uciął. Zębowski uśmiechnął się szeroko.
- Oo, czeeść! – pomachał jej i omal nie stracił
przy tym równowagi. – Widzisz, jaka mądra? – zwrócił się do swojego towarzysza.
– Jeszcze nie wie, że do niej idziemy, a już drzwi otwiera!
- Moment! – zaprotestowała pani Bauermann. Nie
zamierzała dopuścić, żeby w środku nocy pakował jej się do mieszkania obcy
facet, w dodatku narąbany. Wiedziała, że Zębowski, nawet pod wpływem, nie zrobi
jej krzywdy, co do tego drugiego, nie miała absolutnie żadnej pewności. Kto to
w ogóle był?
- Weeź, nie daj się prosić… - ciągnął detektyw.
– W Polsce jesteśmy, tutaj gościnność jest święta!
Chciała zamknąć drzwi na głucho, ale przyszło
jej do głowy, że ten człowiek ma dzieci. Jak by spojrzała w oczy Wiktorii czy
Klaudii, gdyby się okazało, że ich ojciec wpadł tej nocy pod autobus? Albo że
ten obcy facet władował mu kosę pod żebro?
Dobra, Darka wpuści, wiedziała, jak z nim postępować,
kiedy się upił. Ale ten drugi facet niech idzie do wszystkich diabłów!
Chciała wprowadzić ten zamiar w życie, ale
Zębowski gwałtownie zaprotestował.
- N…nie… - wybełkotał. – Puśćździsiajabezniegonigdzienieidętojestmójprzyjacielkochanynajlepszy.
Pani Bauermann zignorowała te słowa – głównie
dlatego, że nic z nich nie rozumiała. Zwróciła się do drugiego mężczyzny. Na
oko rówieśnika detektywa.
- Niech pan izie do domu. – mówiła wolno i
wyraźnie, jak do zbyt pijanych gości w czasach, kiedy pracowała jako kelnerka.
– Do domu, tylko cicho, bo noc jest. – przyszło jej coś do głowy. – Zamówić
panu taksówka?
- O, nie! – znów zaprotestował detektyw. - O,
nie! Zdzisiu musi wejść ze mną, to jest mój przyjaciel. Muszę was sobie
przedstawić. Chodź, stary.
Zanim zdążyła wydać z siebie jakiś odgłos, miała
w mieszkaniu dwóch rosłych i kompletnie narąbanych facetów. Miała wrażenie, że
śni.
- Dobra. – powiedział Zębowski, układając ręce w
taki sposób, jakby chciał się trzymać powietrza. – Doobra. To jest Zdzisiu. O,
przepraszam, Zdzisław. – zachichotał. – Zdzisiu, to jest Mar…Mar…Margaregeta. –
znowu parsknął śmiechem. – Ta, o której ci tyle mówiłem.
Zdzisiu vel Zdzisław pochylił się nad jej
ręką i zaczął ją gorliwie całować.
- Bardzo mi przyjemnie. – zapewnił
- Mnie również. – kiwnęła głową. – A skoro już
się znamy, to niech pan izie do domu, bo noc jest.
- W życiu! – odezwał się Zębowski. – Zdzisiu
musi zostać, my mamy jeszcze sprawy do omówienia. Polej nam wódki,
ger…gremańska niewolnico.
O, nie. „Niewolnica” przelała czarę. Pani
Bauermann uznała, że starczy tej uprzejmości. Złapała Zębowskiego za koszulę.
- W tej chwili wstajesz i iziesz do łóżka. –
powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem. - I spisz od razu, bo słowo, sze cię
poduszkiem uduszę. A pan – zwróciła się do rozwalonego na krześle Zdzisia. –
Niech w tej chwili wyjzie z mojego mieszkania, bo na Polizei zazwonię.
Detektyw zaczął się śmiać tak głośno, jak nigdy
dotąd nie słyszała.
- Na policję! – aż mu łzy poleciały. – A to
dobre! Ty, Zdzichu słyszałeś? Pani chce na policję dzwonić! Eins, zwei,
drei, Polizei! Nie no, jak rany, ja się chyba zaraz zeszczam…A podobno
Niemcy nie mają poczucia humoru…
- I nie golą nóg. Kobitki, znaczy – uzupełnił
Zdzichu.
- Właśnie. – Zębowski pokiwał głową. – Słuszna
kwestia…Ty, Gocha, golisz nogi? Przyznaj się.
- Twoje zaraz ogolę, jak nie bęziesz cicho. –
pani Bauermann czuła, że zużyje zapas cierpliwości na najbliższy kwartał. – Do
łóżka. W tej chwili.
- Ty, ty, ty, ty, ty, moment. – wyciągnął przed
siebie rękę. – Co się z tymi babami dzieje ostatnio? Ledwo mnie taka widzi i do
łóżka, do łóżka…Weź jakoś się poprzymilaj, pokaż conieco, a nie tak od razu…„Pokażę to ja ci jutro” - obiecała sobie w duchu.
– „I to znacznie więcej, niż conieco”.
Zębowski wstał.
- Dobra.
– jego ton sugerował, że chodzi o najpoważniejszą sprawę w dziejach ludzkości.
– Słuchaj, ja teraz idę na siku, a ty…przemyśl to sobie, dobra?
Pani Bauermann nie wiedziała, co powinna sobie
przemyśleć. Szczerze mówiąc, miała to w nosie. Zerknęła tylko na Zdzisława,
który zdawał się drzemać na fotelu i weszła za pijanym detektywem do łazienki.
Właśnie zapinał rozporek.
- Ej! – odwrócił się na odgłos zamykanych drzwi.
– Dałabyś się chociaż wysikać, nimfomanko jedna!
Podeszła do niego. Mówiła cicho i spokojnie, ale
z gniewem.
- Słuchaj. Nie zamieszam komentować tego, co
zisiaj gadasz i o nic nie pytam, bo wiem, sze najwszezniej pojutrze bęziesz
gadał do szeszy. Ale barzo cię proszę, zmobilizuj już teraz swój nachlany mózg
i powiez mi tylko jedno: kto to jest?
Parsknął śmiechem. Miała ochotę dać mu w mordę.
- Ale ty śmiesznie gadasz! Może też sobie coś
chlapnęłaś, co? Albo ciągle dajesz sobie w palnik? Kurde, zagadka rozwiązana.
Mówiłem, że jestem w tym najlepszy.
Przyłożyła mu dłonie do policzków, żeby musiał
patrzeć jej w oczy.
- Darek, konzentrir dich. Lubisz pić z
obcymi facetami i włószyć się z nimi po miasto, twoja sprawa, ale nie
przyprowazaj ich do mnie, jasne? Kto to jest?
- Jaki obcy! – oburzył się detektyw. – To jest
mój dobry znajomy, na poważnym stanowisku. Komisarz policji zresztą. Kto tu
chciał na Polizei dzwonić? Daleko byś nie miała, jak widzisz.
- Co? – ziewnęła. – Jak…jak Kommissar?
Pani Bauermann miała sporo do
czynienia z policją – głównie za pośrednictwem kryminałów, które czytała dzień
i noc. Komisarz kojarzył jej się z osobą szanowaną, kimś kto podejmuje
decyzje…a na pewno nie włóczy się pijana, śpiewając „Windę do nieba”.
- Najnormalniej w świecie, szanowna pani. –
Zębowski uśmiechnął się szeroko. – Jak nie wierzysz, to możesz go zapytać.
- Wątpię, żeby mi był w stanie
coz mądrego powiezieć. Spi jak zabity. Zresztą – Kommissar szy Ojciec
Swięty, ganz egal. Nie mosze tu spac. Co on, własnego domu nie ma?
- Ma. Nawet jego żona miała
niedawno urodziny. Dlatego piliśmy.
- Rany boskie. – westchnęła. –
Ja chyba zwariuję zisiaj.
Stanowczym krokiem wyszła z
łazienki. Potrząsnęła lekko Zdzisławem, który postanowił chyba zapaść w sen
zimowy w jej fotelu. Dopiero wtedy przyjrzała się mężczyźnie bliżej. Miał dość
ładną, schludnie ogoloną twarz i krótko obcięte ciemne włosy. Uchylił powieki,
ukazując zielone tęczówki.
- Proszę pana. – odezwała się
pani Bauermann spokojnie, ale stanowczo. – Niech pan izie do domu. Do domu. Do
szony.
Uśmiechnął się na to.
- Lodzia… - mruknął. – Moja
Lodzieńka kochana…
I znowu zasnął.
Pani Bauermann opadło wszystko,
co tylko może opaść kobiecie. Chyba jednak będzie musiała przenocować ich
obu…na szczęście miała podwójne łóżko. Na kanapie też się jakoś wyśpi.
Ale czuła, że powinna kogoś
zawiadomić. Ten człowiek, komisarz czy nie komisarz, ma chyba żonę…Nie może
pozwolić, żeby biedna kobieta wypłakiwała oczy całą noc!
Pokonała wewnętrzny opór i
sięgnęła do kieszeni kurtki obcego człowieka. Znalazła komórkę i legitymację
policyjną. Naprawdę miała do czynienia z komisarzem.
Włączyła telefon, ale zobaczyła
ekran blokady.
- Naprawdę myślisz, że ktoś
taki nie zabezpiecza swojej komórki? – Zębowski parsknął śmiechem. Aż
podskoczyła. – Ale naiwna jesteś…Masz. – wręczył jej swój telefon. – Już leci.
Faktycznie ty z nią pogadaj, bo jak mnie takiego usłyszy, to znowu się fochy
zaczną. Ech, te baby…
Westchnął, jakby chciał
zaakcentować, że tak mężnie znosi zachowania płci przeciwnej. Pani Bauermann
zapamiętała to westchnienie bardzo dokładnie. Wzięła aparat. Nawet nie zapytała,
skąd Zębowski wiedział, do kogo chce dzwonić.
- Gdzie wy się szlajacie?! –
usłyszała po chwili damski głos. – Jak zaraz go nie odstawisz do domu, to słowo
honoru, że ci nogi z dupy powyrywam!
- Halo? - pani Bauermann miała ochotę się rozłączyć.
Zawsze czuła lekkie skrępowanie, kiedy miała rozmawiać z obcymi ludźmi przez
telefon, a w takiej sytuacji…
- Kim pani jest? –
zacietrzewiła się komisarzowa. – Jeszcze sobie lafiryndy sprowadzają, nie no,
ja go zabiję…
Pani Bauermann bezzwłocznie wyjaśniła
nieporozumienie.
- Ja nie jestem prostitutka.
– zapewniła. Zębowski ryknął śmiechem. – Ja…nazywam się Margareta Bauermann i…
Osoba po drugiej stronie
słuchawki natychmiast zmieniła nastawienie.
- Rany boskie, to pani?
Przepraszam, nie poznałam…To znaczy nie miałam jak poznać, ale wiem, kim pani
jest. Darek dużo o pani mówił.
Nasza główna bohaterka zerknęła
na detektywa. „Dużo mówił”, ciekawe, co konkretnie…Mężczyzna jednak powiedział
tylko: „Prostitutka” i znowu zaczął się śmiać.
Jutro o tym pomyśli. Teraz musi
ogarnąć sytuację bieżącą.
W kilku słowach zreferowała
swojej rozmówczyni, co zaszło. Tamta tylko prychnęła.
- No tak, mogłam się tego
spodziewać…Klasyka. Darek tego mojego gdzieś wyciągnął, żeby poprosić o
przysługę, wychlali tyle, że pewnie sami nie wiedzą już, o co chodzi…Bardzo go
lubię, Darka znaczy, ale czasem to normalnie…
Pani Bauermann zapewniła, że
najzupełniej rozumie te odczucia. Żona komisarza odpowiedziała, że jeśli jej
mąż jest w takim stanie, jak zwykle po spotkaniach z Zębowskim, to nie chce go
widzieć co najmniej do jutra rana. Zreflektowała się natychmiast i spytała
niepewnie, czy tam gdzie zaszedł, jest jakieś wolne miejsce, gdzie mógłby spać…
Pani Bauermann zapewniła, że ma
gdzie położyć obu niespodziewanych gości. Rozmówczyni dziękowała wylewnie,
przepraszała za kłopot i obiecała w ramach rekompensaty dać jej przepis na
ciasto cytrynowe.
Dokonawszy tej korzystnej dla
obu stron transakcji kobiety pożegnały się uprzejmie.
- Już? – zapytał Zębowski, gdy
odzyskał komórkę. – Skończyłaś te nocne Polaków rozmowy? Super. Idziemy
spać, bo już noc jest.
- Co ty nie powiesz. –
mruknęła.
Uniósł brwi.
- Co tam szwargolisz?
- Nic takiego.
- To dobrze. – ziewnął tak
szeroko, jakby zamierzał wchłonąć całe mieszkanie. – No, to dobranoc.
Bez pytania wszedł do jej
sypialni, zwalił się jak kłoda na łóżko i dziesięć sekund później spał jak
zabity.
Pozostawała jeszcze kwestia
komisarza Motylka – takie nazwisko widniało w legitymacji. Nadal pochrapywał w
fotelu. Chciała go tam zostawić, ale z własnego doświadczenia wiedziała, jak
potrafi boleć kark po nocy spędzonej w takiej pozycji.
Dotknęła jego ramienia.
- Panie komisaszu. –
powiedziała łagodnie. – Panie komisaszu.
Otworzył oczy.
- Gdzie…ja jestem? – wymamrotał.
- W bezpiesznym miejscu. – zapewniła.
– Spokojnie.
- Ja muszę iść. – w jego głosie
słychać było napięcie. – Do domu, do żony…
Spróbował podnieść się z
fotela, ale dalej go trzymała. Człowieka, nie fotel.
- Nie. – mówiła, jak do
dziecka. – Już późno, pan jest zmęszony…jutro pan pójzie. Teraz pana zaprowazę
do łóżka, w posządku?
Zmarszczył czoło.
- A gdzie…gdzie Darek?
- Już spi. Pan powinien zrobić
to samo. Miał pan długi zień. Najpierw…
Pomogła mu zdjąć kurtkę i
powiesiła ją obok okrycia Zębowskiego. Potem pomogła komisarzowi wstać i zaprowadziła
do sypialni.
- Darek… - trącił śpiącego
mężczyznę w nogę. – Darek…
Pani Bauermann położyła mu rękę
na ramieniu.
- Nie, cicho…on jest zmęszony,
pan też…Proszę się położyć, jutro bęziecie rozmawiać.
Komisarz skinął lekko głową i
usiadł na łóżku.
- Psze pani?
Lekko się uśmiechnęła.
- Tak, psze pana?
- Spaliśmy ze sobą?
Stanęła jak wryta.
- Nie. – zapewniła po chwili.
Miała naprawdę dość rozmów na tematy reprodukcyjne. Zębowski wyczerpał już jej
cierpliwość w tym względzie.
- To dobrze. – westchnął. –
Praszam, że tak pytam, ale ja mam żonę i ją bardzo kocham…
Po zarośniętych policzkach
spłynęło mu kilka łez.
- Lodziunia moja kochana…będzie
się o mnie martwić…
Żal jej się człowieka zrobiło.
Postanowiła go pocieszyć.
- Nie, spokojnie. Już z nią
rozmawiałam, wie, że pan tu jest.
- Wie? No to dobrze. – przyjął
pozycję leżącą. – Bo wie pani, ja ją bardzo kocham…
- To swietnie. – ziewnęła.
Padała na twarz. Kanapa wzywała ją syrenim śpiewem.
- Psze pani?
- Tak? – włożyła dużo wysiłku w
to, żeby w jej głosie nie było słychać irytacji.
- Ja mogę jutro nie
pamiętać…Proszę mu powiedzieć. – wskazał chrapiącego detektywa. – Że tamte buty
świeciły się, jak psu jajca.
- Co? – miała wrażenie, że śni.
– Jakie buty?
- No tamte… - machnął ręką. –
Zresztą nie powinienem o tym mówić. Idiota ze mnie, bo on mi zawsze powtarzał,
że buty ważna rzecz, a ja to dopiero teraz widzę. Powinny być całe upieprzone,
a świeciły, jak…nieważne. Trzeba o tym ludziom powiedzieć…radio, telewizja…
- Dobrze, dobrze. – odczuła
wielką pokusę, żeby pogłaskać go po głowie, ale nad sobą zapanowała. – Jutro
się tym zajmiemy. Radio, telewizja, z samolotów bęziemy krzyszec…Ale jutro.
Zisiaj niech pan odposznie. Dobranoc.
Wyszła z pokoju, rozłożyła
kanapę, wsadziła do uszu zatyczki i łyknęła tabletkę nasenną. Nie lubiła robić
tego ostatniego, bo przypominały jej się najgorsze chwile w życiu. Czuła
jednak, że inaczej nie zmruży oka, mając w zasięgu słuchu dwóch śpiących i
narąbanych facetów.
Po tej nieco przydługiej retrospekcji
(dziękujemy Czytelnikowi za cierpliwość) wiedziała już, dlaczego Zębowski
wygląda jak człowiek wykopany z grobu. Dziękowała losowi, że wczoraj miała
spokojną noc.
- No, co takiego ci Herr
Kommissar powieział? – zapytała słodko. Ten ton głosu zawsze zwiastował
kłopoty osobie, z którą rozmawiała.
Zębowski zignorował jej
wypowiedź.
- Kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem kochankę pani męża, od początku wydała mi się znajoma. Wczoraj
dowiedziałem się, dlaczego. Jej brat, Jakob Kellerstein, jest świetnie znany i
naszej i niemieckiej policji. Kiedy akurat nie siedzi w więzieniu, szmugluje
narkotyki razem ze swoją bandą. Jego siostrze nigdy nie udało się udowodnić
współudziału, ale zapewniam, że prędzej czy później do tego dojdzie. Myśli, że
jest bezkarna, a tacy ludzie zawsze identycznie kończą.
Pani Bauermann zastanawiała się
chwilę, skąd Zębowski tak dobrze zna tok myślenia tej kobiety. Zanim zdążyła
wysnuć jakąkolwiek teorię na ten temat, jej uwagę pochłonęła całkowicie
sąsiadka. Pani Skowrońska zrobiła się najpierw blada, a potem czerwona na
twarzy.
- Narkotyki! – wydusiła w
końcu. – Narkotyki! Jezus Maria, za kogo ja wyszłam!
Przejechała ręką po oczach.
- A proszę bardzo! Niech zadaje
się z gangsterami, ćpa, proszę bardzo! Byle z daleka od moich dzieci! Coś jeszcze?
– zwróciła się do Zębowskiego niemal agresywnie. Przypomniała sobie widziane w
życiu filmy z gangsterami. – Sutenerstwo, kasyna, handel bronią?
- Tylko narkotyki.
- Tylko! – prychnęła. – Tylko!
Nie no, ja go zabiję! Dziękuję panu bardzo. – jej ton nieco złagodniał. – Teraz
przynajmniej wiem, że nie będę miała za kim beczeć. Rany boskie! – aż zsiniała.
– Czy myśli pan, że ona…że ci ludzie…
- Ani Jakob, ani jego ludzie
nie angażują się zbytnio w życie osobiste Andzi. I dobrze, bo gdyby próbowali
za nim nadążyć, nie starczyłoby im czasu na nic innego. Nie powinni niepokoić
pani rodziny, kiedy małżonek już zostanie puszczony kantem. Anusia traktuje go
jako jednego z wielu.
Nie wyglądała na specjalnie
przekonaną.
- Ale gdyby się coś działo –
cokolwiek – to ma pani mój numer telefonu. Proszę dzwonić o dowolnej godzinie.
Bardzo mało sypiam. Jakoś na pewno pomogę.
Chciała się uśmiechnąć.
Naprawdę. Ale nie mogła.
- Dziękuję. – powiedziała
jakimś sztywnym głosem. Zerknęła na panią Bauermann. To ona ją tu przyprowadziła…I
też mówiła, że pomoże. – Dziękuję. I przepraszam. Ja…ja…
Nasza główna bohaterka
poklepała ją po ramieniu.
- Naprawdę nie ma o czym mówić.
Wiem, jak to jest.
- Chciałabym już iść do syna.
Do Adasia. Ja…ja muszę go przytulić.
- Oczywiście. Klaudia?
Dziewczyna wyjęła z gniazda USB
swojego laptopa pendrive’a i podała go nieszczęśliwej żonie ze współczującym
uśmiechem.
- Bardzo mi przykro.
- Nie powinno, dziecko, nie
powinno…Lepiej drania zdemaskować, niż żyć z nim i robić z siebie idiotkę. –
mówiła to w taki sposób, jakby chciała uwierzyć we własne słowa. – Naprawdę,
ciesz się, że męża nie masz.
Zębowski zakaszlał w bardzo
dziwny sposób. Taki, który przypominał brzmienie słowa: „właśnie”.
- Do widzenia. – powiedział,
gdy już minął mu ten niepokojący objaw.
- Do widzenia. – wyciągnęła
rękę. – Tylko niech mnie pan tym razem nie całuje. Prędzej umrę, niż pozwolę
chłopu cmoknąć się w cokolwiek. Może z jednym wyjątkiem.
Sama była zdziwiona, że stać ją
jeszcze na żarty.
- Jak pani sobie życzy. –
detektyw uścisnął jej dłoń. – Powodzenia.
- Na wszelki wypadek nie
dziękuję. Aha, jeszcze jedna rzecz…
- Tak?
Spuściła oczy.
- Wtedy, kiedy tu pierwszy raz
byłam, powiedział pan, że zmyłam rano ciemny lakier z paznokci…Skąd pan
wiedział?
W jego oczach zaigrał uśmiech.
- Zrobiła to pani nieco
niedokładnie…na jednym palcu został ślad koloru.
- Mogłam się domyślić…Jeszcze
raz dziękuję.
Wyszła z gabinetu. Na samą myśl
o rozmowach z synem i mężem coś jej się zacisnęło na gardle.
***
Czuła, że będzie tego żałować,
ale zadzwoniła do niego wieczorem.
- Zębowski, słucham.
- Hej…co robisz?
- Akurat patroszę tego gościa,
którego trzymałem w piwnicy, więc jestem trochę zajęty. A co?
- Wez. – skrzywiła się. –
Dopiero kolację jadłam.
- Sama jesteś sobie winna.
Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Do mnie trzeba konkretnie.
- Dobra…Skąd znasz tę całą
Kellerstein?
- Nie mogę udzielać takich
informacji osobom postronnym.
- Jasne, jasne…wiesz, jutro
piernik robię i zastanawiałam się, szy ci kawałka do biuro nie przyniezc, ale
chyba jestez zbyt zajęty, więc…
Miała go w garści. Doskonale o
tym wiedziała. Zębowski miał ogromną słabość do jej wypieków. Sam powiedział
jej kiedyś: „Dobrze, że nie ciągnie cię do przestępstw, bo wystarczyłaby ci
blacha ciastek, żeby unieszkodliwić cały wymiar sprawiedliwości”.
- Ty…ty…ty mała agentko
germańska!
- Musisz popracować nad
obelgami. Kiedyz byłez w tym lepszy.
- Będę miał sporo okazji do
treningu, z tego co widzę. Poznałem ją w trakcie śledztwa, nie mogę…
- Mnie szadne sleztwa nie
interesują. – zapewniła. – Tylko to, co ty z nią robiłez.
- Ja? – obruszył się. – Nic,
jak matkę kocham…Ale pewien bardzo bogaty warszawski biznesmen – całkiem sporo.
Jej usta wykrzywił lekki
uśmiech. Wiedziała aż za dobrze, na czym polega ta gra.
- Przystojny?
- O, bardzo. Naprawdę, żałuj,
że go nie poznałaś. Brodę miał normalnie jak szejk arabski. Coś pięknego.
- Uu, to szeszywizcie. Szęzcara
z tej Anji.
- Pewnie już go nie pamięta.
Długo ta znajomość nie trwała. Taka arogancka gęś zupełnie nie pasowała do tak
inteligentnego człowieka, jak nasz biznesmen. Poza tym wiesz, w łóżku gadała po
niemiecku, a jak słyszę ten język, to mi wszystko opada. Znaczy, jemu. Tak mi
mówił. Bez urazy, Reta.
Pani Bauermann nie należała do
osób, które łatwo się obrażają. Pomyślała jednak, że chyba wrzuci do
jutrzejszego piernika trochę gwoździ calowych. Zawsze lubiła eksperymentować w
kuchni.
- Dzień dobry…Można?
Podniosła z zaskoczeniem głowę. Chyba znowu zapomniała zamknąć
drzwi na klucz po wyjściu ostatniego ucznia. Czasem jej się to zdarzało.
Doprowadzała tym Zębowskiego do apopleksji.
- Zień dobry…Tak, tak, proszę.
- Na pewno? Widzę, że pani pracuje…Mogę wpaść kiedy indziej.
Pani Bauermann zerknęła na tekst, który właśnie tłumaczyła.
Opowiadanie. Aspirująca literatka chciała spróbować szczęścia za granicą, a że
do Niemiec było z Waręcina najbliżej…
- Nie…Barzo chętnie rozprostuję kark. Garbu się kiedyz dorobię od
tej pracy na sieząco.
- Skąd ja to znam…
Pani Skowrońska wyglądała naprawdę nieźle. Stała prosto, w jej
oczach błyszczało zdecydowanie. Miała bardzo ładnie zrobiony makijaż.
Tydzień temu jej mąż został wyeksmitowany z ich wspólnego
mieszkania ze skutkiem natychmiastowym. Było to bardzo głośne przedstawienie –
pani Bauermann zaczęła nawet odkurzać, żeby go nie słyszeć. Normalnie unikała
sprzątania jak diabeł Watykanu, więc ta sprawa miała chociaż jeden pozytywny
skutek.
- Jak się pani miewa?
- Jako tako. Przynajmniej już nie muszę zachodzić w głowę, gdzie
on jest. Ale nie o tym chciałam mówić. Niech pani sobie wyobrazi, że Adam przed
chwilą błagał mnie o drugą szansę.
Pani Bauermann aż wstała.
- Jak to?
- A tak to! – twarz jej rozmówczyni rozjaśniał triumfalny uśmiech.
– Było dokładnie tak, jak mówił pan Dariusz. Naprawdę, geniusz z niego.
- Jezu Chryste, tylko niech mu pani tego nie mówi. Normalnie jest
ciężko z nim wytrzymać, a jak się zasznie puszyć, to już w ogóle Matko Boska
weź mnie trzymaj.
- Dobrze go pani zna?
- Chyba nikt nie jest w stanie tego o nim powiezieć…Ale wpuścił
mnie do swojego domu, a to już coz. Zresztą, niewaszne. Naprawdę było tak, jak
mówił?
- Co do joty. Cudowna Andzia puściła go w trąbę zaraz po tym, jak
powiedział, że chciałby się z nią związać na stałe. Żeby pani słyszała, jak
skomlał! „Beciu kochana, wybacz mi, byłem skończonym idiotą, ale teraz już wiem,
że tylko ty i dzieci się dla mnie liczycie”…Srali muchy, będzie wiosna! Został
sam, to mu się ciepłej przystani zachciało, ot i cała tajemnica. Nie chcę mieć
nic wspólnego z tym człowiekiem.
Pani Bauermann pokręciła głową.
- Tak się nie da, niestety. Mają państwo zieci, szyli coz
wspólnego zawsze będą mieć. A propos, jak Adaz znosi…to wszystko?
Usta zdradzonej kobiety wykrzywił smutny uśmiech.
- Jest trochę przybity, ale cieszy się, że już nie ma takiej
ciężkiej atmosfery w domu…O ojcu nawet słyszeć nie chce.
- To się zmieni. Z szasem na pewno zasznie tęsknić. Rozumiem, sze
jest pani wzcekła na męsza, ale pod tym względem naprawdę muszą się państwo
rozsądne dogadać. Mówię to jako nauszycielka i jako szłowiek. Mój tata umarł,
kiedy byłam zieckiem i wiem, sze tylko matka…nie zawsze daje radę.
Już po raz drugi zdobyła się w obecności pani Skowrońskiej na tak
osobiste wyznanie. Sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć coś więcej, ale
tylko pokręciła głową.
- Yy…no właśnie. Chciałam zapytać, czy ma pani jakieś wolne
godziny po południu?
Pani Bauermann rzuciła sąsiadce zdziwione spojrzenie. Tamta
wzruszyła ramionami.
- Nie ma sensu odcinać dziecku dostępu do wiedzy dlatego, że jego
tatuś jest gnojkiem…Niech się uczy, języki obce ważna rzecz. A poza tym bardzo
panią lubi.
Usta naszej głównej bohaterki wykrzywił uśmiech. W takich chwilach
naprawdę uwielbiała swoją pracę.
- Niech bęzie ponieziałek o trzeciej, jak do tej pory. –
zaproponowała. – Szeby miał chociaż jeden stały element w tej…nowej szeszywistości.
Pani Skowrońska kiwnęła głową.
- Tak chyba będzie faktycznie najlepiej. A tak przy okazji…Beata.
Pani Bauermann uścisnęła jej wyciągniętą rękę.
- Reta, Greta, Gretel…Wszystko jedno. Byle nie Goscha.
Nazwa trochę odstrasza. Mam wrażenie że gdyby drugi post był na miejscu pierwszego to byłoby bardziej zachęcająco - sama zaczęłam niechcący czytać od drugiego i mnie zainteresował. Po tym, który teraz jest drugi, albo gdzieś w trakcie, można byłoby dodać opis detektywa z pierwszego, to by bardziej do mnie przemówiło.
OdpowiedzUsuńPosty mogłyby być nawet o połowę bądź więcej krótsze, łatwiej by się czytało.
Można byłoby też ponumerować posty, bo teraz trzeba trochę szukać gdzie co i jak, a jak zrobi się ich 20, to będzie ciężko dojść do ładu co się już czytało, a czego nie.
I dla pewności dodam to też tutaj - dejcie przycisk do subskrybowania, bo nie widzę gdzie można zaobserwować :)
No tak, istnieje coś takiego jak lista czytelnicza na bloggerze, well. Jeszcze się tu gubię.
Usuń