3. Odpowiedni moment
Wszystko zaczęło się pewnej listopadowej niedzieli. Jako że w tym
dniu nie udzielała korepetycji, a wszystkie tłumaczenia zdołała dokończyć
wcześniej, miała dziś wolne.
Pani Bauermann obudziła się o dziesiątej, świadomie odwlekała
jednak moment wstania przez pół godziny. Chciała po prostu nacieszyć się tym,
że może to zrobić o której jej się podoba.
W końcu uznała, że dosyć tego dobrego, umyła się, ubrała i zjadła
śniadanie. Przy okazji zerkając na kalendarz zauważyła, że najokropniejszy
dzień w roku – dwudziesty szósty listopada – zbliża się wielkimi krokami.
Westchnęła ciężko.
Kiedy zmywała naczynia, zadzwonił telefon. Odebrała.
- Margareta Bauermann.
- Bauermann? - powtórzył trochę niewyraźny kobiecy głos po drugiej
stronie. - Dobrze trafiłam. Przepraszam, że tak bezpośrednio, ale...czy nie zna
pani przypadkiem Heinricha Bauermanna? Taki przystojny, czarnowłosy…znaczy taki
był, kiedy go znałam, bo dosyć długo się nie kontaktowaliśmy. Po trzydziestce
tak teraz powinien być.
Na dźwięk tego rysopisu przeszedł ją dreszcz.
- Ta...tak, znam... - powiedziała jakimś dziwnym głosem. - Barzo
dobrze...
- To świetnie. - ucieszyła się kobieta po drugiej stronie. - A czy
mogłaby mi pani podać jego numer telefonu? Miałam, ale chyba go zmienił, a
muszę...
- Nie. – weszła jej w słowo. - Przykro mi, ale to niemoszliwe.
- Cholera. - była wyraźnie niezadowolona. - W każdym razie, gdyby
miała pani okazję z nim porozmawiać, proszę mu przekazać, żeby odezwał się do
Justyny.
- Justyny? - powtórzyła pani Bauermann półprzytomnie. - Jakiej
Justyny?
- O, niech mi pani wierzy, samo imię będzie mu wystarczać. -
zapewniła. - Jeżeli nie, to znaczy, że jest kompletnym dupkiem. Do
widzenia.
- Do wizenia. - wyjąkała, drżącą ręką odłożyła telefon i zakryła
twarz.
Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego ta rozmowa tak wyprowadziła
ją z równowagi. Przecież to nic nadzwyczajnego, że jakaś dawna znajoma,
nieorientująca się w sytuacji, chciała – może po latach – porozmawiać z
Heinrichem i zapytać, co u niego słychać. Takie rzeczy się zdarzają.
Tylko czemu, pytała się w duchu pani Bauermann, nie powiedziałam
jej, że on nie żyje?
Mogła się oszukiwać, że nie było okazji, że nieznajoma rozłączyła
się zbyt szybko – ale wiedziała, że prawda wygląda trochę inaczej.
Po prostu wkrótce po tym cholernym wypadku musiała tyle razy
powtarzać obojętnym głosem (chwała Panu za środki uspokajające): „Heinrich nie
żyje”, że jej usta kategorycznie odmawiały wypowiedzenia tych słów w tej
kolejności.
Znowu zobaczyła jego twarz – te czarne włosy, schludny zarost i
niebieskie oczy („Niebieskie, jak niebo nad Adriatykiem”), które patrzyły na
nią co noc. Czasem była w nich pociecha, czasem smutek, a najczęściej –
oskarżenie.
Deine Schuld...
„Nie, nie, nie! To nie moja wina...Nie moja, nie moja, nie
moja...Prawda, zadzwoniłam do niego na parę minut przed, ale to nie
oznacza, że...”
Deine Schuld...
Kolaż obrazów z przeszłości zawirował jej w głowie. Nie chciała na
nie patrzeć. Ale powstrzymać ich też nie potrafiła.
Młoda, jasnowłosa dziewczyna w kelnerskim fartuchu, gapiąca się
uporczywie na zamknięte drzwi. Czekająca, aż przyjdzie ten jeden, jedyny
gość…Przychodził, zawsze siadał w tym samym miejscu i wołał „Kellnerin!
Kellnerin!”. Ona leciała do niego na miękkich nogach, jakby nie spędzali
mnóstwa czasu w swoim towarzystwie.
Wspólna nauka włoskiego – śmiech – bieganie po plaży – ta rozmowa,
kiedy w końcu stwierdzili, że postarają się o
dziecko...
I wreszcie – ona w nowej, białej
sukience (zawsze powtarzał, że do twarzy jej w tym kolorze), zastanawiająca
się, kiedy minęło te pięć lat...Czekająca, aż Hein wróci z pracy, bo obiecał,
że tej nocy będą „pracować” nad potomkiem...
Zadzwoniła do niego, bo już nie
mogła się doczekać. Obiecał, że zaraz przyjedzie i dodał wiele sugerującym
tonem, że kupił wino.
Złamał tę obietnicę.
Kiedy długo nie wracał, zaczęła się
niecierpliwić – że też tylu ludzi musi wracać do domu w tym samym czasie, co
jej mąż! – ale nawet przez chwilę nie myślała, iż coś mogło się stać. Dopiero
telefon od szwagra zasiał w jej sercu ziarno niepokoju. A potem do jej drzwi
zapukała sąsiadka i wypowiedziała te cztery słowa, które oznaczały koniec
wszystkiego.
Nie pamiętała zbyt dokładnie
okresu, który nastąpił wkrótce później. Głównie tabletki uspokajające, których
łykała nieprawdopodobne ilości. I oskarżycielski wzrok teściowej nad grobem
Heinricha.
Deine
Schuld. Deine Schuld.
Twoja
wina. Twoja wina.
Ty jesteś odpowiedzialna za
wszystko. To do ciebie się tak spieszył. To ty rozmawiałaś z nim przez telefon,
kiedy jechał. Przez ciebie był taki rozproszony. Ty go zabiłaś.
Musiała stamtąd uciekać. Gdzieś,
gdzie nikt jej nie znał. Gdzie nie było ani jednej rzeczy wiążącej się z mężem.
Gdzie nie dręczyłyby jej wspomnienia i wyrzuty sumienia (choć te ostatnie i tak
chodziły za nią wszędzie pod postacią niebieskich oczu).
Deine Schuld.
Na następnych kilka dni pani
Bauermann straciła spokój ducha. Była markotna, rozdrażniona, nie miała w ogóle
apetytu. Podczas korepetycji nie mogła się skupić, zdarzało jej się udzielać
mylnych odpowiedzi na pytania, a już apogeum osiągnęła, kiedy zamiast Ich
gehe ins Theater powiedziała Heinrich gehe ins Theater. Kiedy
słuchający z uwagą Krzyś Nowakowski zapytał: „Jaki Heinrich? “, o mało się nie
rozpłakała.
Czuła, że ta jedna krótka rozmowa
otworzyła jakąś furtkę, która powinna zostać na zawsze zamknięta. Że znowu
zalewa ją ten sam ból. Jak wtedy, kiedy po raz pierwszy obudziła się i
zdziwiła, że leży w łóżku sama. Jakby to wszystko zdarzyło się wczoraj, a nie
prawie trzy lata temu.
Muszę z tym coś zrobić, myślała
gorączkowo. To nie może trwać. Za dużo wysiłku włożyłam w to, żeby poukładać
sobie życie i znowu normalnie funkcjonować.
Muszę ustalić, pomyślała, kim jest
ta Justyna i czego chce od mojego męża.
Coś z tyłu głowy podpowiadało jej,
że niepotrzebnie się nakręca, że mogło chodzić o jakąś kompletną pierdołę, a
grzebanie w przeszłości tylko rozdrapie stare rany.
Ale każdy ma w sobie odrobinę masochizmu.
W piątek po kolacji przystąpiła do
działania. Zamknęła przy tym drzwi na klucz i zdjęła buty, jakby obawiając się,
że ktoś ją przyłapie.
Weszła do sypialni i spojrzała
wyzywającym wzrokiem na szafę.
A może lepiej zostawić to w
spokoju? - szepnęło coś w jej głowie. No weź, nie ma sensu zadręczać się tylko
dlatego, że jakiejś babie zachciało się nagle dzwonić i gadać z Heinrichem.
Gdyby byli naprawdę zaprzyjaźnieni, wiedziałaby, że nie żyje, bo zadzwoniłabyś
do niej albo ty, albo jego matka. Może to jakaś natrętka, z którą on wcale nie
chciał utrzymywać kontaktu? Może w ogóle nie chodziło o t w o j e g o
Heinricha? Przecież to nie jedyny Niemiec z polskim pochodzeniem...
Ale w takim razie skąd wiedziałaby,
jak on wygląda? Z drugiej strony, wyrażała się dość ogólnie…
Sięgnęła do drzwi szafy, by je
odsunąć i w tym momencie naszła ją straszna myśl.
A jeżeli istniał jakiś powód, dla
którego Heinrich wolał, żeby ani jego żona ani matka nie wiedziały o tej
znajomości?
Wzdrygnęła się. Nie, przecież to absurd.
Hein miałby ją...nie no, przecież to kalumnia!
Potrząsnęła głową. Głupota,
pomyślała z niezadowoleniem, otwierając szafę i wchodząc na stołek. Sięgnęła na
najwyższą półkę, odsunęła stos starych, nieużywanych ręczników i wyciągnęła
pudełko po butach.
Znajdowały się w nim różne rzeczy:
zdjęcia, papiery, słownik niemiecko-włoski...Dotknęła tego ostatniego ze czcią,
jak relikwii. Od razu wiedzieli, gdzie chcą spędzić podróż poślubną, więc zaraz
po zaręczynach zaczęli się uczyć tego języka. Siedzieli razem przy stole i
czytali, a obce słowa w ustach drugiej strony brzmiały dla każdego z nich tak
zabawnie, że nie mogli przestać się śmiać...
Odegnała dźwięczące w uszach widmo
śmiechu, który kochała nad życie i wyjęła to, czego szukała – czarny, oprawiony
w skórę notes. Jeżeli gdzieś mógł znajdować się klucz do sekretnych znajomości
Heinricha, to właśnie tu.
Zaczęła czytać, starając się nie
myśleć, co by powiedział, gdyby ją teraz widział. To była ich niepisana umowa –
on nie narzekał na jej awersję do szorowania podłóg, ona nie zaglądała do jego
notatek. Nie i kropka.
Większość to były zupełnie niewinne
adnotacje w stylu: „Dentysta 13.15” czy „Kupić mleko i papier toaletowy”.
Świadectwa normalnego, spokojnego życia. Pani Bauermann wyobraziła sobie, jak
robił te notatki. Zawsze dzwoniła do niego o wpół do pierwszej, kiedy jadł
lunch. Gawędzili sobie i to właśnie wtedy meldowała mu, czego w domu brakuje.
Musiał sobie wtedy wszystko zapisywać…A ona głupia myślała, że miał tak dobrą
pamięć…
Ale trafiały się też strony
zabazgrane do granic możliwości, poplamione kleksami i pełne skreśleń. Pani
Bauermann wiedziała, co to jest – wiersze. Heinrich był poetą-amatorem, ale
nawet własnej żonie nie opowiadał o tym zbyt dużo. Czasem tylko pytał o rym do
takiego czy innego słowa, a ona odkrzykiwała z kuchni, nie odrywając się od
gotowania.
Chciał nawet napisać książkę, ale
niestety – nigdy nie udało mu się zrealizować tego zamiaru.
Dotarła wreszcie do stron, na
których były spisane numery telefonów. Przestudiowała listę raz i drugi,
sztywniejąc lekko za każdym razem, kiedy widziała dużą literę J. Julian,
Janusz, Joachim, Julia, p. Joanna...
Żadnej Justyny.
Przekartkowała notes jeszcze raz,
myśląc, że może coś przegapiła...Jakieś słówko nabazgrane ołówkiem w samym rogu
kartki, numer telefonu...
Nic z tego. Znajdowała notatki na
marginesie, ale najczęściej brzmiały one: „kupić kwiaty dla Grettie” lub
podobnie. Poczuła ucisk w piersi. Już nie jestem Grettie, pomyślała. Grettie
leży w grobie razem z nim.
Z jakąś niewytłumaczalną złością
zamknęła notes i włożyła na samo dno pudełka po butach. Zrobiłam,
co mogłam, pomyślała, z
determinacją wpychając je znów za ręczniki. Tak w sumie nie obchodzi mnie,
czego ta baba chciała od Heinricha. Po co ja w ogóle tu grzebałam? Naprawdę,
głupieję.
***
Przez
cały weekend spychała sprawę tajemniczego telefonu na granice świadomości. Żeby
sobie to ułatwić, uczyła się angielskiego, co dowodzi ogromnej desperacji.
Mimo, że była tłumaczką, jej zdolności językowe wołały o pomstę na puszczy.
Niemiecki i polski wchłonęła automatycznie – żyła w krajach, gdzie posługiwano
się tymi językami cały czas, więc nie miała wyjścia. Ale tak…jej główny kłopot
polegał na tym, że kiedy opanowała dziesięć słówek, upojona tym sukcesem zrobiła
sobie przerwę i próbowała opanować następne, pierwsza dziesiątka jakoś jej
umykała. Drugim problemem była niesystematyczność, przyznawała to bez bicia.
Mimo wszystko wiedziała, że musi
znać angielski – choćby po to, żeby rozumieć, skąd się biorą uśmieszki jej
uczniów, kiedy słyszą, jak jest „gruby” po niemiecku[1].
Tak więc w niedzielę wieczorem
leżała w sypialni, dzierżąc czerwono-niebieską książkę i mrucząc do siebie.
Mierzyła się ze swoim największym wrogiem, zaraz po owadach – phrasal
verbsami. Lub też, jakby to ujęła, gdyby ktoś ją zapytał: „pieprzonymi phrasal
verbsami”.
- Look down, look up, look
after, look forward…Co za debil to wymyslił? – mruknęła z dezaprobatą, w
pełni świadoma, że jej uczniowie mają podobne podejście do niemieckich
rodzajników.
W tej chwili zza ściany rozległ się
dzwonek telefonu.
- Goddammit. - mruknęła pod
nosem i wstała z łóżka.
- Halo? - rzuciła, podnosząc
komórkę ze stołu.
- I co? - usłyszała znajomy głos. -
Przekazała mu pani? Bo jak dotąd się nie odezwał...
Dopiero po chwili pani Bauermann
uświadomiła sobie, o kim mowa.
- Tak. - potwierdziła. -
Przekazałam.
- I co? – w głosie tamtej słychać
było napięcie.
- Niestety, nie wie, o jaką Justynę
chozi.
Nieznajoma aż się zachłysnęła z
oburzenia.
- Nie wie?! - powtórzyła. - Nie
wie?! Co za sukinsyn!
Pani Bauermann zacisnęła usta.
Gdyby rozmówczyni znajdowała się w zasięgu jej rąk, prawdopodobnie nie miałaby
już oczu.
- Kowalewska! - ciągnęła z pasją. -
Ta z Wrocławia! Ciekawa jestem, czy to odświeży mu pamięć...Nie wie, jaka
Justyna, ja mu dam...
- Chwileszkę!
- Tak? - w głosie tamtej zabrzmiała
nadzieja.
- Jeszsze raz – skąd pani zna
Heinricha?
- Z wakacji. Znaczy się, on był na
wakacjach. Ja po prostu mieszkałam we Wrocławiu.
- Z wakacji, mówi pani? –
powtórzyła nasza główna bohaterka. Do głowy przyszedł jej nagle świetny pomysł.
– A jego starszą siostrę pani poznała?
- Siostrę? – zdziwiła się tamta. –
Nie, on nie miał siostry, tylko brata bliźniaka. Ale jego akurat za dobrze nie
poznałam. Mruk taki…wiecznie siedział z nosem w książkach i sprawiał wrażenie,
jakby ktoś go zmuszał do przebywania między ludźmi. Nawet nie pamiętam, jak
miał na imię…Erwin, czy jakoś tak…
- Erich. – poprawiła odruchowo.
Właśnie wysłuchała opisu swojego szwagra. Nie mogła się dłużej oszukiwać –
chodziło o jej Heiniego.
Z jakiegoś powodu strasznie ją to
zdenerwowało. Cholera jasna, on już nie żyje, dość się nacierpiał…czy ci ludzie
nie mogą zostawić go w spokoju?
Zdawała sobie sprawę, że takie
rozumowanie jest bez sensu, bo ta kobieta nie ma pojęcia, że o Heinim można
mówić już wyłącznie w czasie przeszłym. Sama wprowadziła ją w ten błąd,
twierdziła przecież, że z nim rozmawiała! Cholera jasna, ile by dała, żeby móc
naprawdę tak zrobić…żeby usiąść koło niego i powiedzieć: „Fuj, nie trzymaj nóg
tak blisko popcornu, co? A przy okazji, dzwoniła jakaś Justyna. Chciała z tobą
gadać”.
Ile by dała, żeby jej życie chociaż
przez chwilę, jeden dzień, godzinę było takie proste…Jak kiedyś. Ale to
niemożliwe. Na myśl o tym zachciało jej się wyć.
Już dawno tak za nim nie tęskniła.
I to wszystko wina tej baby! Oczywiście, że jej. Bo nagle uznała, że nie ma nic
lepszego do roboty, niż zawracać głowę Heiniemu, jakby nie mogła wyczuć szóstym
zmysłem, że umarł…Skandal normalnie. Pani Bauermann uznała, że teraz nie
przyzna się do wdowieństwa za skarby świata. Niech to babsko będzie tak samo
zszokowane, jak ona trzy lata temu. I to wcale nie będzie rozładowywanie
frustracji na Bogu ducha winnych ludziach, ależ skąd. Należy jej się.
Mimo, że sekundy wcześniej była
wściekła, teraz chciało jej się śmiać. Parę razy słyszała od znajomych, że
cenią ją za optymizm i empatię. Optymizm! Empatia! Rany Julek, gdyby wiedzieli,
co się teraz dzieje w jej głowie! Gdyby wiedzieli!
- Właśnie, Erich… - przytaknęła
nieznajoma. – Ej, momencik…Najpierw pyta pani o jakąś nieistniejącą siostrę, a
potem wie lepiej ode mnie, jak miał na imię jego brat bliźniak…Co tu się
właściwie dzieje?
- Musiałam sprawzić, szy na pewno
chozi pani o tego samego faceta, o którym myslę.
- A nie prościej byłoby dać mu
słuchawkę? – zauważyła przytomnie.
- Proszę sobie wyobrazić, sze nie
prozciej.
- Rany boskie, a kim pani dla niego
jest, że tak go pilnuje? Strażniczką więzienną?
Usta domniemanej strażniczki
wykrzywił uśmiech.
- Szymz barzo podobnym. Szoną.
- Żoną? - nieznajoma
niespodziewanie zaczęła się śmiać. – Ano tak, teraz wszystko rozumiem…
- To jest pani lepsza ode mnie. –
coś w tym tonie wyjątkowo nie przypadło pani Bauermann do gustu.
- Nie no, ja przepraszam, wiem, że
ludzie się zmieniają, ale kiedy go znałam, był z niego taki trochę playboy…Ro…
Prawie rzuciła telefonem o ścianę.
Słuchanie, jak obca kobieta nazywa jej męża „playboyem” - to było zdecydowanie
za dużo.
Westchnąłem ciężko i zwaliłem się
na łóżko. Cisza. Nareszcie…
Kiedy Magda oznajmiła mi, że po raz
trzeci jest w ciąży, byłem przerażony. Z trojgiem dzieciaków i tak ledwie
wyrabialiśmy, co będzie przy następnym?
Miesiąc temu urodził nam się drugi
syn – i tak całe szczęście, że jeden, bo przy dwóch parach bliźniąt na pewno
byśmy zwariowali. Nie miało to aż takiego znaczenia, bo Oliver dawał koncerty
godne co najmniej pięcioraczków.
Niedawno miałem urodziny, ale nawet
się nie cieszyłem. Bo z czego? Chyba z tego, że jestem trochę bliżej do
śmierci…
Stop, co ja gadam? Mam żonę,
gromadkę dzieci. Nie wolno mi tak myśleć.
Ale zbliżała się rocznica śmierci
Heina, a wtedy zawsze jestem kompletnie rozbity. Gdyby żył, byłoby mi jakoś
łatwiej. Umówilibyśmy się na piwo, pogadali, powygłupiali się trochę…i pewnie
spojrzałbym na to wszystko z dystansem. A tak? Czułem się jak gówno, zdolne
tylko do robienia kolejnych dzieci.
Cicho skrzypnęły drzwi. Otworzyłem
oczy. To Magda. Całe szczęście. Przy niej jednej nie muszę udawać, że wszystko
jest w porządku.
- Zasnął. – szepnęła prawie
bezgłośnie po niemiecku. Jest Polką, ale odkąd mieszkamy w Hamburgu, gadamy
prawie tylko w tym języku.
- Super. Mamy jakieś dwie minuty
spokoju.
Podeszła bliżej.
- Eri, wszystko w porządku?
- Nie zadawaj głupich pytań.
O, szlag, zachowałem się, jak
dupek. Niedawno urodziła dziecko, to ona musi chodzić co chwilę, żeby nakarmić
małego, a martwi się o mnie.
- Przepraszam… - westchnąłem. – Ja…
Jej usta wykrzywił lekki uśmiech.
- Nic nie mów, rozumiem.
Potrzebujesz czegoś?
- Chyba tylko spokoju.
- Jasne. A mogę przy tobie
posiedzieć? Nie będę się odzywać, jak nie będziesz chciał.
Za to najbardziej kocham Magdę.
Kiedy mówiłem swoim poprzednim dziewczynom, że chciałbym posiedzieć w
samotności i pomyśleć, pytały od razu, co zrobiły nie tak, czy mogą jakoś
pomóc…Ona nie. Przy niej można spokojnie milczeć. I kiedy mówi, że nie będzie
się odzywać, to tak robi.
- Możesz się nawet koło mnie
położyć. – poklepałem kołdrę. – Pewnie jesteś wykończona, co?
- Oj tam… - łóżko cicho
zatrzeszczało, gdy na nim usiadła. – Bez przesadyzmu, z czasem człowiek nabiera
wprawy. Chcesz się przytulić?
Chciałem. Leżeliśmy tak chyba z
kilkanaście minut, zresztą – co to za różnica? Starałem się nie myśleć o moim
bracie, ale ciągle miałem jego twarz przed oczami. Już go nie ma. Nie ma. Nie
ma. I nigdy nie wróci.
- Jestem beznadziejny, Leni.
Taka prawda. Kiedy Heinrich żył,
wszystko było poukładane. Bez niego czułem się jakiś taki…pusty. Niekompletny.
Jakbym razem z nim stracił rękę albo nogę.
Przytuliła mnie jeszcze mocniej.
Magda, a nie któraś kończyna.
- Bzdura. Jesteś najlepszy. Dla
mnie i dzieciaków zawsze będziesz.
- Tato! Tato!
Wykrakała, cholera jasna. Koniec
spokoju. Dziękujemy państwu za skorzystanie z usług naszej firmy i zapraszamy
ponownie za jakieś dziesięć lat.
- Co tam znowu? – zapytałem,
siadając, żeby spojrzeć na mojego pierworodnego, który stał w drzwiach
sypialni.
- Ciocia Reta…Czemu tak leżycie?
- Bo znudziło nam się wiszenie do
góry nogami. Co z ciocią?
- Czego ona znowu chce? – mruknęła
Magda. Nie podobało jej się, że mimo śmierci brata nadal utrzymuję kontakt z
jego żoną. Kiedyś były przyjaciółkami, ale w pierwszą Wigilię bez Heina
przyłapała nas w dość dwuznacznej sytuacji i od tego czasu najchętniej
wyrzuciłaby Retę z naszego życia. Ja jednak tego nie chciałem, bo lubię moją
bratową, a poza tym jest mi jej trochę żal. Wszyscy jej krewni albo nie żyją,
albo nie utrzymują z nią kontaktu, więc po śmierci męża, jeśli nie liczyć
przyjaciół, została sama jak palec. Mnie traktuje jako ostatnią namiastkę
rodziny, więc musiałbym być ostatnim gnojkiem, żeby się od niej odciąć. Poza
tym, jak wytłumaczyłbym synowi, dlaczego nie widuje ukochanej cioci?
- Zadzwoniła do ciebie na Skypie.
Płacze. – odpowiedział rzeczony syn. – Mówi, że miała kota w mieszkaniu, ale
wiem, że to nieprawda. Powiedziała, że musi z tobą koniecznie porozmawiać.
No masz. Już ja dobrze wiedziałem,
o czym może chcieć ze mną rozmawiać zapłakana Reta. Szczególnie o tej porze
roku. Westchnąłem.
- Już idę.
- Zostań. – powiedziała po
niemiecku Magda, gdy Hebbi już poszedł. – Ostatnie, czego teraz potrzebujesz,
to pogawędki z tą wariatką.
- Nie mów tak. – zaprotestowałem. –
Ona jest nieszczęśliwa, a nie szalona.
W odpowiedzi usłyszałem tylko
prychnięcie. To prawda, że po wypadku Heinricha Reta zachowywała się dość
nieobliczalnie – nawet przyjaciółka wprowadziła się do niej na jakiś czas, by
mieć ją na oku – ale z drugiej strony, czy można ją za to winić? Nawet to, że
spakowała manatki i bez słowa wyprowadziła się do innego województwa, nie
podając nikomu adresu, jestem w stanie zrozumieć. Wszyscy myślą, że
zamieszkaliśmy w Niemczech, bo tu mogę zarabiać w euro i są lepsze perspektywy
dla dzieciaków, ale tak naprawdę zrobiłem to samo. Uciekłem.
Musiałem jednak przyznać Magdzie
trochę racji. Byłem zdołowany i po prostu niegotowy na spotkanie z cudzym
bólem. Jej propozycja była kusząca…
Ale kiedy po raz pierwszy zaszła w
ciążę – Magda, nie propozycja – to właśnie Reta, która była już wówczas
dziewczyną mojego brata, wyjaśniła mi, jak się opiekować ciężarną. A po narodzinach
Herberta zawiesiła na kołku randki, żeby nam przy nim pomagać. W liceum
zajmowała się za pieniądze dziećmi sąsiadów, więc wiedziała, o co chodzi.
Wyszedłem z sypialni.
***
Było jeszcze gorzej niż sobie
wyobrażałem. Była blada, miała zapuchnięte oczy i szlochała tak głośno, że
musiałem niemal zupełnie wyciszyć dźwięk w laptopie, żeby nie obudziła Olivera.
- No już, uspokój się. – mruknąłem
po niemiecku. Obecność płaczących ludzi zawsze mnie krępowała. – O co chodzi?
Wzięła kilka głębokich wdechów i
zapytała:
- Czy ten gnojek mnie zdradzał?
Szczęka mi opadła.
- Co? Jaki gnojek?
- Już ty nie udawaj idioty, dobrze?
– zaszlochała krótko. – Może i wszystkim dookoła przeszkadzam, ale na jakieś
minimum szczerości chyba zasługuję. Zadałam ci proste pytanie i chcę znać
odpowiedź!
- Ale nie… - nagle zwróciłem uwagę
na szczególne brzmienie jej głosu. – Piłaś coś?
Roześmiała się krótko i niewesoło.
- Oczywiście, że piłam, bo pewnych
rzeczy nie da się przyjąć na trzeźwo. Po prostu się nie da. No, gadaj – uniosła
wyżej głowę. – Jak długo to trwało?
Westchnąłem. Naprawdę nie miałem
dzisiaj siły na tego typu dyskusje.
- Co niby?
Reta zacisnęła zęby tak mocno, że
zobaczyłem ścięgna na jej dolnej szczęce. Ciarki mnie przeszły. Była podpita,
rozżalona, a ja wyglądam jak lustrzane odbicie zmarłego męża, do którego miała
o coś pretensje.
To się nie mogło dobrze skończyć.
- Yyy, wiesz co? – jakimś cudem
zdołałem ułożyć usta w uśmiech. – Widzę, że jakaś taka nie za bardzo dzisiaj
jesteś…Prześpij się i może wtedy na spokojnie porozmawiamy.
Albo wytrzeźwiejesz i nie będziesz
pamiętała, o co ci chodziło, dodałem w myślach.
Owszem, jestem dupkiem. Ale
istnieją dużo więksi, którzy mają się za wzory cnót.
Poza tym zostałem ukarany za swoje
nieuprzejme myśli. Reta zawyła, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry.
Dreszcz przebiegł mi po plecach.
Jezus Maria, tylko nie to. Wstrzymałem oddech. Trzy, dwa, jeden…
Usłyszałem płacz, z którym zdołałem
się zaznajomić aż za dobrze w ostatnim czasie. Miałem ochotę wyrywać sobie
włosy z głowy, wydłubać oczy…cokolwiek. Ludzie, jeden spokojny wieczór. Czy
naprawdę proszę o tak dużo?
Usłyszałem za sobą pełne irytacji
kroki Magdy. I w razie, gdyby jakiś językoznawca chciał mi w tym momencie
wytknąć, że kroki nie mogą takie być – pocałuj mnie w dupę, gościu. To moja
żona i wiem lepiej.
Reta chyba zrozumiała, że narobiła
zamieszania. Jej oczy były wystraszone.
- P…przepraszam…
Milczałem, nie mając ochoty
przekrzykiwać dziecięcego wrzasku. Po chwili umilkł.
Usłyszałem kroki i stanęła za mną Magda.
Nie odwróciłem się, ale na podglądzie obrazu z mojej kamerki widziałem, że
wykrzywia usta.
- Czego chcesz? – zapytała oschle.
Reta wydała z siebie wysoki dźwięk,
ale tym razem nie otworzyła ust. Potrząsnęła głową, jakby mogła w ten sposób
lepiej nad sobą zapanować.
- Przepraszam… - powtórzyła.
- Spoko, spoko. – znowu spróbowałem
się uśmiechnąć, jednak szybko zrezygnowałem. – Rozumiem. O co chodzi?
Przekrzywiła głowę.
- Mo…możemy pogadać na osobności?
Magda uniosła brwi bardzo wysoko.
- A jakie to prywatne sprawy masz
do mojego męża, że nie mogę tego słuchać?
Westchnąłem.
- Leni…
- Dobra, już sobie idę. Światło wam
zgasić?
Nie czekając na odpowiedź, wyszła.
Trzasnęły drzwi.
Westchnąłem.
- Niepotrzebnie odstawiasz takiego
Jamesa Bonda…Namieszałaś. O co chodzi? I bez żadnych numerów typu: „Już ty
dobrze wiesz”. – zastrzegłem. – Przyjmijmy, że masz do czynienia z osobą ślepą
i opóźnioną w rozwoju.
Wzięła głęboki wdech.
- Czy Heinrich mnie zdradzał?
Spojrzałem na nią zaskoczony.
- Co? O czym ty mówisz?
Mój brat bardzo podobał się
dziewczynom i kiedyś skwapliwie to wykorzystywał. Ale kiedy poznał Retę, inne
przestały dla niego istnieć. Początkowo byłem tym nawet zaskoczony.
- Jakaś baba do mnie zadzwoniła. –
jęknęła. – Chciała rozmawiać z Heinrichem, nazywała go…playboyem.
- Był ci wierny, jak pies. –
zapewniłem. – To musiała być jakaś pomyłka. Nie masz się czym przejmować.
- Ale ona…wiedziała, jak wyglądał.
I że miał brata bliźniaka. To nie mogła być pomyłka.
- I czego chciała? – zapytałem
szybko.
- P…porozmawiać z nim.
Westchnąłem.
- Powiedz jej, że nie żyje i sprawa
załatwiona.
- Tutaj jest coś więcej, ja…ja to
czuję. Wiem, że to brzmi, jakbym oszalała, ale…Proszę cię, pomóż mi. Mówiła, że
nazywa się Justyna Kowalewska. Może…
O cholera. O cholera. Jasna
cholera. Zazwyczaj imiona i nazwiska sprawiają mojej pamięci duże problemy, ale
tę dziewczynę pamiętam aż za dobrze. Przez te wszystkie lata powtarzałem
Heinowi, że Reta ma zasmarkane prawo o wszystkim wiedzieć! Ciągle mówił, że
wyjaśni jej to później, że czeka na odpowiedni moment…i się doczekał, kurwa.
Tylko że trumny. I teraz ja, osoba najmniej odpowiednia do przekazywania takich
informacji, muszę powiedzieć jego żonie…
Właściwie co? „Przykro mi to mówić,
Reta, ale twój mąż od samego początku kłamał ci w żywe oczy?”. Takie zdanie nie
przeszłoby mi przez usta. Ale było cholernie prawdziwe.
- Eri?
Dałbym wszystko, żeby być daleko od
niej i tego pytającego spojrzenia. Musiałem zacisnąć pięści, żeby po prostu nie
wyłączyć laptopa.
- Ty wiesz, o kogo chodzi.
Nie pytała. Stwierdzała fakt.
Westchnąłem. Spojrzałem na swoje
spodnie, jakby ktoś opisał na nich, jak wybrnąć z takiej sytuacji.
Najgorsze było to, że ja jako
jedyny mogłem powiedzieć Recie prawdę. Kto inny? Moi rodzice? Wolne żarty, od
dłuższego czasu unikali byłej synowej jak ognia. A właściwie nikt poza naszą
trójką (plus Heinrich oczywiście, ale jego z oczywistych względów pomijam) nie
znał wszystkich szczegółów tamtej historii. A tylko one pozwalały ujrzeć ją we
właściwym świetle.
Świadomość ciążącej na mnie
odpowiedzialności spowodowała ból głowy. Zakryłem twarz ręką.
- Eri… - zaczęła pochlipywać. – On
był moim mężem…Kochałam go…Cholera jasna, wciąż kocham tak, że aż boli…Błagam…
Westchnąłem. Muszę zachować się,
jak porządny facet. Zasługiwała na prawdę, jak pies na michę.
- On też cię kochał. – zapewniłem,
patrząc na nią. – Bardzo. Ta kobieta nie była jego kochanką, przysięgam.
- To kim? – jęknęła żałośnie. –
Dlaczego mówiła o nim takie rzeczy?
Ból głowy przybrał na sile. Ten ton
kojarzył mi się z moimi siedmioletnimi córkami. Obie były święcie przekonane,
że pod ich łóżkami siedzą potwory, a jedynym bezpiecznym miejscem jest
rodzicielska sypialnia. Też były takie wystraszone, gdy o tym mówiły.
- Eri, na miłość boską, przecież
masz dzieci, Magdę…Wiesz, jak to jest kochać człowieka. Zwariuję, jak mi nie
powiesz. On…on…
„Tatusiu, pozwól nam dzisiaj u was
spać…Najostatniejszy raz na świecie, prosimy…”.
Westchnąłem po raz milion trzysta
tysięcy dwieście osiemdziesiąty czwarty w życiu.
- Posłuchaj, skarbie…
Przyłożyłem rękę do ust.
Skojarzenie było tak silne, że naprawdę odezwałem się do Rety tak, jakbym
rozmawiał z siedmiolatką. Już widzę, jak moja żona wierzy w takie tłumaczenie.
Chociaż może nie sły…
- Kurwa mać!
…szała. No tak. Cholera jasna,
dlaczego ktoś u góry myśli sobie: „Hmm, ten koleś ma za mało problemów w życiu.
Dowalmy mu jeszcze, żeby było zabawniej!”? Dlaczego muszę mieć takiego
przeklętego pecha?
„Strasznie zrzędzisz”.
Ciarki przeszły mi po plecach.
Miałem wrażenie, że usłyszałem mojego brata. Na pewno tak by powiedział, gdyby
znał moje myśli. Jemu zawsze wszystko przychodziło łatwo. Urodzony czaruś.
Niemal intuicyjnie wiedział, co musi powiedzieć, żeby wszyscy dookoła jedli mu
z ręki. Zwłaszcza dziewczyny. I w przeciwieństwie do niektórych osób nie miał
ochoty uciekać przez komin, jeśli znalazł się na dużej, głośnej imprezie. Wręcz
odwrotnie, uwielbiał tak spędzać czas.
Dzięki takiemu charakterowi miał
właściwie wszystko, czego można by chcieć od życia. W związku z tym ciężko mu
było wczuć się w położenie osób, którym wiodło się w życiu nieco gorzej.
„Proszę bardzo” – odpowiedziałem mu
w myślach ze złością. – „Skoro jesteś taki mądry, to powiedz, jak mam
wytłumaczyć twojej żonie, czego chce od niej, a właściwie od ciebie, Justysia.
Słucham”.
Cisza. Cholera jasna, ze zmarłymi
zawsze tak jest. Kiedy nie trzeba, są gadatliwsi niż emerytki u lekarza, ale
jak człowiek ich potrzebuje, udają idiotów.
Poczułem złość. Na siebie, na
brata, na tę siłę wyższą, która zadecydowała, że nie może już dłużej żyć. Na
Retę, za to, że jest chodzącym wspomnieniem tego, ile straciłem. Na Magdę, za
to, że po raz dwusetny będą musiał tłumaczyć, że nic mnie z bratową nie łączy.
I na pogodę za to, że jest taka do dupy. Dlaczego nie?
To sprawiło, że na moment straciłem
resztki współczucia, empatii, czy choćby zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- Zapytaj Heinricha. W końcu był
twoim mężem, to on ci powinien tłumaczyć takie rzeczy.
Zatrzasnąłem laptopa, zanim zdążyła
odpowiedzieć cokolwiek. Proszę bardzo, wyzywajcie mnie od dupków, chamów,
skurwysynów – kogo chcecie. O tej porze roku i tak mam wszystko gdzieś.
W nocy z dwudziestego drugiego na
dwudziestego trzeciego listopada pani Bauermann miała bardzo nieprzyjemny sen z
nagim mężem w roli głównej. I o ile sam nagi mąż nie miał w sobie nic
nieprzyjemnego (wprost przeciwnie), to widok otaczających go co najmniej
dziesięciu również rozebranych kobiet trochę wytrącił ją z równowagi.
Obudziła się zlana potem i
uświadomiła sobie, że dzwoni jej telefon. Nie miała pojęcia, która może być
godzina.
„Ludzie już całkiem zwariowali” -
myślała półprzytomnie, wyciągając rękę, żeby wymacać hałasujący aparat. - „Może
to te gołe baby dzwonią?...”
Ta myśl tak ją rozjuszyła, że
spuściła nogi z łóżka i uderzyła wierzchem dłoni o lampkę stojącą na nocnym
stoliku. Zaklęła siarczyście po niemiecku i dopiero wtedy podniosła wibrującą
komórkę.
- Zostawcie mojego męża w spokoju,
kurwy jedne! – wrzasnęła, nadal w swoim ojczystym języku. – On jest mój!
- Halo? – odpowiedział zdziwiony
męski głos, który raczej nie należał do żadnych kurew.
- Halo! - powtórzyła, nieco
przytomniejąc. Uświadomiła sobie nawet, że chyba powinna mówić po polsku. - Kto
tam?
- Pani Bauermann?
- Proszę mnie nie roz…mieszac. -
ziewnęła potężnie. Coś jej mówiło, że chyba użyła złego słowa, ale nie miała
ochoty nad tym myśleć. - To ja jestem pani Bauermann. A pan to kto?
- Proszę przekazać mężowi -
rozmówca zignorował pytanie, a w jego głosie zabrzmiała groźna nuta. - Że jak
się nie ogarnie, to wybiję mu zęby.
- Zęby? - powtórzyła, obudzona do
reszty. - Szemu zęby?
- Bo jak się coś zrobiło, to trzeba
ponosić konsekwencje. - wyjaśnił niezwykle przejrzyście. - Dzieci to wiedzą.
Odwaliłem praktycznie całą jego robotę, ale to nie znaczy, że może sobie żyć
jak pan na włościach i udawać, że nic się nie stało. Poza tym – nie pozwolę,
żeby Justa tak się przez niego denerwowała.
- Zaraz... - zaspane szare komórki
pani Bauermann powoli zaczynały kojarzyć fakty. - Pan jest znajomym pani
Kowalewskiej?
- Jej mężem. - położył wyraźny
nacisk na drugie słowo. - Moje nazwisko Nektarewicz...Żona najwidoczniej podała
panieńskie.
- Ahaaa.... - pani Bauermann znów
ziewnęła potężnie.
- Najmocniej przepraszam. -
zreflektował się pan Nektarewicz. - Chyba panią obudziłem?
- Nie, nie, skąd. - uspokoiła go. -
Ja zawsze wstaję w srodku nocy...Mózg wykazuje wtedy największą aktywnozc. -
dodała, choć stanowiła teraz chodzące zaprzeczenie tej teorii.
- Najmocniej przepraszam. - pokajał
się jeszcze raz. – Ale koniecznie muszę porozmawiać z pani mężem. Gdyby mogła
go pani obudzić…
- O, proszę pana, nie da rady. Spi
teraz tak twardo, sze mogłabym zdetonować tuż koło niego bombę, a i tak by to
nic nie pomogło.
W gruncie rzeczy nie kłamała.
- Proszę spróbować...
- Niewykonalne. Nawet pan nie wie,
ile bym dała, szeby było inaszej.
Życie, pomyślała.
- A szy mógłby mi pan powiezieć,
szego pan i panska szona chce od Heinricha?
- Wie pani co.…No w końcu! -
zagrzmiał znienacka.
- Słucham?
- Czy ty masz pojęcie, która jest
godzina? - żołądkował się dalej pan Nektarewicz.
- Ciemno jest i nie wizę zegara,
ale zaraz panu powiem. - odpowiedziała automatycznie pani Bauermann. Usiłowała
włączyć lampkę wolną ręką, ale nie mogła wymacać przełącznika.
- To nie było do pani...Co, że
„dorosła”? Co to znaczy „dorosła”? W dupę sobie wsadź taką dorosłość!
- Halo! Halo, jest pan tam jeszsze?
- Halo? Tak, przepraszam
najmocniej...Ale widzi pani, córka dopiero teraz wróciła do domu i...
- Proszę pana. - przerwała mu w pół
słowa, zaskoczona stanowczością we własnym głosie. - Proszę powiezieć pani
Justynie, szeby zazwoniła do mnie jutro...To znaszy ziz po południu...Wtedy
podam jej Heinricha jak na taleszu! Dobranoc!
Rozłączyła się i cisnęła komórkę z
powrotem na stolik nocny, walcząc ze łzami cisnącymi się na policzki.
Przegrała tę walkę.
- Halo? - usłyszała znajomy głos w
słuchawce.
- Dobry wieszór. - odpowiedziała
słodko.
- Niech mi pani da do telefonu
Heinricha. - jęknęła Justyna Kowalewska-Nektarewicz. - Błagam panią, to
naprawdę ważne...
- Przykro mi, ale nie jest to
moszliwe.
- Powiedziała pani mojemu mężowi...
- Powieziałam, sze podam pani Heina
jak na taleszu. - dokończyła z jadowitą słodyczą, czerpiąc jakąś perwersyjną
przyjemność z przeciągania tej sytuacji. - I dotrzymam słowa. Szy da pani radę
być w najbliższą niezielę w Stettinie?
- Tak, chyba tak. - powiedziała
niepewnie, na szczęście orientując się, o jakie miasto chodzi. - On jest w
Szczecinie?
- Moszna tak powiezieć.
- A co tam robi?
Pani Bauermann zastanowiła się nad
odpowiedzią.
- Chyba wszystko, co moszna w jego
sytuacji.
Trzy postacie przemierzały
cmentarne alejki w ponury, listopadowy dzień. Jedną była średniego wzrostu
kobieta po trzydziestce. Miała ciemne włosy, a na jej twarzy malował się smutek
połączony z niedowierzaniem.
Towarzysząca jej dziewczyna miała
najwyżej osiemnaście lat, opadające na ramiona czarne włosy i niebieskie oczy.
Jej blada niczym wosk twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Idąca kilka kroków przed nimi
jasnowłosa kobieta patrzyła w ziemię – i tak znała drogę na pamięć. Żeby odegnać
od siebie pokusę spoglądania na dziewczynę, rozwiązywała po cichu skomplikowane
problemy matematyczne.
35 – 18 = 17...a 17 < 23...Co za
ulga!
Matematyka jednak się przydaje.
Wreszcie dotarły tam, gdzie
zmierzały. Margareta Bauermann stanęła przy grobie i wpatrzyła się w
znienawidzony napis:
HEINRICH BAUERMANN
ur. 16 XI 1982
zm. 26 XI 2014
- Mój Boże... - wyszeptała Justyna
Kowalewska-Nektarewicz – Trzydzieści dwa lata...
Pani Bauermann skinęła głową. Czuła
kłucie pod powiekami. Leży tu już od trzech lat, myślała. Czy kiedykolwiek
zdołam się przyzwyczaić?
Nigdy w życiu, odpowiedziała sama
sobie.
Wyciągnęła z kieszeni kurtki
chusteczki. Kiedy wydmuchiwała nos, usłyszała przytłumione pytanie pani
Justyny:
- Co się stało? Chorował na coś? -
spojrzała z lękiem na swoją córkę, która wpatrywała się w grób i zagryzała
wargi do krwi.
- Nie, nie, nie. – zaprzeczyła
szybko pani Bauermann, mówiąc nieco przez nos. - Wypadek samochodowy. Pijany
kierowca go rąbnął i... - znów przyłożyła chusteczkę do twarzy i dodała ciszej.
- To było w rosznicę naszego slubu.
Pani Justyna pobladła.
- Tak mi przykro. - wyszeptała.
Pani Bauermann podziękowała
skinieniem głowy i czując, jakby miała w gardle coś kanciastego, po raz
pierwszy odezwała się do dziewczyny. Idąc na cmentarz, zadawała sobie milion
pytań. Wszystkie zamarły jej na ustach, kiedy ją zobaczyła. A właściwie tylko
te oczy. Znała je. I od kilku lat uważała za źródło największego szczęścia w
swoim życiu.
- Zuza, tak? – wychrypiała.
- Mhm.
Dziewczyna zaciskała pięści i
nerwowo udeptywała ziemię.
Pani Bauermann sięgnęła do
kieszeni. Wyciągnęła złożoną na pół fotografię. Odbitkę oczywiście. Po śmierci
Heinricha każde zdjęcie, na którym był widoczny, miało dla niej niezmierzoną
wartość i prędzej by umarła, niż oddała komuś oryginał.
- Masz. - powiedziała, starając się
za wszelką cenę wytrzymać spojrzenie tych niebieskich oczu. - Z jego ostatnich
urozin, najpózniejsze, jakie udało mi się znalezc...Bęziesz mogła pokazac
zieciom, jak wyglądał ich ziadek. - zmusiła się do uśmiechu.
Sama nie mogła uwierzyć, że te
słowa przeszły jej przez gardło. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Miała
wrażenie, że śni. Oby szybko się obudziła!
Spojrzała na zdjęcie, a potem na
twarz dziewczyny. Te oczy…Te oczy! Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
Zuza pokiwała głową z
wdzięcznością. Co prawda posiadanie dzieci było dla niej większą abstrakcją niż
podróż na Księżyc, ale zdjęcie chętnie weźmie.
- Żałuję, że cię nie poznałam,
tato. - powiedziała w nadziei, że unoszący się gdzieś w pobliżu duch Heinricha
Bauermanna ją usłyszy. Rozpłakała się. Poczuła kojący dotyk matki.
- Jaki on był?
Zuza wpatrywała się w jasnowłosą
kobietę. Dziwnie się czuła, nazywając ją w myślach „żoną swojego ojca”. A
właściwie wdową po nim.
To wszystko w ogóle było jakieś
nierealne. Odkąd tylko dziadkowie kilka lat temu wyznali jej, że nie jest
biologiczną córką swojego taty, dręczyła mamę pytaniami. Początkowo spotykała
się z zaprzeczeniami, potem irytacją, wreszcie – rezygnacją. Pierwszy strzępek
informacji, już i tak dosyć zaskakujący, brzmiał: „Twój ojciec był Niemcem.
Mocno spolszczonym, ale Niemcem”. Po kolejnej chwili natrętnego pytania Zuzie
udało się wreszcie ustalić imię – Heinrich. Nie lubiła języków obcych, ale
zaczęła się wtedy bardziej przykładać do niemieckiego. Miała wrażenie, że w
jakiś sposób jest wtedy bliżej człowieka, który przecież dał jej życie.
Potem jednak przyszła faza złości.
No bo heloł – skoro jest jej ojcem, to dlaczego nigdy nie napisał, nie
zadzwonił? Miał ją gdzieś. Zuza uznała wtedy, że wcale nie chce go poznać.
Nigdy w życiu!
Ale mimo wszystko jakaś malutka
część jej umysłu dalej zadawała milion pytań na sekundę. W końcu tata – ten
prawdziwy – uznał, że nie może tak dłużej być. Sporo się wtedy z mamą kłócili.
Wreszcie Zuza usłyszała: „Jeśli chcesz, to spróbuję się skontaktować z twoim
biologicznym ojcem. Ale nie zrobię tego bez twojej zgody”.
Dziewczyna miała wtedy wrażenie,
jakby w jej głowie wybuchła bomba. Z nerwów nie mogła jeść ani spać. Aż w końcu
usłyszała, jak mama rozmawiając przez telefon wymawia TO IMIĘ…
Znienawidziła wtedy kobietę, która
teraz siedziała przed nią. Po pierwsze trochę ją ubodło, że ojciec ma żonę
(proszę bardzo! A więc przez te wszystkie lata założył sobie idealną rodzinkę,
w której dla takich bękartów jak ona pewnie nie ma miejsca), z drugiej –
myślała o niej jako jedynej przeszkodzie do osiągnięcia swojego celu. Nawet jej
przez myśl nie przeszło, że ta kobieta może o niczym nie wiedzieć.
A teraz proszę – jest jedynym
źródłem informacji. Obca osoba.
- Jaki on był? Co robił? –
powtórzyła, czując, że zaraz eksploduje. – Proszę mi odpowiedzieć!
Kobieta nic nie mówiła, tylko
patrzyła na nią uporczywie. Wreszcie westchnęła.
- Jaki był? Podobny do ciebie. Masz
jego oszy.
Zuza poczuła narastającą falę złości.
- Tyle wiem, mama mi mówiła. Ale
coś więcej? Cokolwiek? Do cholery, to mój ojciec, chyba mam prawo…
Bauermannowa uśmiechnęła się
smutno.
- Ziecko, ja naprawdę rozumiem. I
chciałabym ci pomóc, bo jestez najmniej winna całej tej sytuacji. Ale postaw się
na moim miejscu. Ja kochałam tego szłowieka jak nikogo. Pół szycia bym oddała,
szeby go jeszsze raz zobaszyć. Bylizmy razem prawie ziesięć lat. Ufałam mu. A
teraz…teraz patrzę na ciebie.
- Naprawdę nic pani nie powiedział?
– zapytała Zuza niemalże z rozpaczą. – Nic a nic?
Pani Bauermann odgarnęła włosy za ucho.
- Nie twierzę, sze jestem genialna,
ale raszej pamiętałabym, gdyby mój mąż kiedykolwiek wspomniał, sze ma ziecko.
- Po prostu miał mnie w dupie.
Totalnie w dupie.
Zuza nie mogła uwierzyć. Czuła, jakby
ktoś ją spoliczkował. I to mocno. Przytuliła się do matki.
- Nie.
Bauermannowa mięła w palcach rąbek
sukienki i patrzyła na niego tak, jakby był najciekawszą rzeczą na świecie.
- Dopiero co pani powiedziała…
Westchnęła.
- Nienawizę o tym mówic, zwłaszsza
w rosznica jego smierci, ale…tuż zanim umarł, sporo się kłócilizmy. Barzo
powasznie. Już myslałam, sze bęzie rozwód. A wszystko zaszęło się od tego,
sze…powieziałam mu, sze chciałabym mieć ziecko.
Zuza znowu na nią spojrzała.
- Szasem się nie zgazalizmy, jak
kaszdy, ale nigdy na taką skalę. Zaszął wtedy na mnie patrzeć, jak na jakiegoz
smiertelnego wroga, a ja za nic nie mogłam zrozumieć, dlaszego aż tak nie chce
zostać ojcem…Dopiero teraz wiem, sze musiał mieć wyszuty sumienia. Naprawdę,
nie miej do niego szalu, ziecko. Moszesz mi wieszyć, pamiętał o tobie. A poza
tym…raszej nie bęzie już miał szansy cię przeprosić.
***
Patrzyła na nią. Jej widok obrócił
w gruzy wszystko, dzięki czemu była w stanie normalnie funkcjonować, ale pani
Bauermann nie umiała oderwać wzroku na zbyt długo.
On tam był. Nie jakiś krewny,
choćby i brat bliźniak, ale on! On! Jakaś cząstka j e g o przeżyła poza
zdjęciami i wspomnieniami, jest tak blisko…
Pani Bauermann poczuła dreszcze.
Wyrzuciła z siebie kilka zwykłych informacji o Heinrichu – gdzie pracował, co
lubił, czego nienawidził…Mówiła przyjaznym, spokojnym tonem, chociaż miała
ochotę wrzeszczeć.
- Dopsze. – odetchnęła głęboko.
Czuła, jakby ktoś lub coś zaciskało palce na jej gardle. – Odpowieziałam ci.
Teraz…teraz domagam się tego samego.
Nie patrzyła już na Zuzę, lecz jej
matkę. Na MATKĘ CÓRKI SWOJEGO MĘŻA.
Powiedzenie tego w myślach było
nieomal ponad jej siły. A co dopiero na głos! Czy kiedykolwiek będzie mogła to
zrobić?
Justyna była ładna – ciemnowłosa, ciemnooka,
z twarzą w kształcie serca i białymi zębami. Pani Bauermann czuła się przez to
jeszcze bardziej upokorzona.
Przypomniała sobie, jak (byli już
wtedy razem) Heinrich wyznał jej, że woli brunetki.
„Ale trafiłeś!” – burknęła wtedy,
patrząc przez okno. Miała wrażenie, iż jej własne włosy są jaśniejsze niż
kiedykolwiek. Chwilę potem poczuła na nich rękę Heiniego.
„Może od wszystkich kobiet świata
wolę brunetki” – szepnął jej do ucha. – „Ale od wszystkich brunetek świata i
tak wolałbym ciebie”.
Dwie godziny później pierwszy raz
uprawiali seks. Do dzisiaj pamiętała, z jaką niecierpliwością czekała, aż
zdejmie spodnie. I piosenkę. Dość popularny metalowy kawałek z ostrymi
gitarami. I „Nein!” powtarzającym się w refrenie.
Uczniowie często prosili ją, żeby w
ramach korepetycji nauczyła ich tekstu tej piosenki. Zawsze się wtedy bała, że ktoś zrozumie, z
jakim wydarzeniem jest dla niej związana.
„Proszę bardzo” – myślała ze
złością. – „Niby wolałeś mnie od wszystkich brunetek świata, ale to brunetce
zmajstrowałeś dziecko”.
Nie, stop. To dziecinada. Musi
zadać jedno konkretne pytanie i uciec jak najdalej od tych ludzi, bo oszaleje.
Nagle mieszkanie w Waręcinie, choć małe i zdaniem wielu jej znajomych brzydkie,
wydało jej się istnym rajem. Tam przynajmniej było ciepło, spokojnie. Nikt nie
mówił strasznych rzeczy w rodzaju: „Twój mąż cię oszukiwał”.
Justyna spojrzała niepewnie na
swoją córkę. Zuza odwzajemniła spojrzenie.
- Możesz mówić. – powiedziała
głosem bez wyrazu. – Jestem prawie
dorosła. Do myśli, że byłam wpadką, przyzwyczaiłam się już jakiś czas temu.
- Osiemnaście lat temu, w wakacje,
byłam na imprezie u koleżanki. Jacyś jej znajomi przyprowadzili swojego
znajomego…przystojniaczka mówiącego z niemieckim akcentem. Zachowywał się,
jakby wszystkie dziewczyny już były jego, więc na początku trzymałam się od
niego jak najdalej. A to go jeszcze bardziej zachęciło, żeby być jak najbliżej
mnie.
Pani Bauermann zakaszlała.
- Spotykaliśmy się tylko dwa
tygodnie, potem jakoś… - Justyna wzruszyła ramionami. – Motylki w brzuchu się
skończyły i uświadomiłam sobie, że nawet go za bardzo nie lubię. Broń Boże,
żeby był jakimś złym człowiekiem czy coś. Mieliśmy zupełnie różne
zainteresowania, a poza tym ciągle gadał o sobie. Po jakimś czasie trudno było
to wytrzymać.
- To do niego podobne. –
stwierdziła pani Bauermann. – Ale ja potrafiłam nad tym zapanować.
Czuła jakąś dziwną potrzebę
zaznaczenia tego. JA byłam jego żoną. To mnie prosił na kolanach, żebym była
częścią jego życia.
Jednocześnie ignorując istnienie
własnej córki.
To było dla niej najbardziej
niepojęte. Fakt, że w wieku kilkunastu lat jej mąż zaliczył wpadkę, była w
stanie jakoś zrozumieć. Jako pedagog poznała wszystkie blaski i cienie tego
wieku. Ale to, że Heinrich chodził z nią na randki, wziął ślub, spał w jednym
łóżku, przez cały ten czas nawet nie wspominając o własnym dziecku…
Zaraz! Przecież można wszystko
bardzo prosto wyjaśnić.
- Wieział, sze pani zaszła w
ciąszę? – zapytała, pewna, że usłyszy: „Nie”. Heini o niczym nie wiedział i
byłby teraz tak samo zdziwiony, jak ona. Z pewnością. Pani Bauermann czepiłaby
się każdej wymówki, żeby nie wierzyć, iż własny mąż mógłby ją w ten sposób
okłamać.
Ale wiadomo, czyją matką jest
nadzieja.
- Oczywiście, że wiedział. –
powiedziała Justyna bezlitośnie. – Jego rodzice przez kilka lat przysyłali kasę
na Zuzię. Dopiero kiedy wyszłam za mąż i zobaczyłam, że Krystian kocha małą jak
własną córkę, powiedziałam im, żeby przestali. Miała już pełną rodzinę, nie
potrzebowała jałmużny od pożal się Boże dziadków. Ojciec Heinricha był nawet
miły, z tego co pamiętam, ale mamusia – istny wampir. Nie wyobrażam sobie, jak
to jest mieć taką teściową. Współczuję pani.
Pani Bauermann kiwnęła sztywno
głową. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Wstała z krzesła, wolno podeszła do
hotelowego okna i uchyliła je.
- I przez…przez te wszystkie lata
nie kontaktowała się pani z Heinrichem? On…nie interesował się chociaż, szy
uroził mu się syn, szy córka?
To wszystko było, jak koszmarny
sen. Gdyby ktoś powiedział jej miesiąc temu, że wypowie takie zdanie, uznałaby
to za kiepski żart.
A teraz może się okazać, że j e
j m a ł ż e ń s t w o i cały związek były kiepskim żartem. Skoro
Heini był w stanie ukryć przed nią nieślubną córkę, to co jeszcze zataił? Może Justyna
jest tak naprawdę jedną z wielu, a po świecie biega mnóstwo dzieci o czarnych
włosach i ciemnoniebieskich oczach? W szerokim przedziale wiekowym?
Poczuła, że jej zimno. Musi stąd
uciekać, musi. W przeciwnym razie albo zwariuje, albo pęknie jej serce.
- Tyle akurat wiedział. – usłyszała
głos Justyny. – Nawet przysłałam mu zdjęcie małej…No ale nie odpowiadam za to,
co z nim później zrobił.
Pani Bauermann wzdrygnęła się.
Każde „wiedział” z ust tej kobiety było dla niej niczym policzek.
Powiedziała tej biednej
dziewczynie, że Heinrich o niej pamiętał, ale właściwie sama chciała w to
wierzyć. Usłyszała jego głos wrzeszczący: „Nie chcę mieć w domu ŻADNYCH –
PIERDOLONYCH – BACHORÓW!”.
Co, jeśli Heinrich naprawdę
nienawidził dzieci? A na temat córki milczał dlatego, że j e d n a k miał ją
gdzieś? Niemożliwe. Jej misiaczek nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
Tak…tylko „jej misiaczek” był
bezdzietny.
Jako bohaterka opowiadania powinna
jak ognia unikać powtórzeń i monotematyczności, ale nic nie mogła poradzić, że
w głowie ciągle przesuwały jej się dwa słowa: „wiedział” i „kłamał”.
- A…jak pani mnie znalazła? –
zapytała, odwracając się, choć miała głęboko odpowiedź. Chciała chociaż na
sekundę przestać myśleć o Heinrichu.
- Reklama w Internecie. – brzmiała
odpowiedź. – Tego bloga, co go pani prowadzi. Chciałam znaleźć Heinricha
Bauermanna, a tu nagle patrzę: Margareta Bauermann. Myślę sobie: „Może akurat
będę miała szczęście i to jakaś rodzina”. No i proszę, miałam.
„Kłamiesz”
– pomyślała pani Bauermann. – „Nie wiem, dlaczego, ale kłamiesz”.
Rzeczywiście
prowadziła bloga, na którym uczyła niemieckiego – zdobywała w ten sposób więcej
klientów. Zdarzało się bowiem, że komuś jej metoda podpasowała na tyle, iż był
zainteresowany prywatnymi lekcjami. W jednej z zakładek podawała swojego
„służbowego” maila i „nie służbowy” numer telefonu, więc wyjaśnienie Justyny
miało rację bytu. Jednak nasza bohaterka nie po to regularnie spędzała wieczory
w towarzystwie prywatnego detektywa, żeby nie nauczyć się paru sztuczek. Miała
wrażenie, że słyszy baryton Zębowskiego mówiący: „Kłamstwo jest zawsze
stresujące. Człowiek, który ściemnia, podświadomie myśli: >>Żeby tylko
nikt się nie połapał<<. I to zdenerwowanie widać. Zawsze. Dlatego uważnie
obserwuj ludzi, z którymi rozmawiasz, bo każde odwrócenie wzroku, nawet na
ułamek sekundy czy podrapanie się, może świadczyć o tym, że faszerują cię
kłamstwem, jak gęś na foie gras”.
Justyna
ewidentnie spojrzała w stronę swojej córki, zanim odpowiedziała. I to jedno
spojrzenie stanowiło dla pani Bauermann niepodważalny dowód, że jest wpuszczana
w maliny.
- Mówiła
pani, sze zawiadomiła Heinricha o tym, sze uroziła się ziewszynka. – uniosła
brwi. - Pokłócilizcie się wtedy, szy jak?
To pytanie
ewidentnie zbiło jej rozmówczynię z tropu.
- My? Nie,
dlaczego? Czułam się trochę dziwnie, kiedy z nim rozmawiałam, ale nie miałam
pretensji, jeśli o to pani chodzi. Byłam za tę sytuację tak samo
odpowiedzialna, jak on.
- I kiedy
rozmawializcie ostatni raz?
Justyna
rzuciła szybkie spojrzenie na sufit.
- Jak
mówiłam, napisałam mu list, że ma córkę. Nie dostałam odpowiedzi i
jakoś…rozeszło się po kościach.
Usta pani
Bauermann wykrzywił gorzki uśmiech.
-
„Rozeszło się po kozciach”. Barzo…ciekawy sposób na mówienie o ojcu własnej
córki.
- ON NIE
BYŁ MOIM OJCEM! – wrzasnęła Zuza.
Obie
kobiety aż podskoczyły. Oczy dziewczyny wychodziły z orbit.
- MÓJ TATA
CZEKA NA MNIE W DOMU! – krzyczała. – TAMTEN…FACET TYLKO WŁOŻYŁ KUTASA DO POCHWY
MOJEJ MATKI I NIC WIĘCEJ! ROZUMIEM, ŻE PANI BYŁA JEGO ŻONĄ I TAK DALEJ, ALE
PROSZĘ OTWORZYĆ OCZY! TO BYŁ ZWYKŁY SKURWIEL!
- Zuzia! –
Justyna spojrzała na córkę z przerażeniem.
Dziewczyna
jednak nie zamierzała się opanować. Wzięła głęboki oddech i ciągnęła:
- ILE
CZASU BY GO KOSZTOWAŁO, ŻEBY PRZEZ TE KILKANAŚCIE LAT CHOCIAŻ RAZ ZADZWONIĆ,
SPYTAĆ, JAK SIĘ CZUJĘ?! ILE?! DWIE MINUTY?! ALE NIE, NAWET WŁASNEJ ŻONIE O MNIE
NIE POWIEDZIAŁ! BYŁAM DLA NIEGO WSTYDLIWYM PROBLEMEM, JAK…JAK WRZÓD NA TYŁKU!
Tym razem
wzięła płytszy oddech. Jej głos był ochrypły i tak cichy, że trzeba było
wysilić słuch, żeby cokolwiek wyłapać.
- Nienawidzę
go. Mówi pani, że pamiętał o mnie, ale zachowywał się, jakby nie pamiętał, więc
na jedno wychodzi. Cieszę się, że nie żyje. Cieszę się, cieszę, cieszę!
Zalała się
łzami.
- Zuzia!!!
– Justyna zbladła jak ściana. Podeszła do córki i przytuliła ją z całej siły.
-
Przepraszam. – odezwała się do pani Bauermann. – Ona…ona nie chciała.
Była pedagogiem. Powinna pomagać
młodym ludziom i w normalnej sytuacji zrobiłaby wszystko, żeby jakoś tę
dziewczynę pocieszyć. Ale to nie była normalna sytuacja. Raczej najnienormalniejsza,
w jakiej kiedykolwiek się znalazła. Pani Bauermann miała wrażenie, że ktoś
usunął jej dosłownie wszystkie narządy wewnętrzne. Nie czuła kompletnie nic.
Kto j ą pocieszy?
***
- Ej, ej,
ej, gdzie ty lecisz?
Zębowski
mruknął z niezadowoleniem. Chciał przesunąć pionka o jedno pole dalej niż
wskazywał rzut kostkami, ale nic z tego. Westchnął i ustawił go, gdzie trzeba,
to jest – na Piccadilly. Trzy domki. Będzie bolało…
- Też się
tak do ciebie uśmiechnę, jak przyjdą rachunki. – obiecał, podając córce
odpowiednią ilość banknotów. – To dopiero będzie kabaret!
Wiktoria
uśmiechnęła się do niego słodko.
- Tatusiu,
przecież to tylko gra…następnym razem pójdzie ci lepiej, zobaczysz.
- Już mnie
pochowała. – mruknął, wpatrując się w eleganckiego staruszka wychylającego się
z „o” w słowie „Monopoly”. – Nie wachluj tak tymi rzęsami, bo kataru dostanę.
Zrób lepiej herbaty.
Zacisnęła
usta w cienką linię, jak zawsze, kiedy miała wątpliwości.
- Dobra. –
wstając, lekko się skrzywiła. Biodra ją bolały. W końcu ostatnią godzinę
spędziła, siedząc po turecku. – Tylko nie oszukuj!
Zębowski
poczekał, aż jej biało-czarne podkolanówki znikną za drzwiami i spojrzał na
swoje nędzne fundusze. Zostało mu piętnaście funtów w dwóch banknotach. Jeszcze
trochę i zostanie oskubany przez kogoś, komu jeszcze niedawno zmieniał
pieluchy.
Wiktoria
miała znacznie więcej pieniędzy. Nawet posegregowała je kolorystycznie. Już
wyciągał rękę ponad planszą…
Nie, stop.
Zatrzymał się wpół ruchu. Co on sobie myśli? Nie może okradać własnego dziecka,
nawet w grze planszowej.
„To był
maj, pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem…” – oświadczyła jego komórka.
- Co ty
nie powiesz. – mruknął i podniósł aparat z podłogi. Sam również na niej
półleżał, więc nie było to niczym dziwnym. Doskonale wiedział, kto dzwoni. Jego
Małgośka.
- No hej.
– powiedział z uśmiechem, nie czekając, aż ona się odezwie. – Własna córka
doprowadziła mnie na skraj bankructwa. Może wpadniesz pocieszyć nieszczęśnika?
W
odpowiedzi usłyszał jęk rozpaczy.
- Ej, ej,
ej, spokojnie! – dalej się uśmiechał. – Jutro ją zjem na zakąskę, a poza tym –
kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma w miłości, co?
To już nie
był jęk, tylko wycie.
-
Spokojnie, spokojnie. – uśmiech zniknął mu z twarzy. – Co się stało?
- Nie ma!
– wyszlochała. – Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma!
- Już,
już. – starał się ją uspokoić, chociaż ciśnienie wzrastało mu z minuty na
minutę. – Czego nie ma?
- Niszego!
Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma!
Uświadomił
sobie, co to może znaczyć i włosy stanęły mu dęba. Wstał.
- Okradli
cię? – zapytał. Zrobił kilka kroków w stronę drzwi.
- Okradły!
– przyświadczyła, znów jęcząc żałośnie. – Okradły, zabrały…nie ma! Nie ma nic,
nic! zi…ziękuję.
- Za co? –
spytał. Był do reszty skonfundowany.
- To nie
do ciebie. Siezę w Kneipe, piwo sobie zamówiłam. Następno. Jak
myszelisz, ile trzeba wypić, szeby umszeć?
- O wiele
więcej niż ty wypijesz. – odpowiedział szybko. Teraz już kompletnie nie
wiedział, o co chodzi. Miał pojęcie, że ludzie w szoku bywają nieobliczalni.
Ale miał problem z ogarnięciem rozumowo pani Bauermann, która świeżo po
odkryciu kradzieży idzie się upić. I co, na miłość boską, musiał zabrać
złodziej, żeby doprowadzić ją do takiego stanu?
Musi to
być coś, co ona uważa za droższe od własnego życia…
Znał ją na
tyle dobrze, żeby wiedzieć, że istnieją tylko dwie takie rzeczy. Po pierwsze
bardzo eleganckie wydania powieści (choć gdyby to Zębowski był narratorem,
powiedziałby raczej „powieścideł”) tego Brytola, którym tak się zachwyca.
Wielokrotnie opowiadała, że były pierwszą rzeczą, dzięki której zaczęła się
otrząsać z żałoby. Po drugie…
Spojrzał
na kalendarz wiszący w przedpokoju i stanął jak wryty. Dzisiaj jest dwudziesty
szósty listopada…Jak mógł o tym nie pomyśleć! Dzień ślubu i rocznica śmierci
jej męża. Nawet konia powaliłoby takie combo. Nic dziwnego, że pije i skarży
się, że wszystko jej odebrano.
Nie bardzo
wiedział, jak ma ją pocieszyć. Generalnie nie był w tym zbyt dobry, a sprawę
komplikował jeszcze fakt, że Heinricha i „poprzednie życie” pani Bauermann znał
wyłącznie z jej opowieści. Cholera, cholera, cholera jasna. Nie chciał
wygłaszać banałów w stylu: „Życie toczy się dalej”, bo to słyszała pewnie z
milion razy.
- Miałez
racja. – ciągnęła nieco sennym głosem osób, które wypiły za dużo. – Luzie są
obszydliwi i podli. Wszyscy.
Zębowski
rzeczywiście jej kiedyś coś takiego powiedział, choć miał raczej na myśli:
„Każdy człowiek zachowuje się jak odrażająca kreatura, jeśli opłaca mu się to
bardziej niż niebycie kreaturą”. Gdyby rozmawiali o tym przy winie, lub innym
równie sprzyjającym dyskusjom napoju, pewnie by jej wytknął, że przeinacza jego
słowa. Ale teraz nie było miejsca na takie rzeczy.
- Eee, tak
źle nie jest. A…a Heinrich?
Odpowiedział
mu tylko kolejny rozpaczliwy szloch. Zębowski miał ochotę walnąć głową o
ścianę. Brawo, stary, gratulował sobie w myślach. Powiedziałeś rozbitej
psychicznie wdowie, że jej mąż był jednym z nielicznych porządnych ludzi na
Ziemi. Szykuj sobie półeczkę na Nagrodę Darwina.
- Tylko
jedno własciwie miałam przez te trzy lata. – mówiła wypranym z emocji głosem. –
Swiadomosc, sze on mnie kochał i był posządnym szłowiekiem. Zabrali mi go, ale
przynajmniej wieziałam, sze do samego konca myslał o mnie tak samo, jak ja o
nim. I było okay, bo mogłam się pocieszać, sze niektóre kobiety i tego nie
mają. Ale nawet tego mi nie wolno.
Biorąc pod
uwagę swoje ostatnie popisy, Zębowski wolał tylko słuchać. Może w ten sposób
nie pogorszy sprawy.
- Był taki
sam, jak reszta. A nawet gorszy. Oszukał mnie. Jak swinia. I teraz nie wiem, co
myszelec. Jak kogoz kochasz, to mu takie szeszy nie robisz, więc dlaszego był
ze mną? Szemu się oszenił, skoro i bez tego dostawał ode mnie wszystko, szego
moszna chcieć od szony – aż tak mu zaleszało, szebym ja prała jego gacie? A
wiesz, co jest najgorsze? – ciągnęła, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. –
Najgorsze jest to, sze ja go dalej kocham. I nie umiem przestać. Jestem głupia?
Alleluja!
W końcu pytanie, na które znał odpowiedź.
- Nie, nie
jesteś. – zobaczył, jak Wiktoria wychodzi z kuchni z herbatą i przesunął się,
żeby mogła wejść z powrotem do salonu. - Czegoś się dowiedziałaś, prawda? O
Heinrichu?
Odpowiedzią
był jęk, który jednak można było chyba traktować jako odpowiedź twierdzącą.
- Chcesz
mi powiedzieć, czego?
- Nie
mogę. – powiedziała takim tonem, jakby musiała się zmuszać do wypowiedzenia
każdego słowa. – Jesli powiem to głozno, to chyba umrę…Umrę, rozumiesz? Serce
mi wybuchnie.
- Wow. –
podrapał się wolną ręką po nosie. – Aż tak źle jest?
- Duszo,
duszo goszej.
- A to w
stu procentach pewne? Wiesz, czasem, kiedy człowiek jest w coś silnie
emocjonalnie zaangażowany…
Chciał ją
pocieszyć. Dysponujemy narratorem wszechwiedzącym, więc możemy o tym Czytelnika
zapewnić. Jednak wiadomo, że dobre chęci sprawdzają się najlepiej w roli kostki
brukowej wiadomo, gdzie.
- Naprawdę
myslisz, sze coz takiego przeszłoby mi przez usta, gdybym nie miała
stuprocentowej pewnozci?! – krzyknęła. – Wiziałam to, co najbardziej lubisz,
szyli dowód i to nepo…niepowaszalny. Ona ma jego oszy.
Dopiero po
chwili uświadomił sobie co usłyszał.
- Orzesz
kurwa.
Na ogół
starał się panować nad językiem, kiedy rozmawiał z kobietami, ale w tej
sytuacji żadne słowa nie wydały mu się odpowiedniejsze.
- Zgazam
się w zupełnozci. – pociągnęła nosem. – Pomyslałam dokładnie to samo.
- Wiesz
co. – znowu lekko się uśmiechnął, mając nadzieję, że ten uśmiech w jakiś sposób
do niej dotrze. – Wsiadaj natychmiast w pekaes i przyjedź do mnie. Dam ci wina,
czekolady i sama zobaczysz, że wszystko zrobi się łatwiejsze.
Znowu
zaczęła szlochać.
- Ty…jestez…jestez…
Debilem,
dokończył w myślach. Jej się życie zawaliło, a ty proponujesz wino i czekoladę…
- …taki
kochany! – dokończyła. – Naprawdę, nie wiem, szym sobie zasłuszyłam na ciebie.
Zięki, ale chyba przyjadę dopiero jutro. Muszę jeszsze coz załatwić, nie wiem,
ile mi to zajmie. A potem prawdopodobnie pójdę na noc do Kryzki. Ale nie
wyszucaj tej schokolady. Mam już pomysł, co z nią zrobię.
- Wiedziałem, że akurat w tej
kwestii mogę liczyć na twoją kreatywność. – uśmiechnął się.
- Bo pomysłowa ze mnie ziewszyna.
Dobra, końszę. Idę wlezc do gniazda szmij.
- Brzmi poważnie. Dasz sobie radę?
Parsknęła śmiechem.
- Szartujesz? Ja Niemka jestem,
twarda jak Panzerwagen[2]!
Też się zaśmiał. Po części dlatego,
że ona to zrobiła. W końcu.
- O Jezu, sam zaczynam się ciebie
bać. Ale gdybyś kogoś zabiła, to najpierw zadzwoń do mnie, okay? Niczego
przedtem nie rób.
- Nie ozmieliłabym się. Dobra,
spadam. Jeszcze raz zięki.
- Czekaj chwilę. Jak jest
„powodzenia” po niemiecku?
- Viel Glück.
- O Jezu. – podrapał się po karku.
– Za trudne. Nie powiem tego na głos, ale w myślach mogę…Będzie się liczyło?
- Ledwo ledwo. Zaliszę ci to, ale
na słabą tróję. Popraw się na przyszłozc.
- Się robi, pani profesor. –
zasalutował wolną ręką. – Dobra, spadam, żeby własna córka mogła mnie żywcem
pożreć.
Pani Bauermann znowu się zaśmiała.
- Okropny pomysł. Surowe mięso jest
niezdrowe. Na razie.
- Cześć.
Schował komórkę do kieszeni. Chyba,
jakoś zdołał poprawić swojej rozmówczyni humor. I dobrze, bo na chwilę przed
wejściem do „gniazda szmij” człowiek powinien się uśmiechać. Choćby przez
sekundę.
***
Otworzył teść – i chwała niech
będzie Stwórcy, bo gdyby na dzień dobry stanęła oko w oko z „mamusią”,
zwiałaby, gdzie pieprz rośnie.
Stefan za bardzo się nie zmienił,
odkąd go ostatnio widziała. Ubyło mu tylko włosów.
- Recia? Co ty tu robisz?
Nic dziwnego, że jest zdziwiony – w
końcu tamtego dnia na sądowym korytarzu obiecała sobie, że nie będzie miała z
tymi ludźmi już nic wspólnego.
- Musimy porozmawiać. – powiedziała
sztywno, również po polsku. – Mogę?
Kiedy odwieszał jej kurtkę, poczuła
wyrzuty sumienia. Cholera jasna, zawsze był dla niej miły, to nie on wyzywał ją
od morderczyń…Skoro odzywała się do Ericha, do Stefana też mogła. Chociaż na urodziny
zadzwonić.
Weszli do salonu.
- Wynoś się stąd.
Westchnęła, patrząc na teściową.
Spodziewała się takiego przyjęcia.
- Dobry wieczór. – odpowiedziała,
też po niemiecku.
Karoline Bauermann aż wstała.
- „Dobry wieczór”? Śmiesz
przychodzić tu w rocznicę śmierci mojego syna i twierdzić, że ten wieczór jest
dobry?!
Stefan spojrzał błagalnie na żonę.
- Lini, nie przesadzaj…Reta chciała
się tylko przywitać.
- Niech się od razu pożegna. I
wynosi z mojego domu.
Młodsza pani Bauermann uśmiechnęła
się krzywo. Teraz była w stanie to zrobić. W Waręcinie czeka na nią Darek z
czekoladą i winem. Ta myśl dodawała jej sił.
- Jak najchętniej,
mamusiu…Właściwie wpadłam tylko, żeby ci pogratulować. Wam obojgu. Byliście
niewiele starsi ode mnie, prawda?
Karoline zmrużyła oczy.
- Co ty wygadujesz?
- W tym wieku już być dziadkami,
no, no…nie lada osiągnięcie. Że też nigdy się tym nie pochwaliliście…A może coś
źle zapamiętałam?
Bum. Granat rzucony. Oboje
natychmiast zrozumieli, o co chodzi, mieli to wypisane na twarzach. Mamusia
starała się jeszcze trzymać fason, więc wytoczyła ciężkie działo.
- Jesteś pijana! Co, geny się
odezwały? Wiedziałam, że tak będzie!
Jeszcze wczoraj takie aluzje na
pewno zamknęłyby jej usta. Ale nie dziś. Skoro Heinrich był draniem, to i ona
nie musi mieć skrupułów.
- A owszem, jestem pijana, ale
nawet nie w połowie tak bardzo, jak bym chciała, mamusiu. Takie spóźnione
pępkowe. Poza tym byłam dzisiaj u Heiniego i muszę wam powiedzieć, że byłby
zadowolony. Dostał lampkę od rodziców, żony, nieślubnej córki, jej
matki…Rodzinka w komplecie. Tylko od brata brakuje, ale Eri na dniach
przyjedzie, mam rację?
Karoline wybuchła płaczem.
- Ja już nie mogę… - jęknęła,
ukrywając twarz w dłoniach. – Zabiłaś mojego synka, a teraz przychodzisz tu i
opowiadasz jakieś bzdury…
Kolejna rzecz, która w normalnym
trybie spowodowałaby u niej napad histerii. Teraz miała ochotę spojrzeć na
zegarek, żeby sprawdzić, ile czasu upłynęło między „Dobry wieczór” a
oskarżeniem o mężobójstwo. Miała przeczucie, że teściowa ustanowiła nowy rekord.
- Bzdury, tak? – nie zdejmowała z
twarzy suchego uśmieszku. – Mnie się jakoś nie wydaje, żeby nieślubna córka
mojego męża była bzdurą…Ale jestem tylko córką robola, mogę mieć trochę inną
skalę, niż mamusia.
Córka robola i pijaczki. Teściowa nazwała
ją tak zaraz po zaręczynach, w rozmowie ze swoją przyjaciółką. Nawet nie
zamknęła drzwi ani nie starała się szeptać.
Reta strasznie wtedy płakała. Miała
ochotę zwrócić Heinrichowi pierścionek, ale kiedy spojrzała w te niebieskie
oczy, uświadomiła sobie, że nie może już bez nich żyć. Powinna wtedy być
twardsza. Miałaby teraz święty spokój.
Stefan westchnął. Miała wrażenie,
jakby postarzał się o dziesięć lat. Nawet jego wąsy oklapły.
- To wszystko jest bardziej
skomplikowane, niż myślisz. – wstał. – Chodź ze mną, wszystko ci wytłumaczę.
***
Weszli do jego gabinetu. Usiadła
sztywno na krześle. Przypominała raczej manekina ze sklepowej wystawy niż
żywego człowieka.
Westchnął w duchu, kiedy
przypomniał sobie, że jeszcze nie tak dawno ciężko było ją spotkać bez uśmiechu
na twarzy. Ale tamtej Rety już nie było. Podobnie jak dawnego Ericha. I
Karoline.
Mogłoby się wydawać, że trzy lata
temu w wypadku zginęła jedna osoba. Jednak tak naprawdę ofiar było znacznie
więcej.
- Chcesz whisky? – zapytał.
- Nie, ziękuję. – odparła
mechanicznie. – Wolę nie prowokować moich genów.
Usiadł za biurkiem.
- Nie bądź zbyt surowa dla mamy. –
poprosił. – Nawet sobie nie wyobrażasz, co to znaczy stracić dziecko…
- Jesli tylko tyle masz do
powiezenia, już pójdę.
Wierzyć mu
się nie chciało, że słyszy takie słowa z ust nauczycielki i osoby, która kiedyś
była wolontariuszką w domu spokojnej starości. W stosunku do Karoline
zachowywała się jak pozbawione empatii monstrum. Zupełnie, jakby Heinrich był
tylko mężem i żona miała wyłączne prawo po nim rozpaczać.
-
Zaczekaj. W wieku nastu lat Heini…wiem, że o zmarłych albo dobrze, albo wcale,
zwłaszcza w rocznicę śmierci, ale muszę to powiedzieć, żebyś naprawdę
zrozumiała. Był wtedy idiotą.
Twarz Rety
nie wyrażała kompletnie niczego.
- Hormony
mu buzowały, a poza tym sama wiesz, że trochę go z mamą rozpuściliśmy. Kradł mi
samochód, chodził na imprezy, wyobrażał sobie, że jest nie wiadomo kim…a
dziewczyny zmieniał, jak rękawiczki.
Odchrząknęła.
- Jesli
chcesz mi powiezieć, sze to pierwsza z wielu takich sytuacji, to chyba zmienię
nazwisko.
Stefan
lekko się uśmiechnął. A przynajmniej spróbował.
- Nie, tak
źle nie jest. To był incydent, zapewniam cię.
-
Incydent! – prychnęła.
-
Spodziewałem się, że prędzej czy później do czegoś takiego dojdzie. Mogłem temu
zapobiec, przyznaję. Kiedy sprawa wypłynęła, Heinrich stał się znowu
dzieciakiem, który piłką rozbił szybę i teraz chce, żeby tatuś ugłaskał
sąsiada. Mama prawie dostała wtedy zawału. Mówiła, że to rozwali mu życie, że
jednym głupim błędem zniszczył sobie przyszłość…Nie zapominaj, był wtedy
jeszcze przed maturą. Co miałem zrobić? Dogadaliśmy się z rodzicami tej
dziewczyny, bez sądu, żeby dodatkowego cyrku nie urządzać i przesyłałem jej raz
na miesiąc coś w rodzaju alimentów.
- A szy
ona…kontaktowała się z Heinrichem? – zapytała Reta tonem człowieka, który
doskonale zna odpowiedź.
- Tak. –
Stefan kiwnął głową. – Sporadycznie, ale się odzywała. Przysłała mu nawet
zdjęcie jego…jego córki.
Reta przełknęła ślinę.
- I…i co z nim zrobił?
To pytanie zaskoczyło Stefana.
- A co miał robić? Patrzył na nie
czasem…Chyba do końca do niego nie dotarło, że to jego dziecko. Chociaż potem,
kiedy usłyszał, jak mówi „tato” do innego faceta…
Urwał. Jego ulubiona synowa
sprawiała wrażenie, jakby miała zemdleć.
- Co? – wyjąkała po niemiecku.
Chyba z wrażenia. – Heinrich ją…widział? Na żywo? Nie tak na zdjęciu?
Na szczęście lata małżeństwa z
Niemką sprawiły, że Stefan potrafił komunikować się biegle w dwóch językach i
swobodnie przechodzić z jednego na drugi.
- Ja.
- powiedział więc. – Nur einmal, aber wir beide haben sie gesehen. Diese
Frau hat uns nicht gesehen, aber Heinrich hat ihr später von unserem „Besuch”
erzählt. Reta, fühlst du dich gut?[3]
Jego rozmówczyni zrobiła się prawie
sina na twarzy. Stefan natychmiast rzucił się, żeby otworzyć okno. Z gardła
Rety wydobył się trudny do opisania dźwięk – coś pomiędzy płaczem, krzykiem, a
histerycznym śmiechem.
- Sie lügen! – krzyknęła
strasznym głosem. – Alle lügen![4]
Stefan zrobił jedyną rzecz, która
wydała mu się adekwatna w tej sytuacji: objął byłą synową jak ojciec córkę.
Zarzuciła mu ręce na szyję i zaczęła szlochać w koszulę.
- Ćśś… - szeptał po niemiecku. – On
cię kochał. Bardzo, bardzo, bardzo mocno. To nie jest kłamstwo i to jedyna
rzecz, o której musisz pamiętać. Reszta nie ma znaczenia.
Spojrzała na niego.
- J…jak to nie ma znaczenia? –
wyjąkała. – Przecież on…całe życie…cały czas…ja…!
- Doskonale wiem, jak to musi
wyglądać z twojej perspektywy. – zapewnił. – Ale…
- Naprawdę? Nie wydaje mi się. –
jej usta wykrzywiał gorzki grymas. – Poza tym, skoro teraz jesteś taki pełen
współczucia, to dlaczego milczałeś przez tyle lat? Nie jesteś wcale lepszy od
Heinricha.
Stefan zmarszczył brwi.
- Tylko że on był twoim m ę ż e m.
– zauważył. – A ja jego ojcem. Co miałem zrobić, podczas rodzinnego obiadku
wziąć cię na stronę i powiedzieć: „Słuchaj, Reta, twój mąż ma dziecko z inną”?
powiedz sama: uwierzyłabyś mi?
Westchnęła.
- Stefan, ja nie wierzę nawet tej
kobiecie…Chociaż zobaczyłam najbardziej niezbity dowód, jaki może być.
- Sama widzisz. – mężczyzna kiwnął
głową. – To był twój mąż. Sam powinien był ci o tym powiedzieć.
- Tylko jakoś się nie złożyło. –
prychnęła. – Ale ta cała…mamuśka też nie lepsza. Twierdziła, że nie mieli
kontaktu, odkąd ta mała się urodziła. A tu proszę…Może w ogóle mi powiesz, że
za każdym razem, kiedy miał nadgodziny, chodzili razem na spacerki, co?
Pokręcił głową.
- Nie, to był ten jeden raz.
Zadzwoniła wtedy do mnie i powiedziała, że nie chce już ode mnie żadnych
pieniędzy. Wypytywałem, dlaczego, ale zaczęła się jakoś dziwnie plątać. W końcu
przyznała, że niedawno wyszła za mąż. – odchrząknął. – I mieszka teraz w
Poznaniu. Powiedziałem o tym Heinowi. Uznałem, że powinien wiedzieć. Dwie
godziny siedział u siebie w pokoju, a kiedy wyszedł, oznajmił: „Ustaliliśmy z
Justką, że lepiej będzie, jeśli…dam tej małej spokój. Ten jej mąż to chyba
porządny facet…Będzie lepszym ojcem ode mnie”.
Reta przekrzywiła głowę.
- Ale jednak ją widzieliście.
- Tak. Tamtego lata Heinrich
zasugerował, żebyśmy pojechali do Poznania na wakacje. Wiedziałem, że chodzi mu
o Justynę, ale zaprzeczał, kiedy to sugerowałem. W każdym razie trzeciego dnia
minął nas na ulicy facet idący z czarnowłosą dziewczynką za rękę. Heinrich
stanął jak wryty. Wiedział, że to jego córka. Może jakiś instynkt, czy coś…Zresztą
wiek małej na oko się zgadzał. A potem usłyszeliśmy, jak mówi do tego gościa:
„Tato”.
Potarł oko.
- Heinrich rozmawiał chyba tego
wieczoru z tą dziewczyną ostatni raz. Przy kolacji powiedział: „Tak będzie
lepiej”. A niedługo później spotkał ciebie i zakochał się po uszy.
Pierwszy raz, odkąd ją dzisiaj
zobaczył, w oczach Rety zabłysło ciepło, jakby wspominała tamte dni.
- Kiedy zobaczyłem, że to poważna
sprawa, próbowałem go namówić, żeby ci wszystko powiedział, ale zawsze mówił:
„Później, teraz nie jest odpowiedni moment”. Byliście razem rok, drugi, trzeci,
wzięliście ślub…i ten „odpowiedni moment” nie nadszedł nigdy.
Reta pociągnęła nosem.
- On cię kochał, Gretel. – zapewnił
Stefan. Miał nadzieję, że jego głos zabrzmiał pocieszająco, choć sam czuł się
dzisiaj okropnie. W końcu przez dwadzieścia lat traktował Heinricha jak
własnego syna. – Bardzo. Bał się, że go odrzucisz, jak to wszystko wyjdzie.
Usta kobiety wykrzywił gorzki
uśmiech.
***
Kryśka była świetna. Na co dzień
wręcz tryskała energią i potrafiła mówić niemal bez przerwy. Zawsze wiedziała
jednak, kiedy należy powściągnąć gadulstwo. Zwyczajnie kogoś przytulić.
Tak było w tym przypadku. Gdy pani
Bauermann stanęła w progu jej mieszkania, od razu poczuła wokół siebie ramiona
przyjaciółki. Wciągnęła znajomy kwiatowy zapach. Ten sam czuła szesnaście lat
temu, kiedy się poznały.
Westchnęła cicho. Zawsze była tu
traktowana jak domowniczka, a mimo tego odwiedzała przyjaciółkę najrzadziej,
jak się tylko dało i ciągle mówiła, że jest zajęta, kiedy Kryśka chciała złożyć
j e j wizytę. Ale tak było lepiej. Dla
wszystkich.
Dostała herbatę owocową,
kanapki…Nic wielkiego, ale pani Bauermann zajadała się, jakby to był
najsmaczniejszy posiłek na świecie. Nie jadła od rana.
Kryśka kilka razy próbowała o coś
pytać, ale bez efektu. Nasza główna bohaterka nie była w stanie jej
odpowiedzieć. Przyjaciółka była świadkową na jej ślubie. I zawsze powtarzała,
jak świetnie do siebie z Heinrichem pasują. Co by zrobiła, gdyby wiedziała?
Oprócz tego pani Bauermann dalej
bała się, że jeśli powie głośno: „Mój mąż ma dziecko z inną”, nastąpi
katastrofa. Jak w tej grze, gdzie gracze wyciągają pojedyncze klocki z
drewnianej wieży. Wszystko idzie dobrze, a potem jeden nieostrożny ruch i bam!
Cała konstrukcja rozsypuje się w drobny mak. Teraz było podobnie. Jeśli powie t
o na głos, zostanie naruszona podstawowa zasada wszechświata i już nie
będzie…niczego. Tak jak mówiła Darkowi przez telefon.
Siedziała w pokoju, patrząc bezmyślnie
przez okno. Przewiercała wzrokiem nieprzeniknioną czerń, jakby to był
najciekawszy obraz na świecie.
Wyciągnęła rękę, jakby chciała
sięgnąć po leżący na komodzie telefon i cofnęła rękę. Musi to zrobić. Nie, nie
może.
- Werd erwachsen, du narriches
Weib. – mruknęła z irytacją i wybrała numer.
- Halo?
- A jednak się z nim pani
kontaktowała.
To nie był czas na uprzejmości.
Justyna westchnęła. Nie pytała o
nic.
- Tak.
- I ustalilizcie – pani Bauermann
wypowiedziała to słowo bardzo wyraźnie. – Sze lepiej bęzie, jesli Heinrich nie
bęzie uszestniszył w szyciu Zuzi.
- Tak… - powtórzyła Justyna z
wyraźnym zażenowaniem. – Mówiła już „tata” do mojego męża, nie wiedziałem, jak
wpasować w to wszystko Heina. Co, miałam jej powiedzieć, że to drugi tatuś?
Wujek? Uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli zapewnię jej normalne dzieciństwo,
bez tego genetycznego bałaganu. Chcieliśmy, żeby sama zdecydowała, czy chce go
poznać, jak będzie starsza.
- Tylko zapomniała jej pani
powiezieć, sze ma ten wybór. – dokończyła pani Bauermann gładko.
Zapadła cisza.
- Chciałam to zrobić, ale wie pani,
ciągle odkładałam. Nasze życie było takie…zwyczajne. Poukładane. Nie chciałam
tego niszczyć.
- Wolała pani doprowadzić do
sytuacji, w której Zuza nienawidzi Heinricha, bo jest przekonana, że ją
odrzucił? – zapytała cicho pani Bauermann.
Nadal miała w uszach słowa: „Cieszę
się, że nie żyje. Cieszę, cieszę, cieszę!”.
Mówić tak o jej mężu, jeszcze w
rocznicę śmierci…Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, w innych okolicznościach, nie
pożyłby zbyt długo.
Justyna westchnęła.
- Teraz wiem, że to był bardzo zły
pomysł, ale naprawdę chciałam dobrze. Ja…ja…
Pani Bauermann znała ten ton, więc
szybko weszła rozmówczyni w słowo. Naprawdę nie była dziś w stanie wytrzymać
cudzych łez.
- Proszę jej powiezieć, jak było. –
doradziła. – To mądra ziewszyna…jezli choć odrobinę wdała się w Heinricha, to
nie ma innej opcji. Zrozumie.
- Myśli pani?
- Tak. – starała się mówić do bólu
neutralnym tonem. – Jestem nauszycielka, wiem, o szym mówię.
Ostatnie słowa nie były właściwie
skierowane do Justyny. Pani Bauermann musiała raczej przypomnieć sama sobie, że
w jakiejś dziedzinie jest profesjonalistką. Że Zuza to normalna nastolatka, a
nie tylko córka…
- Dobrze. – głos Kowalewskiej
brzmiał o wiele pewniej. – Dziękuję, porozmawiam z nią. A jak…jak się pani
czuje?
- Doskonale. – ucięła pani
Bauermann.
Żadna z nich nie czuła się
komfortowo podczas tej rozmowy, więc szybko ją zakończyły.
Wdowa miała wrażenie, jakby ktoś
trzymał jej głowę w kleszczach. Pomyślała, że musi zrobić coś, cokolwiek, żeby
zagłuszyć niechciane myśli. Nie może siedzieć sama, bo oszaleje.
***
- „Ajajaj! – rzekł Puchatek. – Nie
wiedziałem, że to już tak późno! Więc przycupnął i zdjął pokrywkę z baryłki…”.
- Ciocia!
Urwałam i odłożyłam książkę. Reta
rzeczywiście stała w drzwiach. Miała zaczerwienione oczy i nos, ale jej usta
wykrzywiał lekki uśmiech.
Mundzio zerwał się z kanapy.
Uwielbiał swoją chrzestną. Kiedy zaczął do niej biec, przyklękła, żeby nad nim
nie górować.
- Pocytas mi? – poprosił. – Tak
śmiesnie to lobisz!
Już miałam go upomnieć. Reta bardzo
nie lubiła, kiedy ktoś wyśmiewał jej akcent. Była z niego dumna i dbała, żeby
mimo upływu lat nadal był wyraźny.
- Jasne, kochanie. – zapewniła. –
Ale za chwileszkę, dopsze? Teraz muszę porozmawiać z mamusią.
Mundzio zmarszczył czoło. Widocznie
zauważył ślady łez na jej policzkach. Dotknął ich palcami.
- Cemu jestes smutna? – zapytał z
wyraźnym zaniepokojeniem.
Przełknęła głośno ślinę, ale nie
przestała się uśmiechać.
- To nic, kochanie. Mam po prostu
trudny zień, ale za…zaraz mi przejzie.
Czułam, że nie zdoła wypowiedzieć
już ani jednego zdania udając, że wszystko jest w porządku.
- Edziu. – powiedziałam więc
szybko. – Idź pobawić się chwileczkę do siebie, dobrze? Za minutkę z ciocią do
ciebie przyjdziemy.
Wyglądał na nieprzekonanego, ale
wyszedł z pokoju.
Zostałyśmy same. Szybko odłożyłam
„Kubusia Puchatka” na komodę.
Spodziewałam się wybuchu płaczu,
ale nic takiego nie nastąpiło. Reta usiadła koło mnie w tym samym miejscu,
które przed chwilą zajmował Mundzio i powiedziała jedno zdanie.
Początkowo nie mogłam jej uwierzyć,
ale zanim zdążyłam się upewnić, czy dobrze słyszę, padły kolejne. I kolejne.
Miałam milion pytań, jednak kiedy skończyła, wydusiłam tylko:
- Jesteś…jesteś pewna?
Reta nie odpowiedziała. Sięgnęła
tylko po coś do torebki. Podała mi to. Zdjęcie.
Widać na nim było ubrane w kremowe
śpioszki niemowlę z mnóstwem czarnych włosków na głowie.
- Dostałam od Stefana. –
powiedziała głosem bez wyrazu.
Miałam wrażenie, że za chwilę
eksploduje mi mózg. Jeśli tak, to co powiedzieć o Recie?
Czułam, że powinnam jakoś ją
pocieszyć, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
- Szuję się, jak idiotka. –
ciągnęła. – Ostatnia, slepa, głucha idiotka. Jak ja mogłam szyć z nim tyle lat
i nic…nic nie wizieć?
Wyjęła z torebki sfatygowaną
chusteczkę i otarła oczy.
Pogłaskałam ją po dłoni.
- Kochałaś go, to wszystko. Wtedy
człowiek bywa kompletnie ślepy. A poza tym…jeśli był przekonany, że jego córka
wychowuje się w normalnej, pełnej rodzinie, a taki obraz wynika z tego, co
mówisz, to chyba nie miał powodu…
Weszła mi w słowo.
- Ciebie tam nie było. Wtedy, pod
koniec, kiedy, kiedy…zaszęlizmy się kłócić o ziecko, on…
Wzięła głęboki wdech i zaczęła
mówić dużo szybciej. Jakby z butelki szampana wystrzelił korek.
- Szułam, sze coz ukrywa, sze
szegoz mi nie mówi…Musiały się w nim odezwać wyszuty sumienia, sze tamtą
ziewszynkę zostawił. Ja…verdammte Scheiβe, gdybym pozwoliła mu mówić…Gdybym nie była taką
cholerną egoistką!!!
Jej ciałem zaczął wstrząsać spazmatyczny szloch. Przytuliłam ją z
całej siły.
- Ćśś…ćśś…to nie twoja wina. Nie wiedziałaś. Heini na pewno nie
miałby do ciebie pretensji. On cię kochał. Kochał. Kochał…
Powtarzałam to słowo, jak kołysankę. Jako matka pięcioletniego
dziecka mam sporo praktyki w używaniu uspokajającego tonu głosu.
W końcu plecy Rety przestały dygotać. Wyprostowała się.
- Jeszsze przed chwilą byłam na niego wzcekła, sze mnie oszukał,
ale teraz…teraz wizę, sze nie jestem wcale lepsza. Ja go zawiodłam. Zawiodłam!
- Nie. – zapewniłam. Wiedziałam, że odkąd Heinrich umarł, Reta
miała skłonność do wynoszenia go pod niebiosa i brania na siebie winy za
wszystko, co czyniło ich związek nieidealnym. Nie mogłam pozwolić, żeby tak się
katowała. Hein był naprawdę przemiłym facetem, ale do świętości brakowało mu
sporo. – Nie zawiodłaś. Był z tobą szczęśliwy. Szczęśliwy. Naprawdę…
Reta odsunęła się ode mnie. Jej oczy nadal były pełne smutku. Nie
wyglądała na specjalnie przekonaną.
- My…
- Czekaj! – powiedziałam, schylając się. – Tu coś jest napisane!
Kiedy się przytulałyśmy, zdjęcie córki Heinricha spadło na
podłogę, tylną stroną do góry. Znajome, zawijasowate pismo…
Reta wstrzymała oddech. Podniosła fotografię. Jej oczy przesuwały
się od lewej do prawej z szybkością światła.
Nie od razu pokazała mi, co jest tam napisane, ale na ustach miała
uśmiech. Po raz pierwszy, odkąd widziałam ją tego wieczoru, sprawiała wrażenie
szczęśliwej.
***
19 sierpnia 2009
Patrzył na zdjęcie intensywnie. To jego córka. Mimo upływu lat
nadal nie potrafił o tym myśleć bez ucisku w żołądku. On zawsze widział ją jako
noworodka, ewentualnie tę małą dziewczynkę w bluzce z myszką Minnie, którą
zobaczył na ulicy. Teraz chyba chodziła już do szkoły. Ciekawe, jak jej szło?
Może spróbuje jakoś odszukać Justynę i poprosi o aktualniejsze
zdjęcie? Ma chyba prawo wiedzieć, jak wygląda owoc jego własnych lędźwi.
Zaskoczyły go własne myśli. Już dawno pogodził się z tym, że Zuzię
wychowuje inny facet. Mimo tego czuł dziwny żal, patrząc na fotografię.
- Tak jest lepiej. – powiedział na głos. – Tak jest lepiej.
- Co robisz?
Nieomal dostał zawału. Na szczęście to był Stefan, ale Heinrich i
tak poczuł wstyd. Jakby został przyłapany nago.
- Ach, rozumiem.
Heinrich milczał.
- Wiesz, że musisz jej powiedzieć, prawda?
Wciąż cisza.
- Chcesz się z nią ożenić?
Aż się zjeżył.
- Oczywiście, że tak.
- To musisz jej powiedzieć. Reta zasługuje…
- To sprawy między mną, a nią. – wycedził.
Stefan pogładził się po wąsach.
- Jasne, ja mogę tylko życzliwie doradzić. I radzę: załatw to
szybko. Inaczej będziesz żałował.
Gdy Heinrich został sam, westchnął ciężko. Myślał o jasnych
włosach i niebieskich oczach. Jeszcze trochę i będzie je widywał codziennie po
przebudzeniu.
Westchnął. Kogo chciał oszukać? Grettie faktycznie zasługiwała na
szczerość. Ale to byłby koniec ich związku. Była w stanie zrozumieć wszystko.
Porzucenie dziecka – nigdy. A jak inaczej można było to nazwać? Zrobił to samo,
co jego ojczulek, niejaki Pan NN. Pomyśleć, że zawsze obiecywał sobie, iż
będzie lepszy. Śmiechu warte.
Odwrócił zdjęcie, chwycił długopis i zaczął pisać.
Słoneczko,
To moja córka. Nie wychowuję jej, bo tak jest lepiej. Wybacz, że nie mówię tego osobiście, ale jestem cholernym tchórzem. Zasługujesz na kogoś lepszego, ale nie mogę znieść nawet myśli o tym, że jesteś z kimś innym. Potrzebuję cię, jak powietrza. Mężem będę dużo lepszym niż ojcem. Nie jest to zbyt wygórowana obietnica. Spełnię ją jednak z nawiązką, zobaczysz. Daj mi tylko szansę.
Przepraszam,
Heini
Idiotyzm. Gdyby pisał to na zwykłej kartce papieru, podarłby ją na
kawałki. Nie dość, że te dyrdymały są kompletnie żałosne i błagalne w tonie, to
jeszcze jak napisane! „jest”, „jestem”, jesteś” …Cholera jasna.
- Powiedz jej to normalnie, gębą. – nakazał sobie. – Zachowuj się,
jak prawdziwy mężczyzna!
W tej samej chwili zadzwonił telefon. Heinrich zerknął na
wyświetlacz. Grettie…
- Kochanie, muszę ci coś powiedzieć.
Pot wystąpił mu na czoło. Teraz albo nigdy!
- Ja też. To ważne.
- Yyy…dobra, ty pierwsza. W końcu panie przodem! – zaśmiał się
nerwowo.
Tchórz, tchórz, tchórz!
- Wiesz. – jej głos był smutny. – Tak sobie myślę, że po twojej
stronie będzie tyle rodziny, a u mnie dwie osoby na krzyż…
- Gdzie? – zapytał głupio.
Roześmiała się.
- Na naszym ślubie, głuptasku…Zapomniałeś?
- Tak…to znaczy nie, nie zapomniałem. Na naszym ślubie, tak. I co
z nim?
- Heini, wszystko okay?
- Jasne, jasne. – szybko odłożył zdjęcie córki, jakby go parzyło.
– Niby co miałoby być nie w porządku? Tylko wiesz, jestem trochę zdenerwowany.
To będzie w końcu mój pierwszy ślub…
Brzmiało chyba wiarygodnie. Tchórz stulecia!
- Ja za to miałam już dziesięciu mężów. – oznajmiła z powagą. – I
wiem, że można to przeżyć, jeśli uprzedzi się księdza, żeby nie czekał na
młodych z siekierą. Myślisz, że znajdziesz w przyszłym tygodniu czas? Wpadniemy
na plebanię i to załatwimy.
Parsknął śmiechem. Właśnie między innymi dlatego nie mógł sobie
wyobrazić, że miałaby zniknąć z jego życia. Kilka minut rozmowy z nią i
wszystko było w porządku.
- Jasne. Chyba faktycznie powinniśmy to zaznaczyć.
- I co, lepiej?
- Z czym?
- Z twoim humorem.
Cholera. Chyba jednak nie brzmiał do końca wiarygodnie.
- Tak, tak. – powiedział szybko. - Lepiej, znacznie lepiej.
- O co naprawdę chodziło?
Heinrich przełknął ślinę. Teraz albo nigdy.
- Powiedz mi, słoneczko… - bezwiednie użył określenia, które przed
chwilą napisał. Ogarnął go lęk, jakby narzeczona mogła się w ten sposób
domyślić całej reszty. – Powiedz mi taką rzecz, em…ufasz mi?
- Oczywiście! – w jej głosie brzmiało tyle czułości, że poczuł
się, jak skurwiel tysiąclecia. – Jak nikomu innemu…I o tym właśnie chciałam ci
powiedzieć. Jest mi trochę przykro, że z mojej rodziny będzie tak mało osób i…i
babcia nie uszyje mi sukni… - głos jej zadrżał. – Ale tak, jak teraz sobie
myślę, to to chyba nie ma zbyt wielkiego znaczenia, jak uważasz?
- Pewnie, że nie ma. – zapewnił miękko. – To tylko szczegóły, nikt
nie zwróci uwagi…A jak zwróci i coś mu nie podpasuje, to niech się pierdoli.
Usłyszał jej śmiech. Mógłby go sobie zapętlić i słuchać do końca
świata.
- Mówiłam, żebyś nie przeklinał. – nagana w głosie narzeczonej nie
brzmiała zbyt ostro. – Ale masz rację, szczegóły…Babcia pewnie będzie tańczyć
razem z nami, tylko piętro wyżej. Najważniejsze, że po tym wszystkim MY
będziemy rodziną. Prawdziwą rodziną, Heini.
Przełknął ślinę. Córka to też rodzina…dość bliska.
- Chcę, żebyś wiedział – ciągnęła Grettie. – Że to dla mnie
naprawdę ważne. Byłam z paroma facetami, ale nigdy nie czułam, że mogłabym z
nimi stworzyć coś takiego. Ty…z tobą jest inaczej.
Po takim wyznaniu powinien czuć falę ciepła na całym ciele. Skąd
więc kula lodu w żołądku?
„No i jak ja mam jej teraz powiedzieć, że mam dziecko?” – pytał
samego siebie. – „No jak?”.
Grettie parsknęła śmiechem, zdecydowanie nie ułatwiając sprawy.
- Oj! Przepraszam, kochanie…Chciałeś mi coś powiedzieć, a ja mielę
językiem. Pytałeś, czy ci ufam, więc odpowiadam: tak. Bezgranicznie. Co w
związku z tym?
- Eee…yyy…nic, naszło mnie jakoś. Zaufanie to podstawa udanego
małżeństwa, nieprawdaż?
- Małżeństwa… - powtórzyła Grettie z zachwytem. Zdawała się
smakować to słowo.
Rozmawiali jeszcze dłuższą chwilę. Po wszystkim Heinrich spojrzał
znowu na zdjęcie córki.
- Sama słyszałaś. – zwrócił się do niej. – Nie mogłem jej tego t e
r a z powiedzieć. Ale zrobię to, jak
tylko nadejdzie odpowiedni moment. Obiecuję, mała.
Tak…bez odpowiedniego momentu ani rusz w takich sytuacjach.
Nie wiem czy to kwestia błędów przeformatowania po wklejeniu tekstu z edytora do bloggera, ale od razu wpada w oko brak spacji po niektórych znakach pisarskich; w szczególności zawsze brakuje spacji po trzykropku...
OdpowiedzUsuń"Dobrze trafiłam. Przepraszam[,przecinek] że tak bezpośrednio, ale...[ ]czy nie zna pani przypadkiem Heinricha Bauermanna? Taki przystojny, czarnowłosy…[ ]znaczy taki był"
Dobrze by się było przyjrzeć czy w oryginalnej wersji tekstu jest to poprawne, czy trzeba zmieniać.
Nagle w trakcie opowieści zmienia się nie tylko bohater ale i rodzaj narracji - pojawia się bohater mówiący o sobie. Tworzy to złe wrażenie, bo powstaje złudzenie, że mamy cały czas jednego narratora, to jest - opowieść o pewnej tłumaczce, która siedzi dłużej w łóżku i ma telefon, to narracja wszechwiedząca tego faceta, który jej wtedy nie znał i nie widział. To tylko wywołuje zamieszanie w głowie czytelnika, nie służy opowieści.