3. Odpowiedni moment

Wszystko zaczęło się pewnej listopadowej niedzieli. Jako że w tym dniu nie udzielała korepetycji, a wszystkie tłumaczenia zdołała dokończyć wcześniej, miała dziś wolne.
Pani Bauermann obudziła się o dziesiątej, świadomie odwlekała jednak moment wstania przez pół godziny. Chciała po prostu nacieszyć się tym, że może to zrobić o której jej się podoba.
W końcu uznała, że dosyć tego dobrego, umyła się, ubrała i zjadła śniadanie. Przy okazji zerkając na kalendarz zauważyła, że najokropniejszy dzień w roku – dwudziesty szósty listopada – zbliża się wielkimi krokami. Westchnęła ciężko.

Kiedy zmywała naczynia, zadzwonił telefon. Odebrała.
- Margareta Bauermann.

- Bauermann? - powtórzył trochę niewyraźny kobiecy głos po drugiej stronie. - Dobrze trafiłam. Przepraszam, że tak bezpośrednio, ale...czy nie zna pani przypadkiem Heinricha Bauermanna? Taki przystojny, czarnowłosy…znaczy taki był, kiedy go znałam, bo dosyć długo się nie kontaktowaliśmy. Po trzydziestce tak teraz powinien być.
Na dźwięk tego rysopisu przeszedł ją dreszcz.

- Ta...tak, znam... - powiedziała jakimś dziwnym głosem. - Barzo dobrze...
- To świetnie. - ucieszyła się kobieta po drugiej stronie. - A czy mogłaby mi pani podać jego numer telefonu? Miałam, ale chyba go zmienił, a muszę...

- Nie. – weszła jej w słowo. - Przykro mi, ale to niemoszliwe.
- Cholera. - była wyraźnie niezadowolona. - W każdym razie, gdyby miała pani okazję z nim porozmawiać, proszę mu przekazać, żeby odezwał się do Justyny.

- Justyny? - powtórzyła pani Bauermann półprzytomnie. - Jakiej Justyny?
- O, niech mi pani wierzy, samo imię będzie mu wystarczać. - zapewniła. - Jeżeli nie, to znaczy, że jest kompletnym dupkiem. Do widzenia.               

- Do wizenia. - wyjąkała, drżącą ręką odłożyła telefon i zakryła twarz.

 

 

Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego ta rozmowa tak wyprowadziła ją z równowagi. Przecież to nic nadzwyczajnego, że jakaś dawna znajoma, nieorientująca się w sytuacji, chciała – może po latach – porozmawiać z Heinrichem i zapytać, co u niego słychać. Takie rzeczy się zdarzają.
Tylko czemu, pytała się w duchu pani Bauermann, nie powiedziałam jej, że on nie żyje?
Mogła się oszukiwać, że nie było okazji, że nieznajoma rozłączyła się zbyt szybko – ale wiedziała, że prawda wygląda trochę inaczej.

Po prostu wkrótce po tym cholernym wypadku musiała tyle razy powtarzać obojętnym głosem (chwała Panu za środki uspokajające): „Heinrich nie żyje”, że jej usta kategorycznie odmawiały wypowiedzenia tych słów w tej kolejności.
Znowu zobaczyła jego twarz – te czarne włosy, schludny zarost i niebieskie oczy („Niebieskie, jak niebo nad Adriatykiem”), które patrzyły na nią co noc. Czasem była w nich pociecha, czasem smutek, a najczęściej – oskarżenie.

Deine Schuld...

„Nie, nie, nie! To nie moja wina...Nie moja, nie moja, nie moja...Prawda, zadzwoniłam do niego na parę minut przed, ale to nie oznacza, że...”

Deine Schuld...

Kolaż obrazów z przeszłości zawirował jej w głowie. Nie chciała na nie patrzeć. Ale powstrzymać ich też nie potrafiła.

Młoda, jasnowłosa dziewczyna w kelnerskim fartuchu, gapiąca się uporczywie na zamknięte drzwi. Czekająca, aż przyjdzie ten jeden, jedyny gość…Przychodził, zawsze siadał w tym samym miejscu i wołał „Kellnerin! Kellnerin!”. Ona leciała do niego na miękkich nogach, jakby nie spędzali mnóstwa czasu w swoim towarzystwie.
Wspólna nauka włoskiego – śmiech – bieganie po plaży – ta rozmowa, kiedy w końcu stwierdzili, że
postarają się o dziecko...
I wreszcie – ona w nowej, białej sukience (zawsze powtarzał, że do twarzy jej w tym kolorze), zastanawiająca się, kiedy minęło te pięć lat...Czekająca, aż Hein wróci z pracy, bo obiecał, że tej nocy będą „pracować” nad potomkiem...
Zadzwoniła do niego, bo już nie mogła się doczekać. Obiecał, że zaraz przyjedzie i dodał wiele sugerującym tonem, że kupił wino.

Złamał tę obietnicę.
Kiedy długo nie wracał, zaczęła się niecierpliwić – że też tylu ludzi musi wracać do domu w tym samym czasie, co jej mąż! – ale nawet przez chwilę nie myślała, iż coś mogło się stać. Dopiero telefon od szwagra zasiał w jej sercu ziarno niepokoju. A potem do jej drzwi zapukała sąsiadka i wypowiedziała te cztery słowa, które oznaczały koniec wszystkiego.

Nie pamiętała zbyt dokładnie okresu, który nastąpił wkrótce później. Głównie tabletki uspokajające, których łykała nieprawdopodobne ilości. I oskarżycielski wzrok teściowej nad grobem Heinricha.

Deine Schuld. Deine Schuld.

Twoja wina.
Twoja wina.
Ty jesteś odpowiedzialna za wszystko. To do ciebie się tak spieszył. To ty rozmawiałaś z nim przez telefon, kiedy jechał. Przez ciebie był taki rozproszony. Ty go zabiłaś.

Musiała stamtąd uciekać. Gdzieś, gdzie nikt jej nie znał. Gdzie nie było ani jednej rzeczy wiążącej się z mężem. Gdzie nie dręczyłyby jej wspomnienia i wyrzuty sumienia (choć te ostatnie i tak chodziły za nią wszędzie pod postacią niebieskich oczu).

Deine Schuld.

 

 

Na następnych kilka dni pani Bauermann straciła spokój ducha. Była markotna, rozdrażniona, nie miała w ogóle apetytu. Podczas korepetycji nie mogła się skupić, zdarzało jej się udzielać mylnych odpowiedzi na pytania, a już apogeum osiągnęła, kiedy zamiast Ich gehe ins Theater powiedziała Heinrich gehe ins Theater. Kiedy słuchający z uwagą Krzyś Nowakowski zapytał: „Jaki Heinrich? “, o mało się nie rozpłakała.
Czuła, że ta jedna krótka rozmowa otworzyła jakąś furtkę, która powinna zostać na zawsze zamknięta. Że znowu zalewa ją ten sam ból. Jak wtedy, kiedy po raz pierwszy obudziła się i zdziwiła, że leży w łóżku sama. Jakby to wszystko zdarzyło się wczoraj, a nie prawie trzy lata temu.
Muszę z tym coś zrobić, myślała gorączkowo. To nie może trwać. Za dużo wysiłku włożyłam w to, żeby poukładać sobie życie i znowu normalnie funkcjonować.

Muszę ustalić, pomyślała, kim jest ta Justyna i czego chce od mojego męża.
Coś z tyłu głowy podpowiadało jej, że niepotrzebnie się nakręca, że mogło chodzić o jakąś kompletną pierdołę, a grzebanie w przeszłości tylko rozdrapie stare rany.

Ale każdy ma w sobie odrobinę masochizmu.

 

 

W piątek po kolacji przystąpiła do działania. Zamknęła przy tym drzwi na klucz i zdjęła buty, jakby obawiając się, że ktoś ją przyłapie.
Weszła do sypialni i spojrzała wyzywającym wzrokiem na szafę.
A może lepiej zostawić to w spokoju? - szepnęło coś w jej głowie. No weź, nie ma sensu zadręczać się tylko dlatego, że jakiejś babie zachciało się nagle dzwonić i gadać z Heinrichem. Gdyby byli naprawdę zaprzyjaźnieni, wiedziałaby, że nie żyje, bo zadzwoniłabyś do niej albo ty, albo jego matka. Może to jakaś natrętka, z którą on wcale nie chciał utrzymywać kontaktu? Może w ogóle nie chodziło o  t w o j e g o  Heinricha? Przecież to nie jedyny Niemiec z polskim pochodzeniem...

Ale w takim razie skąd wiedziałaby, jak on wygląda? Z drugiej strony, wyrażała się dość ogólnie…
Sięgnęła do drzwi szafy, by je odsunąć i w tym momencie naszła ją straszna myśl.

A jeżeli istniał jakiś powód, dla którego Heinrich wolał, żeby ani jego żona ani matka nie wiedziały o tej znajomości?
Wzdrygnęła się. Nie, przecież to absurd. Hein miałby ją...nie no, przecież to kalumnia!

Potrząsnęła głową. Głupota, pomyślała z niezadowoleniem, otwierając szafę i wchodząc na stołek. Sięgnęła na najwyższą półkę, odsunęła stos starych, nieużywanych ręczników i wyciągnęła pudełko po butach.
Znajdowały się w nim różne rzeczy: zdjęcia, papiery, słownik niemiecko-włoski...Dotknęła tego ostatniego ze czcią, jak relikwii. Od razu wiedzieli, gdzie chcą spędzić podróż poślubną, więc zaraz po zaręczynach zaczęli się uczyć tego języka. Siedzieli razem przy stole i czytali, a obce słowa w ustach drugiej strony brzmiały dla każdego z nich tak zabawnie, że nie mogli przestać się śmiać...

Odegnała dźwięczące w uszach widmo śmiechu, który kochała nad życie i wyjęła to, czego szukała – czarny, oprawiony w skórę notes. Jeżeli gdzieś mógł znajdować się klucz do sekretnych znajomości Heinricha, to właśnie tu.
Zaczęła czytać, starając się nie myśleć, co by powiedział, gdyby ją teraz widział. To była ich niepisana umowa – on nie narzekał na jej awersję do szorowania podłóg, ona nie zaglądała do jego notatek. Nie i kropka.

Większość to były zupełnie niewinne adnotacje w stylu: „Dentysta 13.15” czy „Kupić mleko i papier toaletowy”. Świadectwa normalnego, spokojnego życia. Pani Bauermann wyobraziła sobie, jak robił te notatki. Zawsze dzwoniła do niego o wpół do pierwszej, kiedy jadł lunch. Gawędzili sobie i to właśnie wtedy meldowała mu, czego w domu brakuje. Musiał sobie wtedy wszystko zapisywać…A ona głupia myślała, że miał tak dobrą pamięć…
Ale trafiały się też strony zabazgrane do granic możliwości, poplamione kleksami i pełne skreśleń. Pani Bauermann wiedziała, co to jest – wiersze. Heinrich był poetą-amatorem, ale nawet własnej żonie nie opowiadał o tym zbyt dużo. Czasem tylko pytał o rym do takiego czy innego słowa, a ona odkrzykiwała z kuchni, nie odrywając się od gotowania.   
    
Chciał nawet napisać książkę, ale niestety – nigdy nie udało mu się zrealizować tego zamiaru.
Dotarła wreszcie do stron, na których były spisane numery telefonów. Przestudiowała listę raz i drugi, sztywniejąc lekko za każdym razem, kiedy widziała dużą literę J. Julian, Janusz, Joachim, Julia, p. Joanna...

Żadnej Justyny.
Przekartkowała notes jeszcze raz, myśląc, że może coś przegapiła...Jakieś słówko nabazgrane ołówkiem w samym rogu kartki, numer telefonu...

Nic z tego. Znajdowała notatki na marginesie, ale najczęściej brzmiały one: „kupić kwiaty dla Grettie” lub podobnie. Poczuła ucisk w piersi. Już nie jestem Grettie, pomyślała. Grettie leży w grobie razem z nim.
Z jakąś niewytłumaczalną złością zamknęła notes i włożyła na samo dno pudełka po butach. Zrobiłam,

co mogłam, pomyślała, z determinacją wpychając je znów za ręczniki. Tak w sumie nie obchodzi mnie, czego ta baba chciała od Heinricha. Po co ja w ogóle tu grzebałam? Naprawdę, głupieję.
 

 

***     

 

            Przez cały weekend spychała sprawę tajemniczego telefonu na granice świadomości. Żeby sobie to ułatwić, uczyła się angielskiego, co dowodzi ogromnej desperacji. Mimo, że była tłumaczką, jej zdolności językowe wołały o pomstę na puszczy. Niemiecki i polski wchłonęła automatycznie – żyła w krajach, gdzie posługiwano się tymi językami cały czas, więc nie miała wyjścia. Ale tak…jej główny kłopot polegał na tym, że kiedy opanowała dziesięć słówek, upojona tym sukcesem zrobiła sobie przerwę i próbowała opanować następne, pierwsza dziesiątka jakoś jej umykała. Drugim problemem była niesystematyczność, przyznawała to bez bicia.
Mimo wszystko wiedziała, że musi znać angielski – choćby po to, żeby rozumieć, skąd się biorą uśmieszki jej uczniów, kiedy słyszą, jak jest „gruby” po niemiecku[1].
Tak więc w niedzielę wieczorem leżała w sypialni, dzierżąc czerwono-niebieską książkę i mrucząc do siebie. Mierzyła się ze swoim największym wrogiem, zaraz po owadach – phrasal verbsami. Lub też, jakby to ujęła, gdyby ktoś ją zapytał: „pieprzonymi phrasal verbsami”.

- Look down, look up, look after, look forward…Co za debil to wymyslił? – mruknęła z dezaprobatą, w pełni świadoma, że jej uczniowie mają podobne podejście do niemieckich rodzajników.
W tej chwili zza ściany rozległ się dzwonek telefonu.

- Goddammit. - mruknęła pod nosem i wstała z łóżka.
- Halo? - rzuciła, podnosząc komórkę ze stołu.

- I co? - usłyszała znajomy głos. - Przekazała mu pani? Bo jak dotąd się nie odezwał...
Dopiero po chwili pani Bauermann uświadomiła sobie, o kim mowa.

- Tak. - potwierdziła. - Przekazałam.
- I co? – w głosie tamtej słychać było napięcie.

- Niestety, nie wie, o jaką Justynę chozi.
Nieznajoma aż się zachłysnęła z oburzenia.

- Nie wie?! - powtórzyła. - Nie wie?! Co za sukinsyn!
Pani Bauermann zacisnęła usta. Gdyby rozmówczyni znajdowała się w zasięgu jej rąk, prawdopodobnie nie miałaby już oczu.

- Kowalewska! - ciągnęła z pasją. - Ta z Wrocławia! Ciekawa jestem, czy to odświeży mu pamięć...Nie wie, jaka Justyna, ja mu dam...
- Chwileszkę!

- Tak? - w głosie tamtej zabrzmiała nadzieja.
- Jeszsze raz – skąd pani zna Heinricha?

- Z wakacji. Znaczy się, on był na wakacjach. Ja po prostu mieszkałam we Wrocławiu.
- Z wakacji, mówi pani? – powtórzyła nasza główna bohaterka. Do głowy przyszedł jej nagle świetny pomysł. – A jego starszą siostrę pani poznała?

- Siostrę? – zdziwiła się tamta. – Nie, on nie miał siostry, tylko brata bliźniaka. Ale jego akurat za dobrze nie poznałam. Mruk taki…wiecznie siedział z nosem w książkach i sprawiał wrażenie, jakby ktoś go zmuszał do przebywania między ludźmi. Nawet nie pamiętam, jak miał na imię…Erwin, czy jakoś tak…
- Erich. – poprawiła odruchowo. Właśnie wysłuchała opisu swojego szwagra. Nie mogła się dłużej oszukiwać – chodziło o jej Heiniego.

Z jakiegoś powodu strasznie ją to zdenerwowało. Cholera jasna, on już nie żyje, dość się nacierpiał…czy ci ludzie nie mogą zostawić go w spokoju?
Zdawała sobie sprawę, że takie rozumowanie jest bez sensu, bo ta kobieta nie ma pojęcia, że o Heinim można mówić już wyłącznie w czasie przeszłym. Sama wprowadziła ją w ten błąd, twierdziła przecież, że z nim rozmawiała! Cholera jasna, ile by dała, żeby móc naprawdę tak zrobić…żeby usiąść koło niego i powiedzieć: „Fuj, nie trzymaj nóg tak blisko popcornu, co? A przy okazji, dzwoniła jakaś Justyna. Chciała z tobą gadać”.

Ile by dała, żeby jej życie chociaż przez chwilę, jeden dzień, godzinę było takie proste…Jak kiedyś. Ale to niemożliwe. Na myśl o tym zachciało jej się wyć.
Już dawno tak za nim nie tęskniła. I to wszystko wina tej baby! Oczywiście, że jej. Bo nagle uznała, że nie ma nic lepszego do roboty, niż zawracać głowę Heiniemu, jakby nie mogła wyczuć szóstym zmysłem, że umarł…Skandal normalnie. Pani Bauermann uznała, że teraz nie przyzna się do wdowieństwa za skarby świata. Niech to babsko będzie tak samo zszokowane, jak ona trzy lata temu. I to wcale nie będzie rozładowywanie frustracji na Bogu ducha winnych ludziach, ależ skąd. Należy jej się.

Mimo, że sekundy wcześniej była wściekła, teraz chciało jej się śmiać. Parę razy słyszała od znajomych, że cenią ją za optymizm i empatię. Optymizm! Empatia! Rany Julek, gdyby wiedzieli, co się teraz dzieje w jej głowie! Gdyby wiedzieli!
- Właśnie, Erich… - przytaknęła nieznajoma. – Ej, momencik…Najpierw pyta pani o jakąś nieistniejącą siostrę, a potem wie lepiej ode mnie, jak miał na imię jego brat bliźniak…Co tu się właściwie dzieje?

- Musiałam sprawzić, szy na pewno chozi pani o tego samego faceta, o którym myslę.
- A nie prościej byłoby dać mu słuchawkę? – zauważyła przytomnie.

- Proszę sobie wyobrazić, sze nie prozciej.
- Rany boskie, a kim pani dla niego jest, że tak go pilnuje? Strażniczką więzienną?

Usta domniemanej strażniczki wykrzywił uśmiech.
- Szymz barzo podobnym. Szoną.

- Żoną? - nieznajoma niespodziewanie zaczęła się śmiać. – Ano tak, teraz wszystko rozumiem…
- To jest pani lepsza ode mnie. – coś w tym tonie wyjątkowo nie przypadło pani Bauermann do gustu.

- Nie no, ja przepraszam, wiem, że ludzie się zmieniają, ale kiedy go znałam, był z niego taki trochę playboy…Ro…
Prawie rzuciła telefonem o ścianę. Słuchanie, jak obca kobieta nazywa jej męża „playboyem” - to było zdecydowanie za dużo.

 

 

 

Westchnąłem ciężko i zwaliłem się na łóżko. Cisza. Nareszcie…
Kiedy Magda oznajmiła mi, że po raz trzeci jest w ciąży, byłem przerażony. Z trojgiem dzieciaków i tak ledwie wyrabialiśmy, co będzie przy następnym?
Miesiąc temu urodził nam się drugi syn – i tak całe szczęście, że jeden, bo przy dwóch parach bliźniąt na pewno byśmy zwariowali. Nie miało to aż takiego znaczenia, bo Oliver dawał koncerty godne co najmniej pięcioraczków.

Niedawno miałem urodziny, ale nawet się nie cieszyłem. Bo z czego? Chyba z tego, że jestem trochę bliżej do śmierci…
Stop, co ja gadam? Mam żonę, gromadkę dzieci. Nie wolno mi tak myśleć.

Ale zbliżała się rocznica śmierci Heina, a wtedy zawsze jestem kompletnie rozbity. Gdyby żył, byłoby mi jakoś łatwiej. Umówilibyśmy się na piwo, pogadali, powygłupiali się trochę…i pewnie spojrzałbym na to wszystko z dystansem. A tak? Czułem się jak gówno, zdolne tylko do robienia kolejnych dzieci.
Cicho skrzypnęły drzwi. Otworzyłem oczy. To Magda. Całe szczęście. Przy niej jednej nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku.

- Zasnął. – szepnęła prawie bezgłośnie po niemiecku. Jest Polką, ale odkąd mieszkamy w Hamburgu, gadamy prawie tylko w tym języku.
- Super. Mamy jakieś dwie minuty spokoju.

Podeszła bliżej.
- Eri, wszystko w porządku?

- Nie zadawaj głupich pytań.
O, szlag, zachowałem się, jak dupek. Niedawno urodziła dziecko, to ona musi chodzić co chwilę, żeby nakarmić małego, a martwi się o mnie.

- Przepraszam… - westchnąłem. – Ja…
Jej usta wykrzywił lekki uśmiech.

- Nic nie mów, rozumiem. Potrzebujesz czegoś?
- Chyba tylko spokoju.

- Jasne. A mogę przy tobie posiedzieć? Nie będę się odzywać, jak nie będziesz chciał.
Za to najbardziej kocham Magdę. Kiedy mówiłem swoim poprzednim dziewczynom, że chciałbym posiedzieć w samotności i pomyśleć, pytały od razu, co zrobiły nie tak, czy mogą jakoś pomóc…Ona nie. Przy niej można spokojnie milczeć. I kiedy mówi, że nie będzie się odzywać, to tak robi.

- Możesz się nawet koło mnie położyć. – poklepałem kołdrę. – Pewnie jesteś wykończona, co?
- Oj tam… - łóżko cicho zatrzeszczało, gdy na nim usiadła. – Bez przesadyzmu, z czasem człowiek nabiera wprawy. Chcesz się przytulić?

Chciałem. Leżeliśmy tak chyba z kilkanaście minut, zresztą – co to za różnica? Starałem się nie myśleć o moim bracie, ale ciągle miałem jego twarz przed oczami. Już go nie ma. Nie ma. Nie ma. I nigdy nie wróci.
- Jestem beznadziejny, Leni.

Taka prawda. Kiedy Heinrich żył, wszystko było poukładane. Bez niego czułem się jakiś taki…pusty. Niekompletny. Jakbym razem z nim stracił rękę albo nogę.
Przytuliła mnie jeszcze mocniej. Magda, a nie któraś kończyna.

- Bzdura. Jesteś najlepszy. Dla mnie i dzieciaków zawsze będziesz.
- Tato! Tato!

Wykrakała, cholera jasna. Koniec spokoju. Dziękujemy państwu za skorzystanie z usług naszej firmy i zapraszamy ponownie za jakieś dziesięć lat.
- Co tam znowu? – zapytałem, siadając, żeby spojrzeć na mojego pierworodnego, który stał w drzwiach sypialni.

- Ciocia Reta…Czemu tak leżycie?
- Bo znudziło nam się wiszenie do góry nogami. Co z ciocią?

- Czego ona znowu chce? – mruknęła Magda. Nie podobało jej się, że mimo śmierci brata nadal utrzymuję kontakt z jego żoną. Kiedyś były przyjaciółkami, ale w pierwszą Wigilię bez Heina przyłapała nas w dość dwuznacznej sytuacji i od tego czasu najchętniej wyrzuciłaby Retę z naszego życia. Ja jednak tego nie chciałem, bo lubię moją bratową, a poza tym jest mi jej trochę żal. Wszyscy jej krewni albo nie żyją, albo nie utrzymują z nią kontaktu, więc po śmierci męża, jeśli nie liczyć przyjaciół, została sama jak palec. Mnie traktuje jako ostatnią namiastkę rodziny, więc musiałbym być ostatnim gnojkiem, żeby się od niej odciąć. Poza tym, jak wytłumaczyłbym synowi, dlaczego nie widuje ukochanej cioci?
- Zadzwoniła do ciebie na Skypie. Płacze. – odpowiedział rzeczony syn. – Mówi, że miała kota w mieszkaniu, ale wiem, że to nieprawda. Powiedziała, że musi z tobą koniecznie porozmawiać.

No masz. Już ja dobrze wiedziałem, o czym może chcieć ze mną rozmawiać zapłakana Reta. Szczególnie o tej porze roku. Westchnąłem.
- Już idę.

- Zostań. – powiedziała po niemiecku Magda, gdy Hebbi już poszedł. – Ostatnie, czego teraz potrzebujesz, to pogawędki z tą wariatką.
- Nie mów tak. – zaprotestowałem. – Ona jest nieszczęśliwa, a nie szalona.

W odpowiedzi usłyszałem tylko prychnięcie. To prawda, że po wypadku Heinricha Reta zachowywała się dość nieobliczalnie – nawet przyjaciółka wprowadziła się do niej na jakiś czas, by mieć ją na oku – ale z drugiej strony, czy można ją za to winić? Nawet to, że spakowała manatki i bez słowa wyprowadziła się do innego województwa, nie podając nikomu adresu, jestem w stanie zrozumieć. Wszyscy myślą, że zamieszkaliśmy w Niemczech, bo tu mogę zarabiać w euro i są lepsze perspektywy dla dzieciaków, ale tak naprawdę zrobiłem to samo. Uciekłem.
Musiałem jednak przyznać Magdzie trochę racji. Byłem zdołowany i po prostu niegotowy na spotkanie z cudzym bólem. Jej propozycja była kusząca…

Ale kiedy po raz pierwszy zaszła w ciążę – Magda, nie propozycja – to właśnie Reta, która była już wówczas dziewczyną mojego brata, wyjaśniła mi, jak się opiekować ciężarną. A po narodzinach Herberta zawiesiła na kołku randki, żeby nam przy nim pomagać. W liceum zajmowała się za pieniądze dziećmi sąsiadów, więc wiedziała, o co chodzi.
Wyszedłem z sypialni.

 

***

 

Było jeszcze gorzej niż sobie wyobrażałem. Była blada, miała zapuchnięte oczy i szlochała tak głośno, że musiałem niemal zupełnie wyciszyć dźwięk w laptopie, żeby nie obudziła Olivera.
- No już, uspokój się. – mruknąłem po niemiecku. Obecność płaczących ludzi zawsze mnie krępowała. – O co chodzi?
Wzięła kilka głębokich wdechów i zapytała:

- Czy ten gnojek mnie zdradzał?
Szczęka mi opadła.

- Co? Jaki gnojek?
- Już ty nie udawaj idioty, dobrze? – zaszlochała krótko. – Może i wszystkim dookoła przeszkadzam, ale na jakieś minimum szczerości chyba zasługuję. Zadałam ci proste pytanie i chcę znać odpowiedź!

- Ale nie… - nagle zwróciłem uwagę na szczególne brzmienie jej głosu. – Piłaś coś?
Roześmiała się krótko i niewesoło.

- Oczywiście, że piłam, bo pewnych rzeczy nie da się przyjąć na trzeźwo. Po prostu się nie da. No, gadaj – uniosła wyżej głowę. – Jak długo to trwało?
Westchnąłem. Naprawdę nie miałem dzisiaj siły na tego typu dyskusje.

- Co niby?
Reta zacisnęła zęby tak mocno, że zobaczyłem ścięgna na jej dolnej szczęce. Ciarki mnie przeszły. Była podpita, rozżalona, a ja wyglądam jak lustrzane odbicie zmarłego męża, do którego miała o coś pretensje.

To się nie mogło dobrze skończyć.
- Yyy, wiesz co? – jakimś cudem zdołałem ułożyć usta w uśmiech. – Widzę, że jakaś taka nie za bardzo dzisiaj jesteś…Prześpij się i może wtedy na spokojnie porozmawiamy.

Albo wytrzeźwiejesz i nie będziesz pamiętała, o co ci chodziło, dodałem w myślach.
Owszem, jestem dupkiem. Ale istnieją dużo więksi, którzy mają się za wzory cnót.

Poza tym zostałem ukarany za swoje nieuprzejme myśli. Reta zawyła, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry.
Dreszcz przebiegł mi po plecach. Jezus Maria, tylko nie to. Wstrzymałem oddech. Trzy, dwa, jeden…

Usłyszałem płacz, z którym zdołałem się zaznajomić aż za dobrze w ostatnim czasie. Miałem ochotę wyrywać sobie włosy z głowy, wydłubać oczy…cokolwiek. Ludzie, jeden spokojny wieczór. Czy naprawdę proszę o tak dużo?
Usłyszałem za sobą pełne irytacji kroki Magdy. I w razie, gdyby jakiś językoznawca chciał mi w tym momencie wytknąć, że kroki nie mogą takie być – pocałuj mnie w dupę, gościu. To moja żona i wiem lepiej.

Reta chyba zrozumiała, że narobiła zamieszania. Jej oczy były wystraszone.
- P…przepraszam…

Milczałem, nie mając ochoty przekrzykiwać dziecięcego wrzasku. Po chwili umilkł.
Usłyszałem kroki i stanęła za mną Magda. Nie odwróciłem się, ale na podglądzie obrazu z mojej kamerki widziałem, że wykrzywia usta.

- Czego chcesz? – zapytała oschle.
Reta wydała z siebie wysoki dźwięk, ale tym razem nie otworzyła ust. Potrząsnęła głową, jakby mogła w ten sposób lepiej nad sobą zapanować.

- Przepraszam… - powtórzyła.
- Spoko, spoko. – znowu spróbowałem się uśmiechnąć, jednak szybko zrezygnowałem. – Rozumiem. O co chodzi?

Przekrzywiła głowę.
- Mo…możemy pogadać na osobności?

Magda uniosła brwi bardzo wysoko.
- A jakie to prywatne sprawy masz do mojego męża, że nie mogę tego słuchać?

Westchnąłem.
- Leni…

- Dobra, już sobie idę. Światło wam zgasić?
Nie czekając na odpowiedź, wyszła. Trzasnęły drzwi.

Westchnąłem.
- Niepotrzebnie odstawiasz takiego Jamesa Bonda…Namieszałaś. O co chodzi? I bez żadnych numerów typu: „Już ty dobrze wiesz”. – zastrzegłem. – Przyjmijmy, że masz do czynienia z osobą ślepą i opóźnioną w rozwoju.

Wzięła głęboki wdech.
- Czy Heinrich mnie zdradzał?

Spojrzałem na nią zaskoczony.
- Co? O czym ty mówisz?

Mój brat bardzo podobał się dziewczynom i kiedyś skwapliwie to wykorzystywał. Ale kiedy poznał Retę, inne przestały dla niego istnieć. Początkowo byłem tym nawet zaskoczony.
- Jakaś baba do mnie zadzwoniła. – jęknęła. – Chciała rozmawiać z Heinrichem, nazywała go…playboyem.

- Był ci wierny, jak pies. – zapewniłem. – To musiała być jakaś pomyłka. Nie masz się czym przejmować.
- Ale ona…wiedziała, jak wyglądał. I że miał brata bliźniaka. To nie mogła być pomyłka.

- I czego chciała? – zapytałem szybko.
- P…porozmawiać z nim.

Westchnąłem.
- Powiedz jej, że nie żyje i sprawa załatwiona.

- Tutaj jest coś więcej, ja…ja to czuję. Wiem, że to brzmi, jakbym oszalała, ale…Proszę cię, pomóż mi. Mówiła, że nazywa się Justyna Kowalewska. Może…
O cholera. O cholera. Jasna cholera. Zazwyczaj imiona i nazwiska sprawiają mojej pamięci duże problemy, ale tę dziewczynę pamiętam aż za dobrze. Przez te wszystkie lata powtarzałem Heinowi, że Reta ma zasmarkane prawo o wszystkim wiedzieć! Ciągle mówił, że wyjaśni jej to później, że czeka na odpowiedni moment…i się doczekał, kurwa. Tylko że trumny. I teraz ja, osoba najmniej odpowiednia do przekazywania takich informacji, muszę powiedzieć jego żonie…

Właściwie co? „Przykro mi to mówić, Reta, ale twój mąż od samego początku kłamał ci w żywe oczy?”. Takie zdanie nie przeszłoby mi przez usta. Ale było cholernie prawdziwe.
- Eri?

Dałbym wszystko, żeby być daleko od niej i tego pytającego spojrzenia. Musiałem zacisnąć pięści, żeby po prostu nie wyłączyć laptopa.
- Ty wiesz, o kogo chodzi.

Nie pytała. Stwierdzała fakt.
Westchnąłem. Spojrzałem na swoje spodnie, jakby ktoś opisał na nich, jak wybrnąć z takiej sytuacji.

Najgorsze było to, że ja jako jedyny mogłem powiedzieć Recie prawdę. Kto inny? Moi rodzice? Wolne żarty, od dłuższego czasu unikali byłej synowej jak ognia. A właściwie nikt poza naszą trójką (plus Heinrich oczywiście, ale jego z oczywistych względów pomijam) nie znał wszystkich szczegółów tamtej historii. A tylko one pozwalały ujrzeć ją we właściwym świetle.
Świadomość ciążącej na mnie odpowiedzialności spowodowała ból głowy. Zakryłem twarz ręką.

- Eri… - zaczęła pochlipywać. – On był moim mężem…Kochałam go…Cholera jasna, wciąż kocham tak, że aż boli…Błagam…
Westchnąłem. Muszę zachować się, jak porządny facet. Zasługiwała na prawdę, jak pies na michę.

- On też cię kochał. – zapewniłem, patrząc na nią. – Bardzo. Ta kobieta nie była jego kochanką, przysięgam.
- To kim? – jęknęła żałośnie. – Dlaczego mówiła o nim takie rzeczy?

Ból głowy przybrał na sile. Ten ton kojarzył mi się z moimi siedmioletnimi córkami. Obie były święcie przekonane, że pod ich łóżkami siedzą potwory, a jedynym bezpiecznym miejscem jest rodzicielska sypialnia. Też były takie wystraszone, gdy o tym mówiły.
- Eri, na miłość boską, przecież masz dzieci, Magdę…Wiesz, jak to jest kochać człowieka. Zwariuję, jak mi nie powiesz. On…on…

„Tatusiu, pozwól nam dzisiaj u was spać…Najostatniejszy raz na świecie, prosimy…”.
Westchnąłem po raz milion trzysta tysięcy dwieście osiemdziesiąty czwarty w życiu.

- Posłuchaj, skarbie…
Przyłożyłem rękę do ust. Skojarzenie było tak silne, że naprawdę odezwałem się do Rety tak, jakbym rozmawiał z siedmiolatką. Już widzę, jak moja żona wierzy w takie tłumaczenie. Chociaż może nie sły…

- Kurwa mać!
…szała. No tak. Cholera jasna, dlaczego ktoś u góry myśli sobie: „Hmm, ten koleś ma za mało problemów w życiu. Dowalmy mu jeszcze, żeby było zabawniej!”? Dlaczego muszę mieć takiego przeklętego pecha?

„Strasznie zrzędzisz”.
Ciarki przeszły mi po plecach. Miałem wrażenie, że usłyszałem mojego brata. Na pewno tak by powiedział, gdyby znał moje myśli. Jemu zawsze wszystko przychodziło łatwo. Urodzony czaruś. Niemal intuicyjnie wiedział, co musi powiedzieć, żeby wszyscy dookoła jedli mu z ręki. Zwłaszcza dziewczyny. I w przeciwieństwie do niektórych osób nie miał ochoty uciekać przez komin, jeśli znalazł się na dużej, głośnej imprezie. Wręcz odwrotnie, uwielbiał tak spędzać czas.

Dzięki takiemu charakterowi miał właściwie wszystko, czego można by chcieć od życia. W związku z tym ciężko mu było wczuć się w położenie osób, którym wiodło się w życiu nieco gorzej.
„Proszę bardzo” – odpowiedziałem mu w myślach ze złością. – „Skoro jesteś taki mądry, to powiedz, jak mam wytłumaczyć twojej żonie, czego chce od niej, a właściwie od ciebie, Justysia. Słucham”.

Cisza. Cholera jasna, ze zmarłymi zawsze tak jest. Kiedy nie trzeba, są gadatliwsi niż emerytki u lekarza, ale jak człowiek ich potrzebuje, udają idiotów.
Poczułem złość. Na siebie, na brata, na tę siłę wyższą, która zadecydowała, że nie może już dłużej żyć. Na Retę, za to, że jest chodzącym wspomnieniem tego, ile straciłem. Na Magdę, za to, że po raz dwusetny będą musiał tłumaczyć, że nic mnie z bratową nie łączy. I na pogodę za to, że jest taka do dupy. Dlaczego nie?

To sprawiło, że na moment straciłem resztki współczucia, empatii, czy choćby zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
- Zapytaj Heinricha. W końcu był twoim mężem, to on ci powinien tłumaczyć takie rzeczy.

Zatrzasnąłem laptopa, zanim zdążyła odpowiedzieć cokolwiek. Proszę bardzo, wyzywajcie mnie od dupków, chamów, skurwysynów – kogo chcecie. O tej porze roku i tak mam wszystko gdzieś.

 

 

W nocy z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego listopada pani Bauermann miała bardzo nieprzyjemny sen z nagim mężem w roli głównej. I o ile sam nagi mąż nie miał w sobie nic nieprzyjemnego (wprost przeciwnie), to widok otaczających go co najmniej dziesięciu również rozebranych kobiet trochę wytrącił ją z równowagi.
Obudziła się zlana potem i uświadomiła sobie, że dzwoni jej telefon. Nie miała pojęcia, która może być godzina.
„Ludzie już całkiem zwariowali” - myślała półprzytomnie, wyciągając rękę, żeby wymacać hałasujący aparat. - „Może to te gołe baby dzwonią?...”

Ta myśl tak ją rozjuszyła, że spuściła nogi z łóżka i uderzyła wierzchem dłoni o lampkę stojącą na nocnym stoliku. Zaklęła siarczyście po niemiecku i dopiero wtedy podniosła wibrującą komórkę.
- Zostawcie mojego męża w spokoju, kurwy jedne! – wrzasnęła, nadal w swoim ojczystym języku. – On jest mój!

- Halo? – odpowiedział zdziwiony męski głos, który raczej nie należał do żadnych kurew.
- Halo! - powtórzyła, nieco przytomniejąc. Uświadomiła sobie nawet, że chyba powinna mówić po polsku. - Kto tam?

- Pani Bauermann?
- Proszę mnie nie roz…mieszac. - ziewnęła potężnie. Coś jej mówiło, że chyba użyła złego słowa, ale nie miała ochoty nad tym myśleć. - To ja jestem pani Bauermann. A pan to kto?

- Proszę przekazać mężowi - rozmówca zignorował pytanie, a w jego głosie zabrzmiała groźna nuta. - Że jak się nie ogarnie, to wybiję mu zęby.
- Zęby? - powtórzyła, obudzona do reszty. - Szemu zęby?

- Bo jak się coś zrobiło, to trzeba ponosić konsekwencje. - wyjaśnił niezwykle przejrzyście. - Dzieci to wiedzą. Odwaliłem praktycznie całą jego robotę, ale to nie znaczy, że może sobie żyć jak pan na włościach i udawać, że nic się nie stało. Poza tym – nie pozwolę, żeby Justa tak się przez niego denerwowała.
- Zaraz... - zaspane szare komórki pani Bauermann powoli zaczynały kojarzyć fakty. - Pan jest znajomym pani Kowalewskiej?

- Jej mężem. - położył wyraźny nacisk na drugie słowo. - Moje nazwisko Nektarewicz...Żona najwidoczniej podała panieńskie.
- Ahaaa.... - pani Bauermann znów ziewnęła potężnie.

- Najmocniej przepraszam. - zreflektował się pan Nektarewicz. - Chyba panią obudziłem?
- Nie, nie, skąd. - uspokoiła go. - Ja zawsze wstaję w srodku nocy...Mózg wykazuje wtedy największą aktywnozc. - dodała, choć stanowiła teraz chodzące zaprzeczenie tej teorii.

- Najmocniej przepraszam. - pokajał się jeszcze raz. – Ale koniecznie muszę porozmawiać z pani mężem. Gdyby mogła go pani obudzić…
- O, proszę pana, nie da rady. Spi teraz tak twardo, sze mogłabym zdetonować tuż koło niego bombę, a i tak by to nic nie pomogło.

W gruncie rzeczy nie kłamała.
- Proszę spróbować...

- Niewykonalne. Nawet pan nie wie, ile bym dała, szeby było inaszej.
Życie, pomyślała.

- A szy mógłby mi pan powiezieć, szego pan i panska szona chce od Heinricha?
- Wie pani co.…No w końcu! - zagrzmiał znienacka.

- Słucham?
- Czy ty masz pojęcie, która jest godzina? - żołądkował się dalej pan Nektarewicz.

- Ciemno jest i nie wizę zegara, ale zaraz panu powiem. - odpowiedziała automatycznie pani Bauermann. Usiłowała włączyć lampkę wolną ręką, ale nie mogła wymacać przełącznika.
- To nie było do pani...Co, że „dorosła”? Co to znaczy „dorosła”? W dupę sobie wsadź taką dorosłość!

- Halo! Halo, jest pan tam jeszsze?
- Halo? Tak, przepraszam najmocniej...Ale widzi pani, córka dopiero teraz wróciła do domu i...

- Proszę pana. - przerwała mu w pół słowa, zaskoczona stanowczością we własnym głosie. - Proszę powiezieć pani Justynie, szeby zazwoniła do mnie jutro...To znaszy ziz po południu...Wtedy podam jej Heinricha jak na taleszu! Dobranoc!
Rozłączyła się i cisnęła komórkę z powrotem na stolik nocny, walcząc ze łzami cisnącymi się na policzki.

Przegrała tę walkę.

 

 

- Halo? - usłyszała znajomy głos w słuchawce.
- Dobry wieszór. - odpowiedziała słodko.
- Niech mi pani da do telefonu Heinricha. - jęknęła Justyna Kowalewska-Nektarewicz. - Błagam panią, to naprawdę ważne...

- Przykro mi, ale nie jest to moszliwe.
- Powiedziała pani mojemu mężowi...

- Powieziałam, sze podam pani Heina jak na taleszu. - dokończyła z jadowitą słodyczą, czerpiąc jakąś perwersyjną przyjemność z przeciągania tej sytuacji. - I dotrzymam słowa. Szy da pani radę być w najbliższą niezielę w Stettinie?
- Tak, chyba tak. - powiedziała niepewnie, na szczęście orientując się, o jakie miasto chodzi. - On jest w Szczecinie?

- Moszna tak powiezieć.
- A co tam robi?

Pani Bauermann zastanowiła się nad odpowiedzią.
- Chyba wszystko, co moszna w jego sytuacji.

 

 

Trzy postacie przemierzały cmentarne alejki w ponury, listopadowy dzień. Jedną była średniego wzrostu kobieta po trzydziestce. Miała ciemne włosy, a na jej twarzy malował się smutek połączony z niedowierzaniem.
Towarzysząca jej dziewczyna miała najwyżej osiemnaście lat, opadające na ramiona czarne włosy i niebieskie oczy. Jej blada niczym wosk twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Idąca kilka kroków przed nimi jasnowłosa kobieta patrzyła w ziemię – i tak znała drogę na pamięć. Żeby odegnać od siebie pokusę spoglądania na dziewczynę, rozwiązywała po cichu skomplikowane problemy matematyczne.

35 – 18 = 17...a 17 < 23...Co za ulga!
Matematyka jednak się przydaje.

Wreszcie dotarły tam, gdzie zmierzały. Margareta Bauermann stanęła przy grobie i wpatrzyła się w znienawidzony napis:

 

 

HEINRICH BAUERMANN

ur. 16 XI 1982

zm. 26 XI 2014

 

- Mój Boże... - wyszeptała Justyna Kowalewska-Nektarewicz – Trzydzieści dwa lata...
Pani Bauermann skinęła głową. Czuła kłucie pod powiekami. Leży tu już od trzech lat, myślała. Czy kiedykolwiek zdołam się przyzwyczaić?
Nigdy w życiu, odpowiedziała sama sobie.

Wyciągnęła z kieszeni kurtki chusteczki. Kiedy wydmuchiwała nos, usłyszała przytłumione pytanie pani Justyny:
- Co się stało? Chorował na coś? - spojrzała z lękiem na swoją córkę, która wpatrywała się w grób i zagryzała wargi do krwi.

- Nie, nie, nie. – zaprzeczyła szybko pani Bauermann, mówiąc nieco przez nos. - Wypadek samochodowy. Pijany kierowca go rąbnął i... - znów przyłożyła chusteczkę do twarzy i dodała ciszej. - To było w rosznicę naszego slubu.
Pani Justyna pobladła.

- Tak mi przykro. - wyszeptała.
Pani Bauermann podziękowała skinieniem głowy i czując, jakby miała w gardle coś kanciastego, po raz pierwszy odezwała się do dziewczyny. Idąc na cmentarz, zadawała sobie milion pytań. Wszystkie zamarły jej na ustach, kiedy ją zobaczyła. A właściwie tylko te oczy. Znała je. I od kilku lat uważała za źródło największego szczęścia w swoim życiu.

- Zuza, tak? – wychrypiała.
- Mhm.

Dziewczyna zaciskała pięści i nerwowo udeptywała ziemię.
Pani Bauermann sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła złożoną na pół fotografię. Odbitkę oczywiście. Po śmierci Heinricha każde zdjęcie, na którym był widoczny, miało dla niej niezmierzoną wartość i prędzej by umarła, niż oddała komuś oryginał.

- Masz. - powiedziała, starając się za wszelką cenę wytrzymać spojrzenie tych niebieskich oczu. - Z jego ostatnich urozin, najpózniejsze, jakie udało mi się znalezc...Bęziesz mogła pokazac zieciom, jak wyglądał ich ziadek. - zmusiła się do uśmiechu.
Sama nie mogła uwierzyć, że te słowa przeszły jej przez gardło. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Miała wrażenie, że śni. Oby szybko się obudziła!

Spojrzała na zdjęcie, a potem na twarz dziewczyny. Te oczy…Te oczy! Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
Zuza pokiwała głową z wdzięcznością. Co prawda posiadanie dzieci było dla niej większą abstrakcją niż podróż na Księżyc, ale zdjęcie chętnie weźmie.

- Żałuję, że cię nie poznałam, tato. - powiedziała w nadziei, że unoszący się gdzieś w pobliżu duch Heinricha Bauermanna ją usłyszy. Rozpłakała się. Poczuła kojący dotyk matki.

 

 

- Jaki on był?
Zuza wpatrywała się w jasnowłosą kobietę. Dziwnie się czuła, nazywając ją w myślach „żoną swojego ojca”. A właściwie wdową po nim.
To wszystko w ogóle było jakieś nierealne. Odkąd tylko dziadkowie kilka lat temu wyznali jej, że nie jest biologiczną córką swojego taty, dręczyła mamę pytaniami. Początkowo spotykała się z zaprzeczeniami, potem irytacją, wreszcie – rezygnacją. Pierwszy strzępek informacji, już i tak dosyć zaskakujący, brzmiał: „Twój ojciec był Niemcem. Mocno spolszczonym, ale Niemcem”. Po kolejnej chwili natrętnego pytania Zuzie udało się wreszcie ustalić imię – Heinrich. Nie lubiła języków obcych, ale zaczęła się wtedy bardziej przykładać do niemieckiego. Miała wrażenie, że w jakiś sposób jest wtedy bliżej człowieka, który przecież dał jej życie.

Potem jednak przyszła faza złości. No bo heloł – skoro jest jej ojcem, to dlaczego nigdy nie napisał, nie zadzwonił? Miał ją gdzieś. Zuza uznała wtedy, że wcale nie chce go poznać. Nigdy w życiu!
Ale mimo wszystko jakaś malutka część jej umysłu dalej zadawała milion pytań na sekundę. W końcu tata – ten prawdziwy – uznał, że nie może tak dłużej być. Sporo się wtedy z mamą kłócili. Wreszcie Zuza usłyszała: „Jeśli chcesz, to spróbuję się skontaktować z twoim biologicznym ojcem. Ale nie zrobię tego bez twojej zgody”.

Dziewczyna miała wtedy wrażenie, jakby w jej głowie wybuchła bomba. Z nerwów nie mogła jeść ani spać. Aż w końcu usłyszała, jak mama rozmawiając przez telefon wymawia TO IMIĘ…
Znienawidziła wtedy kobietę, która teraz siedziała przed nią. Po pierwsze trochę ją ubodło, że ojciec ma żonę (proszę bardzo! A więc przez te wszystkie lata założył sobie idealną rodzinkę, w której dla takich bękartów jak ona pewnie nie ma miejsca), z drugiej – myślała o niej jako jedynej przeszkodzie do osiągnięcia swojego celu. Nawet jej przez myśl nie przeszło, że ta kobieta może o niczym nie wiedzieć.

A teraz proszę – jest jedynym źródłem informacji. Obca osoba.
- Jaki on był? Co robił? – powtórzyła, czując, że zaraz eksploduje. – Proszę mi odpowiedzieć!

Kobieta nic nie mówiła, tylko patrzyła na nią uporczywie. Wreszcie westchnęła.
- Jaki był? Podobny do ciebie. Masz jego oszy.

Zuza poczuła narastającą falę złości.
- Tyle wiem, mama mi mówiła. Ale coś więcej? Cokolwiek? Do cholery, to mój ojciec, chyba mam prawo…

Bauermannowa uśmiechnęła się smutno.
- Ziecko, ja naprawdę rozumiem. I chciałabym ci pomóc, bo jestez najmniej winna całej tej sytuacji. Ale postaw się na moim miejscu. Ja kochałam tego szłowieka jak nikogo. Pół szycia bym oddała, szeby go jeszsze raz zobaszyć. Bylizmy razem prawie ziesięć lat. Ufałam mu. A teraz…teraz patrzę na ciebie.

- Naprawdę nic pani nie powiedział? – zapytała Zuza niemalże z rozpaczą. – Nic a nic?

Pani Bauermann odgarnęła włosy za ucho.
- Nie twierzę, sze jestem genialna, ale raszej pamiętałabym, gdyby mój mąż kiedykolwiek wspomniał, sze ma ziecko.

- Po prostu miał mnie w dupie. Totalnie w dupie.
Zuza nie mogła uwierzyć. Czuła, jakby ktoś ją spoliczkował. I to mocno. Przytuliła się do matki.

- Nie.
Bauermannowa mięła w palcach rąbek sukienki i patrzyła na niego tak, jakby był najciekawszą rzeczą na świecie.

- Dopiero co pani powiedziała…
Westchnęła.

- Nienawizę o tym mówic, zwłaszsza w rosznica jego smierci, ale…tuż zanim umarł, sporo się kłócilizmy. Barzo powasznie. Już myslałam, sze bęzie rozwód. A wszystko zaszęło się od tego, sze…powieziałam mu, sze chciałabym mieć ziecko.
Zuza znowu na nią spojrzała.

- Szasem się nie zgazalizmy, jak kaszdy, ale nigdy na taką skalę. Zaszął wtedy na mnie patrzeć, jak na jakiegoz smiertelnego wroga, a ja za nic nie mogłam zrozumieć, dlaszego aż tak nie chce zostać ojcem…Dopiero teraz wiem, sze musiał mieć wyszuty sumienia. Naprawdę, nie miej do niego szalu, ziecko. Moszesz mi wieszyć, pamiętał o tobie. A poza tym…raszej nie bęzie już miał szansy cię przeprosić.

 

***

 

Patrzyła na nią. Jej widok obrócił w gruzy wszystko, dzięki czemu była w stanie normalnie funkcjonować, ale pani Bauermann nie umiała oderwać wzroku na zbyt długo.
On tam był. Nie jakiś krewny, choćby i brat bliźniak, ale on! On! Jakaś cząstka j e g o przeżyła poza zdjęciami i wspomnieniami, jest tak blisko…
Pani Bauermann poczuła dreszcze. Wyrzuciła z siebie kilka zwykłych informacji o Heinrichu – gdzie pracował, co lubił, czego nienawidził…Mówiła przyjaznym, spokojnym tonem, chociaż miała ochotę wrzeszczeć.

- Dopsze. – odetchnęła głęboko. Czuła, jakby ktoś lub coś zaciskało palce na jej gardle. – Odpowieziałam ci. Teraz…teraz domagam się tego samego.
Nie patrzyła już na Zuzę, lecz jej matkę. Na MATKĘ CÓRKI SWOJEGO MĘŻA.

Powiedzenie tego w myślach było nieomal ponad jej siły. A co dopiero na głos! Czy kiedykolwiek będzie mogła to zrobić?
Justyna była ładna – ciemnowłosa, ciemnooka, z twarzą w kształcie serca i białymi zębami. Pani Bauermann czuła się przez to jeszcze bardziej upokorzona.

Przypomniała sobie, jak (byli już wtedy razem) Heinrich wyznał jej, że woli brunetki.
„Ale trafiłeś!” – burknęła wtedy, patrząc przez okno. Miała wrażenie, iż jej własne włosy są jaśniejsze niż kiedykolwiek. Chwilę potem poczuła na nich rękę Heiniego.

„Może od wszystkich kobiet świata wolę brunetki” – szepnął jej do ucha. – „Ale od wszystkich brunetek świata i tak wolałbym ciebie”.
Dwie godziny później pierwszy raz uprawiali seks. Do dzisiaj pamiętała, z jaką niecierpliwością czekała, aż zdejmie spodnie. I piosenkę. Dość popularny metalowy kawałek z ostrymi gitarami. I „Nein!” powtarzającym się w refrenie.

Uczniowie często prosili ją, żeby w ramach korepetycji nauczyła ich tekstu tej piosenki.  Zawsze się wtedy bała, że ktoś zrozumie, z jakim wydarzeniem jest dla niej związana.
„Proszę bardzo” – myślała ze złością. – „Niby wolałeś mnie od wszystkich brunetek świata, ale to brunetce zmajstrowałeś dziecko”.

Nie, stop. To dziecinada. Musi zadać jedno konkretne pytanie i uciec jak najdalej od tych ludzi, bo oszaleje. Nagle mieszkanie w Waręcinie, choć małe i zdaniem wielu jej znajomych brzydkie, wydało jej się istnym rajem. Tam przynajmniej było ciepło, spokojnie. Nikt nie mówił strasznych rzeczy w rodzaju: „Twój mąż cię oszukiwał”.
Justyna spojrzała niepewnie na swoją córkę. Zuza odwzajemniła spojrzenie.

- Możesz mówić. – powiedziała głosem bez wyrazu. –  Jestem prawie dorosła. Do myśli, że byłam wpadką, przyzwyczaiłam się już jakiś czas temu.
- Osiemnaście lat temu, w wakacje, byłam na imprezie u koleżanki. Jacyś jej znajomi przyprowadzili swojego znajomego…przystojniaczka mówiącego z niemieckim akcentem. Zachowywał się, jakby wszystkie dziewczyny już były jego, więc na początku trzymałam się od niego jak najdalej. A to go jeszcze bardziej zachęciło, żeby być jak najbliżej mnie.

Pani Bauermann zakaszlała.
- Spotykaliśmy się tylko dwa tygodnie, potem jakoś… - Justyna wzruszyła ramionami. – Motylki w brzuchu się skończyły i uświadomiłam sobie, że nawet go za bardzo nie lubię. Broń Boże, żeby był jakimś złym człowiekiem czy coś. Mieliśmy zupełnie różne zainteresowania, a poza tym ciągle gadał o sobie. Po jakimś czasie trudno było to wytrzymać.

- To do niego podobne. – stwierdziła pani Bauermann. – Ale ja potrafiłam nad tym zapanować.
Czuła jakąś dziwną potrzebę zaznaczenia tego. JA byłam jego żoną. To mnie prosił na kolanach, żebym była częścią jego życia.

Jednocześnie ignorując istnienie własnej córki.
To było dla niej najbardziej niepojęte. Fakt, że w wieku kilkunastu lat jej mąż zaliczył wpadkę, była w stanie jakoś zrozumieć. Jako pedagog poznała wszystkie blaski i cienie tego wieku. Ale to, że Heinrich chodził z nią na randki, wziął ślub, spał w jednym łóżku, przez cały ten czas nawet nie wspominając o własnym dziecku…

Zaraz! Przecież można wszystko bardzo prosto wyjaśnić.
- Wieział, sze pani zaszła w ciąszę? – zapytała, pewna, że usłyszy: „Nie”. Heini o niczym nie wiedział i byłby teraz tak samo zdziwiony, jak ona. Z pewnością. Pani Bauermann czepiłaby się każdej wymówki, żeby nie wierzyć, iż własny mąż mógłby ją w ten sposób okłamać.

Ale wiadomo, czyją matką jest nadzieja.
- Oczywiście, że wiedział. – powiedziała Justyna bezlitośnie. – Jego rodzice przez kilka lat przysyłali kasę na Zuzię. Dopiero kiedy wyszłam za mąż i zobaczyłam, że Krystian kocha małą jak własną córkę, powiedziałam im, żeby przestali. Miała już pełną rodzinę, nie potrzebowała jałmużny od pożal się Boże dziadków. Ojciec Heinricha był nawet miły, z tego co pamiętam, ale mamusia – istny wampir. Nie wyobrażam sobie, jak to jest mieć taką teściową. Współczuję pani.

Pani Bauermann kiwnęła sztywno głową. Miała wrażenie, że zaraz się udusi. Wstała z krzesła, wolno podeszła do hotelowego okna i uchyliła je.
- I przez…przez te wszystkie lata nie kontaktowała się pani z Heinrichem? On…nie interesował się chociaż, szy uroził mu się syn, szy córka?

To wszystko było, jak koszmarny sen. Gdyby ktoś powiedział jej miesiąc temu, że wypowie takie zdanie, uznałaby to za kiepski żart.
A teraz może się okazać, że j e j  m a ł ż e ń s t w o  i cały związek były kiepskim żartem. Skoro Heini był w stanie ukryć przed nią nieślubną córkę, to co jeszcze zataił? Może Justyna jest tak naprawdę jedną z wielu, a po świecie biega mnóstwo dzieci o czarnych włosach i ciemnoniebieskich oczach? W szerokim przedziale wiekowym?

Poczuła, że jej zimno. Musi stąd uciekać, musi. W przeciwnym razie albo zwariuje, albo pęknie jej serce.
- Tyle akurat wiedział. – usłyszała głos Justyny. – Nawet przysłałam mu zdjęcie małej…No ale nie odpowiadam za to, co z nim później zrobił.

Pani Bauermann wzdrygnęła się. Każde „wiedział” z ust tej kobiety było dla niej niczym policzek.
Powiedziała tej biednej dziewczynie, że Heinrich o niej pamiętał, ale właściwie sama chciała w to wierzyć. Usłyszała jego głos wrzeszczący: „Nie chcę mieć w domu ŻADNYCH – PIERDOLONYCH – BACHORÓW!”.

Co, jeśli Heinrich naprawdę nienawidził dzieci? A na temat córki milczał dlatego, że j e d n a k miał ją gdzieś? Niemożliwe. Jej misiaczek nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
Tak…tylko „jej misiaczek” był bezdzietny.

Jako bohaterka opowiadania powinna jak ognia unikać powtórzeń i monotematyczności, ale nic nie mogła poradzić, że w głowie ciągle przesuwały jej się dwa słowa: „wiedział” i „kłamał”.
- A…jak pani mnie znalazła? – zapytała, odwracając się, choć miała głęboko odpowiedź. Chciała chociaż na sekundę przestać myśleć o Heinrichu.

- Reklama w Internecie. – brzmiała odpowiedź. – Tego bloga, co go pani prowadzi. Chciałam znaleźć Heinricha Bauermanna, a tu nagle patrzę: Margareta Bauermann. Myślę sobie: „Może akurat będę miała szczęście i to jakaś rodzina”. No i proszę, miałam.
„Kłamiesz” – pomyślała pani Bauermann. – „Nie wiem, dlaczego, ale kłamiesz”.

Rzeczywiście prowadziła bloga, na którym uczyła niemieckiego – zdobywała w ten sposób więcej klientów. Zdarzało się bowiem, że komuś jej metoda podpasowała na tyle, iż był zainteresowany prywatnymi lekcjami. W jednej z zakładek podawała swojego „służbowego” maila i „nie służbowy” numer telefonu, więc wyjaśnienie Justyny miało rację bytu. Jednak nasza bohaterka nie po to regularnie spędzała wieczory w towarzystwie prywatnego detektywa, żeby nie nauczyć się paru sztuczek. Miała wrażenie, że słyszy baryton Zębowskiego mówiący: „Kłamstwo jest zawsze stresujące. Człowiek, który ściemnia, podświadomie myśli: >>Żeby tylko nikt się nie połapał<<. I to zdenerwowanie widać. Zawsze. Dlatego uważnie obserwuj ludzi, z którymi rozmawiasz, bo każde odwrócenie wzroku, nawet na ułamek sekundy czy podrapanie się, może świadczyć o tym, że faszerują cię kłamstwem, jak gęś na foie gras”.
Justyna ewidentnie spojrzała w stronę swojej córki, zanim odpowiedziała. I to jedno spojrzenie stanowiło dla pani Bauermann niepodważalny dowód, że jest wpuszczana w maliny.

- Mówiła pani, sze zawiadomiła Heinricha o tym, sze uroziła się ziewszynka. – uniosła brwi. - Pokłócilizcie się wtedy, szy jak?
To pytanie ewidentnie zbiło jej rozmówczynię z tropu.

- My? Nie, dlaczego? Czułam się trochę dziwnie, kiedy z nim rozmawiałam, ale nie miałam pretensji, jeśli o to pani chodzi. Byłam za tę sytuację tak samo odpowiedzialna, jak on.
- I kiedy rozmawializcie ostatni raz?

Justyna rzuciła szybkie spojrzenie na sufit.
- Jak mówiłam, napisałam mu list, że ma córkę. Nie dostałam odpowiedzi i jakoś…rozeszło się po kościach.

Usta pani Bauermann wykrzywił gorzki uśmiech.
- „Rozeszło się po kozciach”. Barzo…ciekawy sposób na mówienie o ojcu własnej córki.

- ON NIE BYŁ MOIM OJCEM! – wrzasnęła Zuza.
Obie kobiety aż podskoczyły. Oczy dziewczyny wychodziły z orbit.

- MÓJ TATA CZEKA NA MNIE W DOMU! – krzyczała. – TAMTEN…FACET TYLKO WŁOŻYŁ KUTASA DO POCHWY MOJEJ MATKI I NIC WIĘCEJ! ROZUMIEM, ŻE PANI BYŁA JEGO ŻONĄ I TAK DALEJ, ALE PROSZĘ OTWORZYĆ OCZY! TO BYŁ ZWYKŁY SKURWIEL!
- Zuzia! – Justyna spojrzała na córkę z przerażeniem.

Dziewczyna jednak nie zamierzała się opanować. Wzięła głęboki oddech i ciągnęła:
- ILE CZASU BY GO KOSZTOWAŁO, ŻEBY PRZEZ TE KILKANAŚCIE LAT CHOCIAŻ RAZ ZADZWONIĆ, SPYTAĆ, JAK SIĘ CZUJĘ?! ILE?! DWIE MINUTY?! ALE NIE, NAWET WŁASNEJ ŻONIE O MNIE NIE POWIEDZIAŁ! BYŁAM DLA NIEGO WSTYDLIWYM PROBLEMEM, JAK…JAK WRZÓD NA TYŁKU!

Tym razem wzięła płytszy oddech. Jej głos był ochrypły i tak cichy, że trzeba było wysilić słuch, żeby cokolwiek wyłapać.
- Nienawidzę go. Mówi pani, że pamiętał o mnie, ale zachowywał się, jakby nie pamiętał, więc na jedno wychodzi. Cieszę się, że nie żyje. Cieszę się, cieszę, cieszę!

Zalała się łzami.
- Zuzia!!! – Justyna zbladła jak ściana. Podeszła do córki i przytuliła ją z całej siły.

- Przepraszam. – odezwała się do pani Bauermann. – Ona…ona nie chciała.
    
Była pedagogiem. Powinna pomagać młodym ludziom i w normalnej sytuacji zrobiłaby wszystko, żeby jakoś tę dziewczynę pocieszyć. Ale to nie była normalna sytuacja. Raczej najnienormalniejsza, w jakiej kiedykolwiek się znalazła. Pani Bauermann miała wrażenie, że ktoś usunął jej dosłownie wszystkie narządy wewnętrzne. Nie czuła kompletnie nic. Kto j ą pocieszy?

 

 

***

 

- Ej, ej, ej, gdzie ty lecisz?
Zębowski mruknął z niezadowoleniem. Chciał przesunąć pionka o jedno pole dalej niż wskazywał rzut kostkami, ale nic z tego. Westchnął i ustawił go, gdzie trzeba, to jest – na Piccadilly. Trzy domki. Będzie bolało…
- Też się tak do ciebie uśmiechnę, jak przyjdą rachunki. – obiecał, podając córce odpowiednią ilość banknotów. – To dopiero będzie kabaret!

Wiktoria uśmiechnęła się do niego słodko.
- Tatusiu, przecież to tylko gra…następnym razem pójdzie ci lepiej, zobaczysz.

- Już mnie pochowała. – mruknął, wpatrując się w eleganckiego staruszka wychylającego się z „o” w słowie „Monopoly”. – Nie wachluj tak tymi rzęsami, bo kataru dostanę. Zrób lepiej herbaty.
Zacisnęła usta w cienką linię, jak zawsze, kiedy miała wątpliwości.

- Dobra. – wstając, lekko się skrzywiła. Biodra ją bolały. W końcu ostatnią godzinę spędziła, siedząc po turecku. – Tylko nie oszukuj!
Zębowski poczekał, aż jej biało-czarne podkolanówki znikną za drzwiami i spojrzał na swoje nędzne fundusze. Zostało mu piętnaście funtów w dwóch banknotach. Jeszcze trochę i zostanie oskubany przez kogoś, komu jeszcze niedawno zmieniał pieluchy.

Wiktoria miała znacznie więcej pieniędzy. Nawet posegregowała je kolorystycznie. Już wyciągał rękę ponad planszą…
Nie, stop. Zatrzymał się wpół ruchu. Co on sobie myśli? Nie może okradać własnego dziecka, nawet w grze planszowej.

„To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym zielonym bzem…” – oświadczyła jego komórka.
- Co ty nie powiesz. – mruknął i podniósł aparat z podłogi. Sam również na niej półleżał, więc nie było to niczym dziwnym. Doskonale wiedział, kto dzwoni. Jego Małgośka.

- No hej. – powiedział z uśmiechem, nie czekając, aż ona się odezwie. – Własna córka doprowadziła mnie na skraj bankructwa. Może wpadniesz pocieszyć nieszczęśnika?
W odpowiedzi usłyszał jęk rozpaczy.

- Ej, ej, ej, spokojnie! – dalej się uśmiechał. – Jutro ją zjem na zakąskę, a poza tym – kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma w miłości, co?
To już nie był jęk, tylko wycie.

- Spokojnie, spokojnie. – uśmiech zniknął mu z twarzy. – Co się stało?
- Nie ma! – wyszlochała. – Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma!

- Już, już. – starał się ją uspokoić, chociaż ciśnienie wzrastało mu z minuty na minutę. – Czego nie ma?
- Niszego! Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma!

Uświadomił sobie, co to może znaczyć i włosy stanęły mu dęba. Wstał.
- Okradli cię? – zapytał. Zrobił kilka kroków w stronę drzwi.

- Okradły! – przyświadczyła, znów jęcząc żałośnie. – Okradły, zabrały…nie ma! Nie ma nic, nic! zi…ziękuję.
- Za co? – spytał. Był do reszty skonfundowany.

- To nie do ciebie. Siezę w Kneipe, piwo sobie zamówiłam. Następno. Jak myszelisz, ile trzeba wypić, szeby umszeć?
- O wiele więcej niż ty wypijesz. – odpowiedział szybko. Teraz już kompletnie nie wiedział, o co chodzi. Miał pojęcie, że ludzie w szoku bywają nieobliczalni. Ale miał problem z ogarnięciem rozumowo pani Bauermann, która świeżo po odkryciu kradzieży idzie się upić. I co, na miłość boską, musiał zabrać złodziej, żeby doprowadzić ją do takiego stanu?

Musi to być coś, co ona uważa za droższe od własnego życia…
Znał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że istnieją tylko dwie takie rzeczy. Po pierwsze bardzo eleganckie wydania powieści (choć gdyby to Zębowski był narratorem, powiedziałby raczej „powieścideł”) tego Brytola, którym tak się zachwyca. Wielokrotnie opowiadała, że były pierwszą rzeczą, dzięki której zaczęła się otrząsać z żałoby. Po drugie…

Spojrzał na kalendarz wiszący w przedpokoju i stanął jak wryty. Dzisiaj jest dwudziesty szósty listopada…Jak mógł o tym nie pomyśleć! Dzień ślubu i rocznica śmierci jej męża. Nawet konia powaliłoby takie combo. Nic dziwnego, że pije i skarży się, że wszystko jej odebrano.
Nie bardzo wiedział, jak ma ją pocieszyć. Generalnie nie był w tym zbyt dobry, a sprawę komplikował jeszcze fakt, że Heinricha i „poprzednie życie” pani Bauermann znał wyłącznie z jej opowieści. Cholera, cholera, cholera jasna. Nie chciał wygłaszać banałów w stylu: „Życie toczy się dalej”, bo to słyszała pewnie z milion razy.

- Miałez racja. – ciągnęła nieco sennym głosem osób, które wypiły za dużo. – Luzie są obszydliwi i podli. Wszyscy.
Zębowski rzeczywiście jej kiedyś coś takiego powiedział, choć miał raczej na myśli: „Każdy człowiek zachowuje się jak odrażająca kreatura, jeśli opłaca mu się to bardziej niż niebycie kreaturą”. Gdyby rozmawiali o tym przy winie, lub innym równie sprzyjającym dyskusjom napoju, pewnie by jej wytknął, że przeinacza jego słowa. Ale teraz nie było miejsca na takie rzeczy.

- Eee, tak źle nie jest. A…a Heinrich?
Odpowiedział mu tylko kolejny rozpaczliwy szloch. Zębowski miał ochotę walnąć głową o ścianę. Brawo, stary, gratulował sobie w myślach. Powiedziałeś rozbitej psychicznie wdowie, że jej mąż był jednym z nielicznych porządnych ludzi na Ziemi. Szykuj sobie półeczkę na Nagrodę Darwina.

- Tylko jedno własciwie miałam przez te trzy lata. – mówiła wypranym z emocji głosem. – Swiadomosc, sze on mnie kochał i był posządnym szłowiekiem. Zabrali mi go, ale przynajmniej wieziałam, sze do samego konca myslał o mnie tak samo, jak ja o nim. I było okay, bo mogłam się pocieszać, sze niektóre kobiety i tego nie mają. Ale nawet tego mi nie wolno.
Biorąc pod uwagę swoje ostatnie popisy, Zębowski wolał tylko słuchać. Może w ten sposób nie pogorszy sprawy.

- Był taki sam, jak reszta. A nawet gorszy. Oszukał mnie. Jak swinia. I teraz nie wiem, co myszelec. Jak kogoz kochasz, to mu takie szeszy nie robisz, więc dlaszego był ze mną? Szemu się oszenił, skoro i bez tego dostawał ode mnie wszystko, szego moszna chcieć od szony – aż tak mu zaleszało, szebym ja prała jego gacie? A wiesz, co jest najgorsze? – ciągnęła, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. – Najgorsze jest to, sze ja go dalej kocham. I nie umiem przestać. Jestem głupia?
Alleluja! W końcu pytanie, na które znał odpowiedź.

- Nie, nie jesteś. – zobaczył, jak Wiktoria wychodzi z kuchni z herbatą i przesunął się, żeby mogła wejść z powrotem do salonu. - Czegoś się dowiedziałaś, prawda? O Heinrichu?
Odpowiedzią był jęk, który jednak można było chyba traktować jako odpowiedź twierdzącą.

- Chcesz mi powiedzieć, czego?
- Nie mogę. – powiedziała takim tonem, jakby musiała się zmuszać do wypowiedzenia każdego słowa. – Jesli powiem to głozno, to chyba umrę…Umrę, rozumiesz? Serce mi wybuchnie.

- Wow. – podrapał się wolną ręką po nosie. – Aż tak źle jest?
- Duszo, duszo goszej.

- A to w stu procentach pewne? Wiesz, czasem, kiedy człowiek jest w coś silnie emocjonalnie zaangażowany…
Chciał ją pocieszyć. Dysponujemy narratorem wszechwiedzącym, więc możemy o tym Czytelnika zapewnić. Jednak wiadomo, że dobre chęci sprawdzają się najlepiej w roli kostki brukowej wiadomo, gdzie.

- Naprawdę myslisz, sze coz takiego przeszłoby mi przez usta, gdybym nie miała stuprocentowej pewnozci?! – krzyknęła. – Wiziałam to, co najbardziej lubisz, szyli dowód i to nepo…niepowaszalny. Ona ma jego oszy.
Dopiero po chwili uświadomił sobie co usłyszał.

- Orzesz kurwa.
Na ogół starał się panować nad językiem, kiedy rozmawiał z kobietami, ale w tej sytuacji żadne słowa nie wydały mu się odpowiedniejsze.

- Zgazam się w zupełnozci. – pociągnęła nosem. – Pomyslałam dokładnie to samo.
- Wiesz co. – znowu lekko się uśmiechnął, mając nadzieję, że ten uśmiech w jakiś sposób do niej dotrze. – Wsiadaj natychmiast w pekaes i przyjedź do mnie. Dam ci wina, czekolady i sama zobaczysz, że wszystko zrobi się łatwiejsze.

Znowu zaczęła szlochać.
- Ty…jestez…jestez…

Debilem, dokończył w myślach. Jej się życie zawaliło, a ty proponujesz wino i czekoladę…
- …taki kochany! – dokończyła. – Naprawdę, nie wiem, szym sobie zasłuszyłam na ciebie. Zięki, ale chyba przyjadę dopiero jutro. Muszę jeszsze coz załatwić, nie wiem, ile mi to zajmie. A potem prawdopodobnie pójdę na noc do Kryzki. Ale nie wyszucaj tej schokolady. Mam już pomysł, co z nią zrobię.

- Wiedziałem, że akurat w tej kwestii mogę liczyć na twoją kreatywność. – uśmiechnął się.
- Bo pomysłowa ze mnie ziewszyna. Dobra, końszę. Idę wlezc do gniazda szmij.

- Brzmi poważnie. Dasz sobie radę?
Parsknęła śmiechem.

- Szartujesz? Ja Niemka jestem, twarda jak Panzerwagen[2]!
Też się zaśmiał. Po części dlatego, że ona to zrobiła. W końcu.

- O Jezu, sam zaczynam się ciebie bać. Ale gdybyś kogoś zabiła, to najpierw zadzwoń do mnie, okay? Niczego przedtem nie rób.
- Nie ozmieliłabym się. Dobra, spadam. Jeszcze raz zięki.

- Czekaj chwilę. Jak jest „powodzenia” po niemiecku?
- Viel Gl
ück.
- O Jezu. – podrapał się po karku. – Za trudne. Nie powiem tego na głos, ale w myślach mogę…Będzie się liczyło?
- Ledwo ledwo. Zaliszę ci to, ale na słabą tróję. Popraw się na przyszłozc.

- Się robi, pani profesor. – zasalutował wolną ręką. – Dobra, spadam, żeby własna córka mogła mnie żywcem pożreć.
Pani Bauermann znowu się zaśmiała.

- Okropny pomysł. Surowe mięso jest niezdrowe. Na razie.
- Cześć.

Schował komórkę do kieszeni. Chyba, jakoś zdołał poprawić swojej rozmówczyni humor. I dobrze, bo na chwilę przed wejściem do „gniazda szmij” człowiek powinien się uśmiechać. Choćby przez sekundę.

 

***

 Otworzył teść – i chwała niech będzie Stwórcy, bo gdyby na dzień dobry stanęła oko w oko z „mamusią”, zwiałaby, gdzie pieprz rośnie.
Stefan za bardzo się nie zmienił, odkąd go ostatnio widziała. Ubyło mu tylko włosów.
- Recia? Co ty tu robisz?
Nic dziwnego, że jest zdziwiony – w końcu tamtego dnia na sądowym korytarzu obiecała sobie, że nie będzie miała z tymi ludźmi już nic wspólnego.

- Musimy porozmawiać. – powiedziała sztywno, również po polsku. – Mogę?
Kiedy odwieszał jej kurtkę, poczuła wyrzuty sumienia. Cholera jasna, zawsze był dla niej miły, to nie on wyzywał ją od morderczyń…Skoro odzywała się do Ericha, do Stefana też mogła. Chociaż na urodziny zadzwonić.

Weszli do salonu.
- Wynoś się stąd.

Westchnęła, patrząc na teściową. Spodziewała się takiego przyjęcia.
- Dobry wieczór. – odpowiedziała, też po niemiecku.

Karoline Bauermann aż wstała.
- „Dobry wieczór”? Śmiesz przychodzić tu w rocznicę śmierci mojego syna i twierdzić, że ten wieczór jest dobry?!

Stefan spojrzał błagalnie na żonę.
- Lini, nie przesadzaj…Reta chciała się tylko przywitać.

- Niech się od razu pożegna. I wynosi z mojego domu.
Młodsza pani Bauermann uśmiechnęła się krzywo. Teraz była w stanie to zrobić. W Waręcinie czeka na nią Darek z czekoladą i winem. Ta myśl dodawała jej sił.

- Jak najchętniej, mamusiu…Właściwie wpadłam tylko, żeby ci pogratulować. Wam obojgu. Byliście niewiele starsi ode mnie, prawda?
Karoline zmrużyła oczy.

- Co ty wygadujesz?
- W tym wieku już być dziadkami, no, no…nie lada osiągnięcie. Że też nigdy się tym nie pochwaliliście…A może coś źle zapamiętałam?

Bum. Granat rzucony. Oboje natychmiast zrozumieli, o co chodzi, mieli to wypisane na twarzach. Mamusia starała się jeszcze trzymać fason, więc wytoczyła ciężkie działo.
- Jesteś pijana! Co, geny się odezwały? Wiedziałam, że tak będzie!

Jeszcze wczoraj takie aluzje na pewno zamknęłyby jej usta. Ale nie dziś. Skoro Heinrich był draniem, to i ona nie musi mieć skrupułów.
- A owszem, jestem pijana, ale nawet nie w połowie tak bardzo, jak bym chciała, mamusiu. Takie spóźnione pępkowe. Poza tym byłam dzisiaj u Heiniego i muszę wam powiedzieć, że byłby zadowolony. Dostał lampkę od rodziców, żony, nieślubnej córki, jej matki…Rodzinka w komplecie. Tylko od brata brakuje, ale Eri na dniach przyjedzie, mam rację?

Karoline wybuchła płaczem.
- Ja już nie mogę… - jęknęła, ukrywając twarz w dłoniach. – Zabiłaś mojego synka, a teraz przychodzisz tu i opowiadasz jakieś bzdury…

Kolejna rzecz, która w normalnym trybie spowodowałaby u niej napad histerii. Teraz miała ochotę spojrzeć na zegarek, żeby sprawdzić, ile czasu upłynęło między „Dobry wieczór” a oskarżeniem o mężobójstwo. Miała przeczucie, że teściowa ustanowiła nowy rekord.
- Bzdury, tak? – nie zdejmowała z twarzy suchego uśmieszku. – Mnie się jakoś nie wydaje, żeby nieślubna córka mojego męża była bzdurą…Ale jestem tylko córką robola, mogę mieć trochę inną skalę, niż mamusia.

Córka robola i pijaczki. Teściowa nazwała ją tak zaraz po zaręczynach, w rozmowie ze swoją przyjaciółką. Nawet nie zamknęła drzwi ani nie starała się szeptać.
Reta strasznie wtedy płakała. Miała ochotę zwrócić Heinrichowi pierścionek, ale kiedy spojrzała w te niebieskie oczy, uświadomiła sobie, że nie może już bez nich żyć. Powinna wtedy być twardsza. Miałaby teraz święty spokój.

Stefan westchnął. Miała wrażenie, jakby postarzał się o dziesięć lat. Nawet jego wąsy oklapły.
- To wszystko jest bardziej skomplikowane, niż myślisz. – wstał. – Chodź ze mną, wszystko ci wytłumaczę.

 

***

 

Weszli do jego gabinetu. Usiadła sztywno na krześle. Przypominała raczej manekina ze sklepowej wystawy niż żywego człowieka.
Westchnął w duchu, kiedy przypomniał sobie, że jeszcze nie tak dawno ciężko było ją spotkać bez uśmiechu na twarzy. Ale tamtej Rety już nie było. Podobnie jak dawnego Ericha. I Karoline.
Mogłoby się wydawać, że trzy lata temu w wypadku zginęła jedna osoba. Jednak tak naprawdę ofiar było znacznie więcej.

- Chcesz whisky? – zapytał.
- Nie, ziękuję. – odparła mechanicznie. – Wolę nie prowokować moich genów.

Usiadł za biurkiem.
- Nie bądź zbyt surowa dla mamy. – poprosił. – Nawet sobie nie wyobrażasz, co to znaczy stracić dziecko…

- Jesli tylko tyle masz do powiezenia, już pójdę.
Wierzyć mu się nie chciało, że słyszy takie słowa z ust nauczycielki i osoby, która kiedyś była wolontariuszką w domu spokojnej starości. W stosunku do Karoline zachowywała się jak pozbawione empatii monstrum. Zupełnie, jakby Heinrich był tylko mężem i żona miała wyłączne prawo po nim rozpaczać.

- Zaczekaj. W wieku nastu lat Heini…wiem, że o zmarłych albo dobrze, albo wcale, zwłaszcza w rocznicę śmierci, ale muszę to powiedzieć, żebyś naprawdę zrozumiała. Był wtedy idiotą.
Twarz Rety nie wyrażała kompletnie niczego.

- Hormony mu buzowały, a poza tym sama wiesz, że trochę go z mamą rozpuściliśmy. Kradł mi samochód, chodził na imprezy, wyobrażał sobie, że jest nie wiadomo kim…a dziewczyny zmieniał, jak rękawiczki.
Odchrząknęła.

- Jesli chcesz mi powiezieć, sze to pierwsza z wielu takich sytuacji, to chyba zmienię nazwisko.
Stefan lekko się uśmiechnął. A przynajmniej spróbował.

- Nie, tak źle nie jest. To był incydent, zapewniam cię.
- Incydent! – prychnęła.

- Spodziewałem się, że prędzej czy później do czegoś takiego dojdzie. Mogłem temu zapobiec, przyznaję. Kiedy sprawa wypłynęła, Heinrich stał się znowu dzieciakiem, który piłką rozbił szybę i teraz chce, żeby tatuś ugłaskał sąsiada. Mama prawie dostała wtedy zawału. Mówiła, że to rozwali mu życie, że jednym głupim błędem zniszczył sobie przyszłość…Nie zapominaj, był wtedy jeszcze przed maturą. Co miałem zrobić? Dogadaliśmy się z rodzicami tej dziewczyny, bez sądu, żeby dodatkowego cyrku nie urządzać i przesyłałem jej raz na miesiąc coś w rodzaju alimentów.
- A szy ona…kontaktowała się z Heinrichem? – zapytała Reta tonem człowieka, który doskonale zna odpowiedź.

- Tak. – Stefan kiwnął głową. – Sporadycznie, ale się odzywała. Przysłała mu nawet zdjęcie jego…jego córki.
Reta przełknęła ślinę.

- I…i co z nim zrobił?
To pytanie zaskoczyło Stefana.

- A co miał robić? Patrzył na nie czasem…Chyba do końca do niego nie dotarło, że to jego dziecko. Chociaż potem, kiedy usłyszał, jak mówi „tato” do innego faceta…
Urwał. Jego ulubiona synowa sprawiała wrażenie, jakby miała zemdleć.

- Co? – wyjąkała po niemiecku. Chyba z wrażenia. – Heinrich ją…widział? Na żywo? Nie tak na zdjęciu?
Na szczęście lata małżeństwa z Niemką sprawiły, że Stefan potrafił komunikować się biegle w dwóch językach i swobodnie przechodzić z jednego na drugi.

- Ja. - powiedział więc. – Nur einmal, aber wir beide haben sie gesehen. Diese Frau hat uns nicht gesehen, aber Heinrich hat ihr später von unserem „Besuch” erzählt.
Reta, fühlst du dich gut?[3]
Jego rozmówczyni zrobiła się prawie sina na twarzy. Stefan natychmiast rzucił się, żeby otworzyć okno. Z gardła Rety wydobył się trudny do opisania dźwięk – coś pomiędzy płaczem, krzykiem, a histerycznym śmiechem.

- Sie l
ügen! – krzyknęła strasznym głosem. – Alle lügen![4]
Stefan zrobił jedyną rzecz, która wydała mu się adekwatna w tej sytuacji: objął byłą synową jak ojciec córkę. Zarzuciła mu ręce na szyję i zaczęła szlochać w koszulę.

- Ćśś… - szeptał po niemiecku. – On cię kochał. Bardzo, bardzo, bardzo mocno. To nie jest kłamstwo i to jedyna rzecz, o której musisz pamiętać. Reszta nie ma znaczenia.
Spojrzała na niego.

- J…jak to nie ma znaczenia? – wyjąkała. – Przecież on…całe życie…cały czas…ja…!
- Doskonale wiem, jak to musi wyglądać z twojej perspektywy. – zapewnił. – Ale…

- Naprawdę? Nie wydaje mi się. – jej usta wykrzywiał gorzki grymas. – Poza tym, skoro teraz jesteś taki pełen współczucia, to dlaczego milczałeś przez tyle lat? Nie jesteś wcale lepszy od Heinricha.
Stefan zmarszczył brwi.

- Tylko że on był twoim m ę ż e m. – zauważył. – A ja jego ojcem. Co miałem zrobić, podczas rodzinnego obiadku wziąć cię na stronę i powiedzieć: „Słuchaj, Reta, twój mąż ma dziecko z inną”? powiedz sama: uwierzyłabyś mi?
Westchnęła.

- Stefan, ja nie wierzę nawet tej kobiecie…Chociaż zobaczyłam najbardziej niezbity dowód, jaki może być.
- Sama widzisz. – mężczyzna kiwnął głową. – To był twój mąż. Sam powinien był ci o tym powiedzieć.

- Tylko jakoś się nie złożyło. – prychnęła. – Ale ta cała…mamuśka też nie lepsza. Twierdziła, że nie mieli kontaktu, odkąd ta mała się urodziła. A tu proszę…Może w ogóle mi powiesz, że za każdym razem, kiedy miał nadgodziny, chodzili razem na spacerki, co?
Pokręcił głową.

- Nie, to był ten jeden raz. Zadzwoniła wtedy do mnie i powiedziała, że nie chce już ode mnie żadnych pieniędzy. Wypytywałem, dlaczego, ale zaczęła się jakoś dziwnie plątać. W końcu przyznała, że niedawno wyszła za mąż. – odchrząknął. – I mieszka teraz w Poznaniu. Powiedziałem o tym Heinowi. Uznałem, że powinien wiedzieć. Dwie godziny siedział u siebie w pokoju, a kiedy wyszedł, oznajmił: „Ustaliliśmy z Justką, że lepiej będzie, jeśli…dam tej małej spokój. Ten jej mąż to chyba porządny facet…Będzie lepszym ojcem ode mnie”.
Reta przekrzywiła głowę.

- Ale jednak ją widzieliście.
- Tak. Tamtego lata Heinrich zasugerował, żebyśmy pojechali do Poznania na wakacje. Wiedziałem, że chodzi mu o Justynę, ale zaprzeczał, kiedy to sugerowałem. W każdym razie trzeciego dnia minął nas na ulicy facet idący z czarnowłosą dziewczynką za rękę. Heinrich stanął jak wryty. Wiedział, że to jego córka. Może jakiś instynkt, czy coś…Zresztą wiek małej na oko się zgadzał. A potem usłyszeliśmy, jak mówi do tego gościa: „Tato”.

Potarł oko.
- Heinrich rozmawiał chyba tego wieczoru z tą dziewczyną ostatni raz. Przy kolacji powiedział: „Tak będzie lepiej”. A niedługo później spotkał ciebie i zakochał się po uszy.

Pierwszy raz, odkąd ją dzisiaj zobaczył, w oczach Rety zabłysło ciepło, jakby wspominała tamte dni.
- Kiedy zobaczyłem, że to poważna sprawa, próbowałem go namówić, żeby ci wszystko powiedział, ale zawsze mówił: „Później, teraz nie jest odpowiedni moment”. Byliście razem rok, drugi, trzeci, wzięliście ślub…i ten „odpowiedni moment” nie nadszedł nigdy.

Reta pociągnęła nosem.
- On cię kochał, Gretel. – zapewnił Stefan. Miał nadzieję, że jego głos zabrzmiał pocieszająco, choć sam czuł się dzisiaj okropnie. W końcu przez dwadzieścia lat traktował Heinricha jak własnego syna. – Bardzo. Bał się, że go odrzucisz, jak to wszystko wyjdzie.

Usta kobiety wykrzywił gorzki uśmiech.

 

***

 Kryśka była świetna. Na co dzień wręcz tryskała energią i potrafiła mówić niemal bez przerwy. Zawsze wiedziała jednak, kiedy należy powściągnąć gadulstwo. Zwyczajnie kogoś przytulić.
Tak było w tym przypadku. Gdy pani Bauermann stanęła w progu jej mieszkania, od razu poczuła wokół siebie ramiona przyjaciółki. Wciągnęła znajomy kwiatowy zapach. Ten sam czuła szesnaście lat temu, kiedy się poznały.

Westchnęła cicho. Zawsze była tu traktowana jak domowniczka, a mimo tego odwiedzała przyjaciółkę najrzadziej, jak się tylko dało i ciągle mówiła, że jest zajęta, kiedy Kryśka chciała złożyć j e j  wizytę. Ale tak było lepiej. Dla wszystkich.
Dostała herbatę owocową, kanapki…Nic wielkiego, ale pani Bauermann zajadała się, jakby to był najsmaczniejszy posiłek na świecie. Nie jadła od rana.

Kryśka kilka razy próbowała o coś pytać, ale bez efektu. Nasza główna bohaterka nie była w stanie jej odpowiedzieć. Przyjaciółka była świadkową na jej ślubie. I zawsze powtarzała, jak świetnie do siebie z Heinrichem pasują. Co by zrobiła, gdyby wiedziała?
Oprócz tego pani Bauermann dalej bała się, że jeśli powie głośno: „Mój mąż ma dziecko z inną”, nastąpi katastrofa. Jak w tej grze, gdzie gracze wyciągają pojedyncze klocki z drewnianej wieży. Wszystko idzie dobrze, a potem jeden nieostrożny ruch i bam! Cała konstrukcja rozsypuje się w drobny mak. Teraz było podobnie. Jeśli powie t o na głos, zostanie naruszona podstawowa zasada wszechświata i już nie będzie…niczego. Tak jak mówiła Darkowi przez telefon.

    
Siedziała w pokoju, patrząc bezmyślnie przez okno. Przewiercała wzrokiem nieprzeniknioną czerń, jakby to był najciekawszy obraz na świecie.
Wyciągnęła rękę, jakby chciała sięgnąć po leżący na komodzie telefon i cofnęła rękę. Musi to zrobić. Nie, nie może.

- Werd erwachsen, du narriches Weib. – mruknęła z irytacją i wybrała numer.
- Halo?

- A jednak się z nim pani kontaktowała.
To nie był czas na uprzejmości.

Justyna westchnęła. Nie pytała o nic.
- Tak.

- I ustalilizcie – pani Bauermann wypowiedziała to słowo bardzo wyraźnie. – Sze lepiej bęzie, jesli Heinrich nie bęzie uszestniszył w szyciu Zuzi.
- Tak… - powtórzyła Justyna z wyraźnym zażenowaniem. – Mówiła już „tata” do mojego męża, nie wiedziałem, jak wpasować w to wszystko Heina. Co, miałam jej powiedzieć, że to drugi tatuś? Wujek? Uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli zapewnię jej normalne dzieciństwo, bez tego genetycznego bałaganu. Chcieliśmy, żeby sama zdecydowała, czy chce go poznać, jak będzie starsza.

- Tylko zapomniała jej pani powiezieć, sze ma ten wybór. – dokończyła pani Bauermann gładko.
Zapadła cisza.

- Chciałam to zrobić, ale wie pani, ciągle odkładałam. Nasze życie było takie…zwyczajne. Poukładane. Nie chciałam tego niszczyć.
- Wolała pani doprowadzić do sytuacji, w której Zuza nienawidzi Heinricha, bo jest przekonana, że ją odrzucił? – zapytała cicho pani Bauermann.

Nadal miała w uszach słowa: „Cieszę się, że nie żyje. Cieszę, cieszę, cieszę!”.
Mówić tak o jej mężu, jeszcze w rocznicę śmierci…Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, w innych okolicznościach, nie pożyłby zbyt długo.

Justyna westchnęła.
- Teraz wiem, że to był bardzo zły pomysł, ale naprawdę chciałam dobrze. Ja…ja…

Pani Bauermann znała ten ton, więc szybko weszła rozmówczyni w słowo. Naprawdę nie była dziś w stanie wytrzymać cudzych łez.
- Proszę jej powiezieć, jak było. – doradziła. – To mądra ziewszyna…jezli choć odrobinę wdała się w Heinricha, to nie ma innej opcji. Zrozumie.

- Myśli pani?
- Tak. – starała się mówić do bólu neutralnym tonem. – Jestem nauszycielka, wiem, o szym mówię.

Ostatnie słowa nie były właściwie skierowane do Justyny. Pani Bauermann musiała raczej przypomnieć sama sobie, że w jakiejś dziedzinie jest profesjonalistką. Że Zuza to normalna nastolatka, a nie tylko córka…
- Dobrze. – głos Kowalewskiej brzmiał o wiele pewniej. – Dziękuję, porozmawiam z nią. A jak…jak się pani czuje?

- Doskonale. – ucięła pani Bauermann.
Żadna z nich nie czuła się komfortowo podczas tej rozmowy, więc szybko ją zakończyły.

Wdowa miała wrażenie, jakby ktoś trzymał jej głowę w kleszczach. Pomyślała, że musi zrobić coś, cokolwiek, żeby zagłuszyć niechciane myśli. Nie może siedzieć sama, bo oszaleje.

 

***

 - „Ajajaj! – rzekł Puchatek. – Nie wiedziałem, że to już tak późno! Więc przycupnął i zdjął pokrywkę z baryłki…”.
- Ciocia!

Urwałam i odłożyłam książkę. Reta rzeczywiście stała w drzwiach. Miała zaczerwienione oczy i nos, ale jej usta wykrzywiał lekki uśmiech.
Mundzio zerwał się z kanapy. Uwielbiał swoją chrzestną. Kiedy zaczął do niej biec, przyklękła, żeby nad nim nie górować.

- Pocytas mi? – poprosił. – Tak śmiesnie to lobisz!
Już miałam go upomnieć. Reta bardzo nie lubiła, kiedy ktoś wyśmiewał jej akcent. Była z niego dumna i dbała, żeby mimo upływu lat nadal był wyraźny.

- Jasne, kochanie. – zapewniła. – Ale za chwileszkę, dopsze? Teraz muszę porozmawiać z mamusią.
Mundzio zmarszczył czoło. Widocznie zauważył ślady łez na jej policzkach. Dotknął ich palcami.

- Cemu jestes smutna? – zapytał z wyraźnym zaniepokojeniem.
Przełknęła głośno ślinę, ale nie przestała się uśmiechać.

- To nic, kochanie. Mam po prostu trudny zień, ale za…zaraz mi przejzie.
Czułam, że nie zdoła wypowiedzieć już ani jednego zdania udając, że wszystko jest w porządku.

- Edziu. – powiedziałam więc szybko. – Idź pobawić się chwileczkę do siebie, dobrze? Za minutkę z ciocią do ciebie przyjdziemy.
Wyglądał na nieprzekonanego, ale wyszedł z pokoju.

Zostałyśmy same. Szybko odłożyłam „Kubusia Puchatka” na komodę.
Spodziewałam się wybuchu płaczu, ale nic takiego nie nastąpiło. Reta usiadła koło mnie w tym samym miejscu, które przed chwilą zajmował Mundzio i powiedziała jedno zdanie.

Początkowo nie mogłam jej uwierzyć, ale zanim zdążyłam się upewnić, czy dobrze słyszę, padły kolejne. I kolejne. Miałam milion pytań, jednak kiedy skończyła, wydusiłam tylko:
- Jesteś…jesteś pewna?

Reta nie odpowiedziała. Sięgnęła tylko po coś do torebki. Podała mi to. Zdjęcie.
Widać na nim było ubrane w kremowe śpioszki niemowlę z mnóstwem czarnych włosków na głowie.

- Dostałam od Stefana. – powiedziała głosem bez wyrazu.
Miałam wrażenie, że za chwilę eksploduje mi mózg. Jeśli tak, to co powiedzieć o Recie?

Czułam, że powinnam jakoś ją pocieszyć, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
- Szuję się, jak idiotka. – ciągnęła. – Ostatnia, slepa, głucha idiotka. Jak ja mogłam szyć z nim tyle lat i nic…nic nie wizieć?

Wyjęła z torebki sfatygowaną chusteczkę i otarła oczy.
Pogłaskałam ją po dłoni.

- Kochałaś go, to wszystko. Wtedy człowiek bywa kompletnie ślepy. A poza tym…jeśli był przekonany, że jego córka wychowuje się w normalnej, pełnej rodzinie, a taki obraz wynika z tego, co mówisz, to chyba nie miał powodu…
Weszła mi w słowo.

- Ciebie tam nie było. Wtedy, pod koniec, kiedy, kiedy…zaszęlizmy się kłócić o ziecko, on…
Wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić dużo szybciej. Jakby z butelki szampana wystrzelił korek.

- Szułam, sze coz ukrywa, sze szegoz mi nie mówi…Musiały się w nim odezwać wyszuty sumienia, sze tamtą ziewszynkę zostawił. Ja…verdammte Schei
βe, gdybym pozwoliła mu mówić…Gdybym nie była taką cholerną egoistką!!!
Jej ciałem zaczął wstrząsać spazmatyczny szloch. Przytuliłam ją z całej siły.

- Ćśś…ćśś…to nie twoja wina. Nie wiedziałaś. Heini na pewno nie miałby do ciebie pretensji. On cię kochał. Kochał. Kochał…
Powtarzałam to słowo, jak kołysankę. Jako matka pięcioletniego dziecka mam sporo praktyki w używaniu uspokajającego tonu głosu.

W końcu plecy Rety przestały dygotać. Wyprostowała się.
- Jeszsze przed chwilą byłam na niego wzcekła, sze mnie oszukał, ale teraz…teraz wizę, sze nie jestem wcale lepsza. Ja go zawiodłam. Zawiodłam!

- Nie. – zapewniłam. Wiedziałam, że odkąd Heinrich umarł, Reta miała skłonność do wynoszenia go pod niebiosa i brania na siebie winy za wszystko, co czyniło ich związek nieidealnym. Nie mogłam pozwolić, żeby tak się katowała. Hein był naprawdę przemiłym facetem, ale do świętości brakowało mu sporo. – Nie zawiodłaś. Był z tobą szczęśliwy. Szczęśliwy. Naprawdę…
Reta odsunęła się ode mnie. Jej oczy nadal były pełne smutku. Nie wyglądała na specjalnie przekonaną.

- My…
- Czekaj! – powiedziałam, schylając się. – Tu coś jest napisane!

Kiedy się przytulałyśmy, zdjęcie córki Heinricha spadło na podłogę, tylną stroną do góry. Znajome, zawijasowate pismo…
Reta wstrzymała oddech. Podniosła fotografię. Jej oczy przesuwały się od lewej do prawej z szybkością światła.

Nie od razu pokazała mi, co jest tam napisane, ale na ustach miała uśmiech. Po raz pierwszy, odkąd widziałam ją tego wieczoru, sprawiała wrażenie szczęśliwej.

 

***

 

19 sierpnia 2009

 Patrzył na zdjęcie intensywnie. To jego córka. Mimo upływu lat nadal nie potrafił o tym myśleć bez ucisku w żołądku. On zawsze widział ją jako noworodka, ewentualnie tę małą dziewczynkę w bluzce z myszką Minnie, którą zobaczył na ulicy. Teraz chyba chodziła już do szkoły. Ciekawe, jak jej szło?
Może spróbuje jakoś odszukać Justynę i poprosi o aktualniejsze zdjęcie? Ma chyba prawo wiedzieć, jak wygląda owoc jego własnych lędźwi.

Zaskoczyły go własne myśli. Już dawno pogodził się z tym, że Zuzię wychowuje inny facet. Mimo tego czuł dziwny żal, patrząc na fotografię.
- Tak jest lepiej. – powiedział na głos. – Tak jest lepiej.

- Co robisz?
Nieomal dostał zawału. Na szczęście to był Stefan, ale Heinrich i tak poczuł wstyd. Jakby został przyłapany nago.

- Ach, rozumiem.
Heinrich milczał.

- Wiesz, że musisz jej powiedzieć, prawda?
Wciąż cisza.

- Chcesz się z nią ożenić?
Aż się zjeżył.

- Oczywiście, że tak.
- To musisz jej powiedzieć. Reta zasługuje…

- To sprawy między mną, a nią. – wycedził.
Stefan pogładził się po wąsach.

- Jasne, ja mogę tylko życzliwie doradzić. I radzę: załatw to szybko. Inaczej będziesz żałował.
Gdy Heinrich został sam, westchnął ciężko. Myślał o jasnych włosach i niebieskich oczach. Jeszcze trochę i będzie je widywał codziennie po przebudzeniu.

Westchnął. Kogo chciał oszukać? Grettie faktycznie zasługiwała na szczerość. Ale to byłby koniec ich związku. Była w stanie zrozumieć wszystko. Porzucenie dziecka – nigdy. A jak inaczej można było to nazwać? Zrobił to samo, co jego ojczulek, niejaki Pan NN. Pomyśleć, że zawsze obiecywał sobie, iż będzie lepszy. Śmiechu warte.
Odwrócił zdjęcie, chwycił długopis i zaczął pisać.

 

Słoneczko, 

To moja córka. Nie wychowuję jej, bo tak jest lepiej. Wybacz, że nie mówię tego osobiście, ale jestem cholernym tchórzem. Zasługujesz na kogoś lepszego, ale nie mogę znieść nawet myśli o tym, że jesteś z kimś innym. Potrzebuję cię, jak powietrza. Mężem będę dużo lepszym niż ojcem. Nie jest to zbyt wygórowana obietnica. Spełnię ją jednak z nawiązką, zobaczysz. Daj mi tylko szansę.

 

Przepraszam,

Heini  

 

Idiotyzm. Gdyby pisał to na zwykłej kartce papieru, podarłby ją na kawałki. Nie dość, że te dyrdymały są kompletnie żałosne i błagalne w tonie, to jeszcze jak napisane! „jest”, „jestem”, jesteś” …Cholera jasna.
- Powiedz jej to normalnie, gębą. – nakazał sobie. – Zachowuj się, jak prawdziwy mężczyzna!
W tej samej chwili zadzwonił telefon. Heinrich zerknął na wyświetlacz. Grettie…

- Kochanie, muszę ci coś powiedzieć.
Pot wystąpił mu na czoło. Teraz albo nigdy!

- Ja też. To ważne.
- Yyy…dobra, ty pierwsza. W końcu panie przodem! – zaśmiał się nerwowo.

Tchórz, tchórz, tchórz!
- Wiesz. – jej głos był smutny. – Tak sobie myślę, że po twojej stronie będzie tyle rodziny, a u mnie
dwie osoby na krzyż…
- Gdzie? – zapytał głupio.

Roześmiała się.
- Na naszym ślubie, głuptasku…Zapomniałeś?

- Tak…to znaczy nie, nie zapomniałem. Na naszym ślubie, tak. I co z nim?
- Heini, wszystko okay?

- Jasne, jasne. – szybko odłożył zdjęcie córki, jakby go parzyło. – Niby co miałoby być nie w porządku? Tylko wiesz, jestem trochę zdenerwowany. To będzie w końcu mój pierwszy ślub…
Brzmiało chyba wiarygodnie. Tchórz stulecia!

- Ja za to miałam już dziesięciu mężów. – oznajmiła z powagą. – I wiem, że można to przeżyć, jeśli uprzedzi się księdza, żeby nie czekał na młodych z siekierą. Myślisz, że znajdziesz w przyszłym tygodniu czas? Wpadniemy na plebanię i to załatwimy.
Parsknął śmiechem. Właśnie między innymi dlatego nie mógł sobie wyobrazić, że miałaby zniknąć z jego życia. Kilka minut rozmowy z nią i wszystko było w porządku.

- Jasne. Chyba faktycznie powinniśmy to zaznaczyć.
- I co, lepiej?

- Z czym?
- Z twoim humorem.

Cholera. Chyba jednak nie brzmiał do końca wiarygodnie.
- Tak, tak. – powiedział szybko. - Lepiej, znacznie lepiej.

- O co naprawdę chodziło?
Heinrich przełknął ślinę. Teraz albo nigdy.

- Powiedz mi, słoneczko… - bezwiednie użył określenia, które przed chwilą napisał. Ogarnął go lęk, jakby narzeczona mogła się w ten sposób domyślić całej reszty. – Powiedz mi taką rzecz, em…ufasz mi?
- Oczywiście! – w jej głosie brzmiało tyle czułości, że poczuł się, jak skurwiel tysiąclecia. – Jak nikomu innemu…I o tym właśnie chciałam ci powiedzieć. Jest mi trochę przykro, że z mojej rodziny będzie tak mało osób i…i babcia nie uszyje mi sukni… - głos jej zadrżał. – Ale tak, jak teraz sobie myślę, to to chyba nie ma zbyt wielkiego znaczenia, jak uważasz?

- Pewnie, że nie ma. – zapewnił miękko. – To tylko szczegóły, nikt nie zwróci uwagi…A jak zwróci i coś mu nie podpasuje, to niech się pierdoli.
Usłyszał jej śmiech. Mógłby go sobie zapętlić i słuchać do końca świata.

- Mówiłam, żebyś nie przeklinał. – nagana w głosie narzeczonej nie brzmiała zbyt ostro. – Ale masz rację, szczegóły…Babcia pewnie będzie tańczyć razem z nami, tylko piętro wyżej. Najważniejsze, że po tym wszystkim MY będziemy rodziną. Prawdziwą rodziną, Heini.
Przełknął ślinę. Córka to też rodzina…dość bliska.

- Chcę, żebyś wiedział – ciągnęła Grettie. – Że to dla mnie naprawdę ważne. Byłam z paroma facetami, ale nigdy nie czułam, że mogłabym z nimi stworzyć coś takiego. Ty…z tobą jest inaczej.
Po takim wyznaniu powinien czuć falę ciepła na całym ciele. Skąd więc kula lodu w żołądku?

„No i jak ja mam jej teraz powiedzieć, że mam dziecko?” – pytał samego siebie. – „No jak?”.
Grettie parsknęła śmiechem, zdecydowanie nie ułatwiając sprawy.

- Oj! Przepraszam, kochanie…Chciałeś mi coś powiedzieć, a ja mielę językiem. Pytałeś, czy ci ufam, więc odpowiadam: tak. Bezgranicznie. Co w związku z tym?
- Eee…yyy…nic, naszło mnie jakoś. Zaufanie to podstawa udanego małżeństwa, nieprawdaż? 

- Małżeństwa… - powtórzyła Grettie z zachwytem. Zdawała się smakować to słowo.
Rozmawiali jeszcze dłuższą chwilę. Po wszystkim Heinrich spojrzał znowu na zdjęcie córki.

- Sama słyszałaś. – zwrócił się do niej. – Nie mogłem jej tego t e r a z  powiedzieć. Ale zrobię to, jak tylko nadejdzie odpowiedni moment. Obiecuję, mała.
Tak…bez odpowiedniego momentu ani rusz w takich sytuacjach.
     


[1]Gruby – niem. dick

[2] Samochód pancerny

[3] Tak. (…) Tylko raz, ale obaj ją widzieliśmy. Ta kobieta nas nie widziała, ale Heinrich powiedział jej później o naszej „wizycie”…Reta, dobrze się czujesz?

[4] Oni kłamią! (…) Wszyscy kłamią!

Komentarze

  1. Nie wiem czy to kwestia błędów przeformatowania po wklejeniu tekstu z edytora do bloggera, ale od razu wpada w oko brak spacji po niektórych znakach pisarskich; w szczególności zawsze brakuje spacji po trzykropku...
    "Dobrze trafiłam. Przepraszam[,przecinek] że tak bezpośrednio, ale...[ ]czy nie zna pani przypadkiem Heinricha Bauermanna? Taki przystojny, czarnowłosy…[ ]znaczy taki był"

    Dobrze by się było przyjrzeć czy w oryginalnej wersji tekstu jest to poprawne, czy trzeba zmieniać.

    Nagle w trakcie opowieści zmienia się nie tylko bohater ale i rodzaj narracji - pojawia się bohater mówiący o sobie. Tworzy to złe wrażenie, bo powstaje złudzenie, że mamy cały czas jednego narratora, to jest - opowieść o pewnej tłumaczce, która siedzi dłużej w łóżku i ma telefon, to narracja wszechwiedząca tego faceta, który jej wtedy nie znał i nie widział. To tylko wywołuje zamieszanie w głowie czytelnika, nie służy opowieści.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz