Jak wkurwić Norwega - poradnik praktyczny
Natalia! Jak dalej będziesz się tak stresować, to przyjadą do ciebie panowie w czarnym, porwą, zamkną w piwnicy i każą na okrągło słuchać Zenka. Sama widzisz, że lepiej się uspokoić!
- Darek, mógłbyz mi oddać przysługa?
- Tego męskiego przysługa? – uśmiechnął się detektyw,
wyciągając naczynia ze zmywarki. – Nie za bardzo wiem, jak wygląda, ale jeśli jakiegoś
znajdę, to nie ma sprawy.
- Barzo zabawne… - westchnęła pani Bauermann. – Nigdy ci się
to nie znuzi, co?
- Skoro ciągle dostarczasz mi amunicji…O co chodzi?
- Masz jakiez plany na sobota?
Przyjrzał się pod światło jednej ze szklanek. Cholera, znowu
zacieki…
- No nie, nie…Mam teraz jedną sprawę, ale myślę, że
najpóźniej do piątku wieczorem powinienem wszystko ogarnąć. A co?
- Napiłbyz się ze mną wtedy, znaszy w sobota, Kaffee w „Szonkilu”?
- A dlaczego nazywasz to „przysługą”? – uśmiechnął się krzywo.
– Zadarłaś z ruską mafią i potrzebujesz ochroniarza, czy co?
Zaśmiała się.
- Nie, nie. Po prostu jestem umówiona ze znajomą i jej męszem.
On…
- Aaa, rozumiem. – uśmiech Zębowskiego stał się jeszcze
szerszy. – Chcesz, żebym go przyćmił? To nie powinno być trudne.
Prychnęła tylko.
- Raz – nie nadymaj się tak, bo pękniesz, a na pewno nie
płacisz pani Danka tyle, szeby cię ze sciany zeskrobywała. Dwa – jakbyz mnie
słuchał, zamiast się sobą zachwycać, to byz wieział, sze ten facet jest
Norwegiem i nie rozumie po polsku. A nie chciałabym, szeby rozmawiał tylko ze
swoją szoną.
- To weź ze sobą jakieś angielskie rozmówki. – doradził. –
Najlepszy sposób, żeby opanować język obcy, to rzucić się na głęboką wodę. Że
też ja tobie muszę tłumaczyć takie rzeczy…
- Na gut, na gut (no dobra, dobra), już ty mnie na wodę nie szucaj,
jako ziecko dozc się napływałam. A jak nie będę wieziała, jak z nim rozmawiać?
- To nie będziesz rozmawiać, Jezu. A poza tym nie bardzo
rozumiem, co ja niby mam do tego. Lepiej będę wiedział, o czym gadać z mężem TWOJEJ
koleżanki? Duch Święty mi podpowie, czy jak?
- Mosze i podpowie. Dareszku, proszę…
- No dobra. – zgodził się łaskawie. – Chętnie posłucham, jak
pani TŁUMACZKA próbuje gadać w najpowszechniejszym języku świata. Dawno na
kabarecie nie byłem.
- Ja ci dam kabaret! – obruszyła się. – Poza tym tłumaszę z
niemieckiego, inne języki znac nie muszę.
- Może i nie musisz…ale ogarnij chociaż jakoś polski, skoro
już tu jesteś, co? Odmiana to piękna rzecz, dlaczego się nad nią pastwisz?
- Bo mam skłonnozci sadystyszne i gziez je muszę
wyładowywac. Wolałbyz, szebym zaszęła mordowac luzi?
Zębowski ani myślał zostawić takie pytanie bez odpowiedzi.
Szanujemy jednak czas Czytelnika, więc przejdziemy do sedna.
***
- Naprawdę nie wiem, czym się tak denerwujesz. – mruknął
Zębowski, patrząc, jak jego towarzyszka wygładza fałdy na sukience. Pomyślał,
że chyba wzrok mu się pogarsza, bo żadnych nie widział. – Babka przyjechała
tutaj, żeby coś załatwić, może w jakichś sprawach rodzinnych. Zaproponowała
kawę z grzeczności, bo nawet te parę lat temu nie znałyście się za dobrze.
Zaraz wróci w te swoje skandynawskie ostępy i nie będzie pamiętała o twoim
istnieniu. A denerwujesz się, jakby ktoś miał cię rozstrzelać za najmniejszą
gafę.
Pani Bauermann spojrzała na niego z mieszaniną zdumienia i
podziwu. Takie spojrzenia dawały mu lepszego kopa, niż dzbanek kawy.
- Pewnie pytam o to po raz milionowy, ale…skąd ty wiesz
takie szeszy? Przecież nawet ci nie wspomniałam, jak ta moja koleszanka ma na
imię!
- Słuszna uwaga. To jak?
- Ewa. A jej mąż Ola.
Detektyw podrapał się po głowie.
- Słyszałem, że w Norwegii nie funkcjonuje forma
grzecznościowa, ale aż taki liberalizm? W życiu bym się nie spodziewał.
- Cicho, to męskie imię. Wiziałam go na zdjęciach, więc
jestem pewna.
- Teraz medycyna różne cuda potrafi…
- Ciiicho! – powtórzyła, ale zachichotała. – Kiedyz byłam
wolontariuszka w domu spokojnej starozci, a Ewa miała tam ziadka. Byłyzmy razem
na kilku imprezach i przyszła na mój slub, ale szeszywizcie jakoz super się nie
przyjazniłyzmy. Dopiero jakoz niedawno znalazła mnie na Facebook. Skąd
wieziałez?
- Po twoim zachowaniu. Gdyby była wielką przyjaciółką od
serca, nie ciągnęłabyś mnie tutaj w obawie, że nie będziecie miały o czym
gadać. Poza tym, nie wstydziłabyś się przed nią przyznać, na jakim poziomie
jest twój angielski.
- Fick dich! (Pieprz się!) – prychnęła, ale uśmiech nie zniknął z
jej twarzy. – Szy ja komentuję twoje poziomy?
Uniósł brwi.
- Taka z ciebie poliglotka? Dobra, to w takim razie…
Zaczął podnosić się z krzesła, ale złapała go za przegub.
- Zostajesz. – powiedziała takim tonem, że usłuchałby batalion.
– A skąd wiesz, sze to ona wyjechała za męszem do Norwegia, a nie odwrotnie?
- Ślepy strzał, moja droga. Najlepszym się zdarza. Oni?
Podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku. Przy wejściu
zobaczyła szczupłego mężczyznę i niższą od niego kobietę, rozglądających się
niepewnie po kawiarni.
- Tak… - przyznała z ociąganiem. – Ewa! Ewa!
Kobieta odwróciła głowę. Jej twarz rozjaśnił uśmiech.
Powiedziała coś do swojego towarzysza i oboje podeszli do naszych ukochanych
bohaterów.
- Reta! – zawołała. – Za długo się nie widziałyśmy. Świetnie
wyglądasz.
Jeśli Czytelnik chce sobie Ewę jakoś wyobrazić, niech
przywoła przed oczy obraz niskiej, pulchnej, niebieskookiej blondynki. Ciemnej.
Z włosami sięgającymi łopatek. Bardziej szczegółowy opis raczej nie jest
konieczny.
- Ty też. Faktysznie, za długo.
A teraz…O Boże! Żeby pozostać w klimacie skandynawskim –
Odynie, Thorze, Frejo!
Pani Bauermann uścisnęła wyciągniętą rękę Oli. Musi coś do
niego powiedzieć. Po angielsku!
Gdyby to działo się kilka lat wcześniej, nie robiłaby z tego
wielkiej sprawy. Jako mężatka często podróżowała za granicę, musiała się jakoś
dogadywać. Ale teraz…rany boskie, kiedy ona ostatni raz była w obcym kraju!
Wyjazdów do Hamburga na urodziny bratanka nie liczyła.
Sprawę komplikował fakt, że człowiek, z którym miała
rozmawiać, był mężczyzną. I to dość przystojnym. Co prawda wolała brunetów,
istnienie jego brwi musiała przyjąć na wiarę, był żonaty…W tym kontekście nie
miało to jednak znaczenia.
- Hei
hei! I’m Ola. Nice to meet you. (Cześć, jestem Ola. Miło cię poznać)
„Dlaczego powiedział >>Hi<< dwa razy? Myśli, że
jestem przygłucha, czy co? Poza tym to imię wymawia się przez „u”, a ja Darkowi
głupot nagadałam…Jak on teraz coś przy nim powie…A powie na pewno, już ja go
znam…rany boskie. Jeszcze ten akcent, co to będzie, jak go nie zrozumiem? Albo
zrozumiem, ale źle?!”.
Pani Bauermann przypomniała sobie jeden z filmików, który
umieściła na swojej stronie internetowej. Tytuł brzmiał: „Ile kul w łeb za zły
rodzajnik?”. Powiedziała tam: „Waszne jest, szebyzcie mówiły. Niegramatisznie,
jak dwuletnie zieci, ale mówiły. Nikt was nie przerobi na pasztetowa, jak
powiecie die Obst zamiast das Obst”.
W tej chwili miała ochotę powiedzieć sobie: „Sama jesteś
pasztetowa”. Gdyby przysłowia były rzeczywistością, w jej oczach tkwiłyby całe stosy
belek.
- Hi. – powiedziała w końcu. – I’m…Reta. Nice to
meet you. (Cześć. Jestem...Reta. Miło mi.)
Kiwnął głową z uśmiechem. Odetchnęła. Usiadła z powrotem.
Zębowski stanął za jej krzesłem, niby to kurtuazyjnie je przytrzymując.
- I have to say I’m impressed. (Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem) - zamruczał jej do
ucha. – Tak powtórzyć słowo w słowo, co on powiedział, no wow…Gratuluję. Teraz
tylko musisz wysiedzieć resztę spotkania…A on może cię pytać o różne rzeczy.
Wymagające bardziej skomplikowanej odpowiedzi, niż yes albo no…
- Głupek! – trzepnęła go w ramię. – Nie strasz, bo Halloween
się już skońszyło!
Zaśmiał się i usiadł obok. Pani Bauermann zauważyła, że Ola
patrzy na niego z uniesionymi brwiami.
- We were just kidding around. (Po prostu się wygłupialiśmy.) – wyjaśnił detektyw z
uśmiechem.
- Oh! – pokiwał głową. – Okay…
W tym momencie podszedł do nich kelner z jadłospisami.
Chciał to zrobić już, kiedy przy stoliku siedziały dwie osoby, ale pani
Bauermann poprosiła, żeby się wstrzymał.
- Państwu to już chyba nie muszę tego dawać. – powiedział z
uśmiechem. Miał prawie dwa metry wzrostu, spięte w kucyk ciemne włosy i ślady
trądziku na twarzy. – To co zwykle?
- Jestez normalnie wrószbita, Pawełku. – odparła z
uśmiechem. – A dla tej pani też moje to co zwykle.
- Zaraz, zaraz! – obruszyła się Ewa. – Co to za wyręczanki?
Czym właściwie jest „to co zwykle”
- Szarlotka z cinamonem. – wyjaśniła pani Bauermann. – Mówię
ci, niebo w gębie…Nie bęziesz szałowała.
- Po takiej rekomendacji…dobrze. I cappuccino.
- Mhm… - kelner zapisał. – A dla pana?
Ola od dłuższej chwili studiował menu. Pani Bauermann nie spodziewała
się, że można ładnie marszczyć czoło, ale on to potrafił.
Wreszcie oderwał się od pasjonującej lektury. Spojrzał na
kelnera.
- Proszę sernik z ro-dy-zyn-ka-mi. – wysylabizował. – I kawa
z melkiem.
Paweł rozpromienił się.
- Widzę, że mamy gościa z zagranicy! Skąd pan jest?
- Z Norgewii. – odparł, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Z Norwegii! – powtórzył kelner. – Mój brat tam pojechał w
zeszłym roku na truskawki. Bardzo sobie to chwalił.
Ola spojrzał niepewnie na żonę. Jego znajomość polskiego
chyba na coś takiego nie wystarczyła.
Ewa powiedziała coś po norwesku i szeroki uśmiech wrócił na
jego twarz.
- Ja lubię tryskawki. – poinformował.
- To świetnie. – kelner skinął głową. – A jak się panu u nas
podoba?
- Podoba! – powtórzył z entuzjazmem. – Mi Polska podoba!
Polska ceny podoba, polska bigos podoba, polska kobiety podoba… - tu spojrzał
znów na Ewę. – Cała mi podoba!
Uwaga techniczna: wymawiał „polska” jako „pulska”. Koniec
uwagi technicznej.
- To świetnie. – uśmiechnął się kelner. – Bardzo mnie to
cieszy. Dla pana Darka też „co zwykle”
- Tjaak. – detektyw kiwnął głową. – Jestem starym
nudziarzem, co zrobić. Tylko żeby kawa była bez MELKA, bo was do sądu pozwę i
pójdziecie z torbami.
Pani Bauermann i kelner parsknęli śmiechem. Ten ostatni odszedł.
Ola już się nie uśmiechał. Pani Bauermann znów miała okazję
podziwiać sztukę, w jaką umiał zmienić marszczenie czoła.
„Chyba fiksujesz z braku chłopa. Tak dziwnego fetyszu
jeszcze nie grali”. – skarciła samą siebie w myślach.
- Dlaczego? – zapytała Ewa.
Nasza główna bohaterka drgnęła. Rozważania okołoczołowe tak
ją pochłonęły, że nie była pewna, czego dotyczyło pytanie.
- Alergia na mleko. – wyjaśnił Zębowski. – I wszelkie
pochodne. Nawet masło muszę oddzielne kupować. Za każdym razem, jak idę do nieznanej
restauracji czuję się, jakbym rozbrajał bombę.
Ola zrobił wyjątkowo dziwną minę. Najwyraźniej zrozumiał
tylko ostatnie słowo.
Ewa pokiwała głową ze współczuciem.
- Wiem, o czym mówisz. Siostra Oli jest uczulona na gluten i
też ma z tym trzy światy.
- What
are they talking about? (O czym oni mówią?)
„Ale się wyrobiła w tej Norwegii”. – myślała pani Bauermann.
Ewa, którą znała, była osobą raczej nieśmiałą – przynajmniej na trzeźwo. A
teraz proszę. Na „ty” ze spotkanym pierwszy raz facetem, w dodatku znacznie
starszym.
Chociaż....Darek wspominał, że w Norwegii nie ma formy grzecznościowej. Ciekawe, czy...
- Ekhm…stacja Ziemia wzywa Sputnika!
Zębowski poklepał ją po ramieniu.
- Yyy…co? Przepraszam, coz się zamysiłam.
- Don’t worry, it’s normal for her. (Spokojnie, to u niej normalne) – zaśmiał się
detektyw. – Nasz skandynawski przyjaciel chciał cię o coś zapytać.
Ola rzeczywiście patrzył na nią z pytającym wyrazem twarzy.
O Jezus Maria.
„Spokojnie, tylko spokojnie. Przecież cię nie zagryzie.”
Zobaczyła na horyzoncie Pawła z kawą. O radości, iskro
bogów!
- Ciasto zaraz doniosę. – zapewnił. – One moment, okay? (Jeszcze chwilę, dobrze?)
- Sure (Jasne). – Ola kiwnął głową, ale oczy wciąż miał
utkwione w pani Bauermann.
Chciała upić łyk ze swojej filiżanki, żeby zyskać na czasie,
ale…
„Dość tego.” – nakazała sobie surowo. – „Cały świat mówi po
angielsku, a ty, tchórzu jeden, nie będziesz wyjątków stwarzać”.
Uśmiechnęła się do Oli.
- You wanted to ask me something? (Chciałeś mnie o coś spytać?) – zapytała.
Kiwnął głową I też się lekko uśmiechnął.
- Yeah.
What were they talking about a moment ago? ‘Cause I heard something about a
bomb and moments later my name, so…I’m a bit confused. (Tak. O czym oni rozmawiali przed chwilą? Bo słyszałem coś o bombie i zaraz potem moje imię, więc...jestem trochę skołowany.)
Ewa otworzyła usta, ale Zębowski powstrzymał ją gestem.
- Daj jej powiedzieć…to będzie ciekawe.
Pani Bauermann spojrzała na swoją kawę. Miała ochotę wylać
mu ją na ten przemądrzały łeb. Ciekawe! Poliglota się znalazł, za dychę i dwa
dropsy! A jak widzi najprostszy tekst po niemiecku, to kogo wyciąga spod
prysznica?
- Yeah.
They were talking about…He is allergic to milk, so every time he is in new
restaurant… - zawahała się. Jakoś nigdy nie czuła potrzeby
sprawdzić, jak jest „rozbrajać bombę” po angielsku. – And Ewa said your
sister is allergic to… (Tak. Rozmawiali o...On jest uczulony na mleko, więc zawsze, kiedy jest w nowej restauracji...A Ewa mówiła, że twoja siostra ma alergię na...)- cholera jasna, a „gluten”?! Tak dobrze jej szło!
- Discombobulation. (Osłupienie.)
– podpowiedział życzliwie Zębowski.
Ola spojrzał na niego, lekko się krzywiąc.
- Pardon? (Słucham?)
Nie tylko wylać. Miała ochotę rozbić mu filiżankę gorącej
kawy na głowie. Celowo źle jej podpowiada! I myśli, wieprz jeden, że w
obecności dwóch osób znających angielski taki numer przejdzie!
„Po prostu go zapytaj”. – olśniło ją nagle. – „Przecież to
jego siostra, nie?”.
Ola jednak pomógł jej i bez tego.
- Gluten – powiedział po prostu.
Miała ochotę zapaść się pod ziemię. No jasne! „Gluten-free”.
A ona szuka nie wiadomo czego!
- Thank you. (Dziękuję)
Kiwnął głową, uśmiechając się przyjaźnie. Wypił trochę kawy.
Czuła się, jakby zdobyła wysoką górę. Ba! Cały łańcuch!
Rozmawiała z kimś po angielsku. I oboje się rozumieli!
Chwilę później Paweł przyniósł ciasto. Oblizała usta.
Zasłużyła sobie!
- Na długo przyjechaliście? – zapytał detektyw znad swojego
„to co zwykle” (ciasta bananowego).
- W piątek wieczorem mamy samolot powrotny. – odparła Ewa. –
Coś czuję, że cholernie szybko zleci…A w ogóle to skąd się znacie?
Pani Bauermann i Zębowski wymienili spojrzenia. Najbliższa
prawie odpowiedź brzmiałaby: „Z dochodzenia w sprawie seryjnego mordercy”.
Czuli jednak, że takie wyznanie skutecznie zepsuje atmosferę.
- Reta była z przyjaciółmi w ich domku na działce, ja w
swoim…Spotkaliśmy się, zdaliśmy sobie sprawę że jesteśmy z jednego miasta
i…jakoś poszło.
To była szczera prawda. Detektyw pominął jedynie kilka
nieistotnych szczegółów. Na przykład, że kiedy zobaczył panią Bauermann po raz
pierwszy, chciał ją zastrzelić. Albo że ona wznosiła toasty za jego śmierć. Nuda.
Opowiemy o tym Czytelnikowi innym razem.
- Z przyjaciółmi? – podchwyciła Ewa. – Niech zgadnę…z
Kryśką? Co u niej?
Jakiś czas rozmawiały o starych znajomych. Wreszcie pani
Bauermann zerknęła na Olę, który dziobał w resztkach sernika.
Już trochę z nim pogadała. Sądząc po sytuacji z „glutenem” w
razie potknięć raczej jej pomoże, niż żywcem zeżre. A nie wiadomo, kiedy trafi
się następna taka okazja.
- How is your cheesecake? (Jak tam sernik?) – zapytała więc. Nie była
pewna, czy “sernik” tłumaczy się jako “cheesecake”, ale lepszego pomysłu nie
miała. Zresztą, po samym cake powinien wiedzieć, o co chodzi…
Wiedział.
- Thank
you. It’s delicious. And your cake? (Dzięki. Przepyszne. A twoje ciasto)
- Delicious. – powtórzyła
za nim. – It’s… (Przepyszne. Ono...)
Chciała powiedzieć: „rozpływa się
w ustach”, ale nie wiedziała jak, więc pogłaskała się po brzuchu.
Roześmiał się.
- Oh yeah, I feel you. Very nice place, do you come here
often? (Tak, wiem, o co ci chodzi. Przyjemne miejsce, często tu bywasz?)
Kurczę, jakie to było przyjemne!
Czuła się tak, jakby w jej mózgu uchyliła się jakaś klapka, skrywająca
wszystkie zasłyszane angielskie zwroty.
- Yes. – kiwnęła głową. – It’s my favorite one. (Tak. To moja ulubiona kawiarnia.)
- I can see why…By the way, Ewa told me you’re a tutor. It has to be
very interesting job. (Domyślam się, dlaczego...Przy okazji, Ewa wspominała, że jesteś lektorką. To musi być bardzo ciekawa praca.)
- Yeah. – pokiwała z entuzjazmem głową. – It’s very
interesting, I love it. And where do you work? (Tak. Jest bardzo ciekawa. Uwielbiam ją. A ty gdzie pracujesz?
- In a hardware store.
No i koniec bajki. “Hardware store”?
Co to może być? Słowo „hardware” kojarzyło się jej z komputerami.
Sprzedaje komputery? Zapytać go o to, czy…
- Sklep z narzędziami. –
podpowiedziała Ewa.
- Aha! – odetchnęła z ulgą. – Hardware
store, yes. Yes, of
course. Hardware. Hardware…
Może nie powinna tego tak w kółko
powtarzać, ale bała się, że zapomni.
Ola uśmiechnął się do niej.
- By the way, your English is really great. (W ogóle to świetnie mówisz po angielsku)
Jakie szczyty, jakie łańcuchy!
Zdobyła kosmos. Miała wrażenie, że zacznie latać pod sufitem.
- Thank you! Your Polish too. (Dzięki! Ty po polsku też.)
Rozpromienił się.
- Ewa utszy mnie polski. –
powiedział wolno. – Ale…on…trudny.
- Nie szkodzi, świetnie sobie
radzisz! – zapewniła go żona. – Z kelnerem dogadałeś się bez problemu. Min polyglott! (Mój poliglota!)
Pogłaskała go po policzku.
Reszta spotkania upłynęła w
przyjemnej atmosferze. Coś na tyle interesującego, by to bardziej szczegółowo
opisać, wydarzyło się dopiero pod koniec.
Gdy Paweł przyszedł z rachunkiem, Ewa
i Ola wręczyli mu swoje karty, a Zębowski swoją.
- W uznaniu zdolności
lingwistycznych. – powiedział z uśmiechem.
Norweg otworzył usta. Na jego
twarzy malowało się zatroskanie.
- Is everything okay? (Wszystko w porządku?) –
zapytała pani Bauermann.
- Ja, det er greit. (Tak, w porządku.) –
mruknął z roztargnieniem, spuszczając wzrok.
- Eee…sorry? (Przepraszam?) – pierwsze
słowo zrozumiała. Resztę za skarby.
- No, it’s nothing. – zreflektował
się. - I’m just tired…it’s nothing. (Nie, to nic takiego. Jestem tylko zmęczony...Nic takiego.)
Nie uwierzyła mu. I sądząc po
spojrzeniu, jakie Ewa posłała mężowi, ona też nie.
Chwilę później zrobiło się jeszcze
ciekawiej.
Jako że była połowa stycznia,
przed wyjściem należało założyć kurtki. Zębowski bez wahania zdjął z wieszaka
okrycie pani Bauermann i zaczął jej pomagać się ubrać.
Ola znów zmarszczył czoło.
Sprawiał wrażenie człowieka, który nie wie, czy powinien coś zrobić.
- Eee…przepraszam, dlatszego ty robisz to?
- Dlatszego ja robię co? – zdziwił
się detektyw.
Norweg zmarszczył swe niewidzialne
brwi. Najwyraźniej jednak uznał, że jego znajomość polskiego nie wystarczy.
- I mean… - zawahał się. – Her
coat. Why are you
helping her with that? (Znaczy...jej płaszcz. Dlaczego jej z nim pomagasz?)
Zębowski uśmiechnął się krzywo.
- What do you mean: “Why are you helping?” Why do people help each
other in the first place? (Jak to "dlaczego pomagasz"? Dlaczego ludzie w ogóle sobie pomagają?)
- Guys, are we going or not? (Chłopaki, idziemy czy nie? –
Ewa teatralnie spojrzała na zegarek.
Jednak mąż nawet się na nią nie
obejrzał.
- To make life easier for somebody, who needs assistance. I
mean…can’t she do it on her own? (Żeby ułatwić życie komuś, kto potrzebuje wsparcia. Znaczy...nie może sama tego zrobić?)
- Of course she can. –
odparł detektyw takim tonem, jakby tłumaczył coś nierozgarniętemu dziecku. – I’m
just… - zawahał się, szukając odpowiedniego słowa. – Polite. (Jasne, że może. Jestem po prostu...(...) uprzejmy.
- Oh, are you? (Czyżby?)
Mierzyli się nawzajem wzrokiem.
Pani Bauermann czuła, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
- Już, dobra, sama się ubiorę. –
powiedziała szybko i obróciła słowa w czyn.
Ola spojrzał na Zębowskiego tak,
jakby miał na końcu języka: „A nie mówiłem?”.
Już wtedy miała przeczucie, że
będą z tego kłopoty. Znała Zębowskiego. Nie lubił nie mieć racji. Zwłaszcza,
kiedy udowadniał mu to nieznany bliżej mężczyzna. W obecności dwóch kobiet.
***
- Hasło: bigos i wódka.
- Odzew: kiedy i gdzie?
- U mnie jutro po południu.
- Jawohl! (Tak jest!) Oleńka też
będzie?
- No przecież ja to dla niego
robię…Ewa mówiła, sze mógłby jezc bigos na sniadanie, obiad i kolacja.
- To mamy coś wspólnego. Ale może
powinnaś spróbować czegoś z kuchni skandynawskiej. Wiesz, jeszcze podskakujące
ryby, palce wrogów w foczym tłuszczu…żeby poczuł się jak u siebie.
- Idiott. Szeby to zrobić,
musiałabym chyba tobie łapa odrąbać!
- Mnie? Nie wiem, o czym mówisz.
Przecież my z Olcią jak bracia dla siebie jesteśmy.
- Tak, tak. Wiadomo, sze bracia
muszą się trochę poprzepychać.
- Jakie przepychać? Kto tu kogo
przepycha? Naprawdę, fantazja cię dzisiaj ponosi.
- No mam nazieję. Tylko…nie przesazaj
z goszałka, okay?
- No wiesz? Nie zamierzam siedzieć
przy stole kogoś, kto mnie tak bezczelnie obraża! Myślisz, że co, nie umiem się
kontrolować? Że nie wiem, jak zachować się z klasą?
Westchnęła.
- Wiem, sze wiesz, Daruz…Wiem, sze
wiesz.
***
Kiedy Zębowski przyszedł do pani
Bauermann, ku swemu zdziwieniu zobaczył Olę. Mężczyzna siedział w fotelu i
patrzył w ekran smartfona. Podniósł głowę.
- Hallo. (Cześć.)
- Za halu w mordę walu. –
zażartował detektyw.
Norweg popatrzył na niego z takim
zainteresowaniem, jakim obdarzyłby paproch na wykładzinie i wrócił do komórki.
„I to niby ja się przepycham”. –
pomyślał drugi z mężczyzn.
- Chcesz kawy? – zapytał grzecznie
po angielsku. – Bo ja chyba padnę trupem, jak kofeiny nie dostanę.
Żadnej odpowiedzi. Ola zaśmiał się
tylko pod nosem.
„Jasne…A jak Reta wróci, pierwsze
pytanie będzie brzmiało: >>Dlaczego sam pijesz, a jego nie poczęstowałeś?<<.
Super”.
Westchnął. Podszedł bliżej.
- Coffee? (Kawy?) – zapytał głośno.
- Nei, takk. – odmruknął
Ola. Jego palce śmigały po ekranie.
Zębowskiego zamurowało.
„Nei to tak, jak po
niemiecku Nein, a takk to no, tak. To chce czy nie? I po cholerę
gada do mnie w dwóch językach, jak ja go po angielsku spytałem? Chce się
pochwalić, jaki to polyglott z niego? Świetny moment wybrał. I to niby
ja jestem jego wrogiem”.
Po namyśle uznał, że lepiej
zabrzmi: „Zrobiłem, ale nie chciał”, niż „Nie zrobiłem, bo miałem wrażenie, że
nie chciał”.
Poszedł do kuchni. Przy okazji
miał szansę spojrzeć na gotujący się bigos. Ach, ten zapach…to będzie uczta
królów…
Kiedy czekał, aż zagotuje się
woda, chwycił wystającą z garnka chochlę. Może trzeba zamieszać.
Uniósł ją do ust. Odrobinka…żeby
apetytu nabrać.
Wrócił do pokoju i postawił dwa
kubki na stole. Szturchnął Olę w ramię.
- Proszę. – powiedział z uśmiechem
po angielsku. – Pamiętałem, że z mlekiem lubisz.
Norweg spojrzał na niego tak,
jakby wątpił w dwucyfrowość jego IQ.
- Przecież mówiłem ci, że nie
chcę. – odparł ze zdziwieniem. - Dopiero co piłem.
Zębowskiemu po raz kolejny opadła
szczęka.
On dolał tam mleka. I to nie
jakiegoś sojowo-kokosowego zamiennika, tylko normalnego, krowiego. Na które
jest uczulony.
Będzie musiał wylać gorącą, świeżo
zaparzoną kawę. Bo jakiś Norweg nie mógł się zdecydować, w jakim języku mówić.
Jako człowiek nieuleczalnie
uzależniony od kofeiny uważał, że to wręcz herezja.
- Powiedziałeś: „nie, tak”. – ton
jego głosu był oskarżycielski.
- Słucham? – zmarszczył czoło.
Gdyby rozmawiał z panią Bauermann, zapewniłby tym sobie natychmiastowe
ułaskawienie. Ale Zębowski był odporny.
- Słyszałem: „Nein, tak’. Może nie
jestem geniuszem językowym, ale uszy mam w porządku.
W szarych oczach Oli zabłysło
zrozumienie. Parsknął śmiechem.
- Aha! Nie no, już wiem, skąd
nieporozumienie. Nei, takk to po norwesku „Nie, dziękuję”. Pisałem
akurat z siostrą, mózg miałem przestawiony na norweski…Przepraszam, to moja
wina.
„No ja myślę”. – wycedził Zębowski
w zaciszu własnej głowy.
Nie rozwiązywało to jednak
problemu nadprogramowej kawy.
- Wypiję. – stwierdził ugodowym
tonem Norweg. – W ramach przeprosin za zamieszanie.
„Łaski mi nie robisz”.
- Jak ma na imię twoja siostra? –
zapytał po chwili popijania w milczeniu.
- Bjørg.
- Jak?
- Bjørg. – powtórzył Ola
cierpliwie.
- Bjern? – niczego bliższego język
detektywa nie potrafił wyprodukować.
- Nie, to by było męskie.
- To też brzmi jak męskie.
Norweg westchnął.
- Ale nosi je moja SIOSTRA, więc…
- Widać w Norwegii gender atakuje
w obie strony… - mruknął Zębowski po polsku.
- Słucham?
„O, to słowo też znasz? Ślicznie,
Oleńko.”
- Ty coz mówił…Norgewia i gender. –
powiedział z wahaniem.
- Żartowałem tylko.
- To dlatszego tak, sze ja nie
rozumiem? Jesteszmy tu dwa.
- Może trzeba się nauczyć
rozumieć. – palnął Zębowski, zanim zdołał się powstrzymać.
Ola zacisnął zęby.
- Ja wiem, o co ci chodzi. –
wycedził po angielsku. – I wiesz co? To, że coś jakieś jest dla ciebie nie
oznacza, że dla całego świata też.
- Co masz na myśli? – zapytał detektyw
zdawkowo, ale w jego głosie brzmiała groźna nuta.
- Mam „babskie imię”. Myślisz, że
tego nie wiem? Ale co z tego? W Norwegii jest męskie. Dla mnie też niektóre
polskie imiona brzmią dziwnie, ale czy ja coś mówię? Nie, bo wiem, że różne
kultury różnie podchodzą do tych samych rzeczy.
Zębowski uśmiechnął się.
- Chyba ta druga kawa rzeczywiście
ci zaszkodziła. Ja też to wiem, żartuję tylko. O co się tak wkurzać?
Ola otworzył usta. Miał na końcu
języka bardzo treściwą odpowiedź, ale w drzwiach stanęły Ewa i pani Bauermann.
- O, hej! Już jestez?
- Jak widać. – burknął. – Gdzie
byłaś?
Uniosła brwi.
- W sklepie, mistrzu Deduktion.
– spojrzała na trzymaną reklamówkę Biedronki. – I jeszeli masz jakiez muchy
w nosie, to wypuzc je poza tym mieszkaniem. Wiesz, sze nie znoszę Insekten.
- A dlaczego to ja mam wychodzić?
– obruszył się.
Brwi podjechały jeszcze wyżej.
- Bo warszysz na mnie od samego
wejzcia, to raz. Bo pół dnia spęzam z luźmi z hormonalnym zajobem w mózgu i
chciałabym od tego odposząć, to dwa. I nie wizę powodu, dla którego ktoz inny
miałby ewentualnie wychozić, to trzy.
Już chciał coś odpowiedzieć, ale
ugryzł się w język. To Reta. Ten cholerny Norweg pojedzie za parę dni do
siebie, a ona zostanie. Nie może się z nią pokłócić. Nie przez niego.
- Już dobrze, przepraszam. –
ułożył usta w uśmiech. Podszedł bliżej. – Daj, pomogę ci.
- Nie, ziękuję. Porazę sobie sama.
Na skandynawską modłę teraz będzie
wszystko robić, cholera jasna…
A propos. Słyszał, jak Ewa
rozmawia szybko z mężem po norwesku. No proszę, Pan Oświecony poleciał się
skarżyć…
Zadała mu jakieś pytanie, on
kiwnął głową. Odwrócił się i posłał Zębowskiemu długie spojrzenie.
- Cześć. – powiedziała Ewa. Ton
jej głosu był jednak nieco chłodniejszy, niż w czasie poprzedniego spotkania.
- Cześć. – odparł, jak gdyby nigdy
nic. Pokona tego dziada siłą spokoju. Nie da się wciągnąć w żadne dalsze
gierki.
Należą mu się oklaski. Dopóki był
trzeźwy, trzymał się tego postanowienia tak niezłomnie, że aż strach.
***
Zębowski położył dłoń na kobiecym
udzie.
- Ładne nogi masz, komu je dasz? –
zanucił.
Pani Bauermann wybuchła śmiechem.
Była w wyjątkowo dobrym humorze. A konkretnie tym jego rodzaju, jaki zapewnić
może tylko alkohol.
- A…a…a gówno! – stwierdziła.
Znowu parsknęła śmiechem, jakby opowiedziała świetny dowcip. Strąciła rękę ze
swojej nogi. – Meine Beine, nikomu nie dam, nie im Leben. Jakbym
chosz…choz…łaziła?
- Ja bym cię na rękach nosił. –
oświadczył natychmiast. Tak go wzruszyła własna deklaracja, że łzy zabłysły mu
w oczach. – Wszędzie.
Pani Bauermann nigdy nie miała
głowy do poezji. Z przyjemnością czytała tylko te wiersze, których autorem był
jej mąż. Najlepszym dowodem, że wolała świat daleki od lirycznych wzruszeń,
była jej reakcja. Mogłaby westchnąć głośno z zachwytu, spłonąć dziewiczym
rumieńcem, odpowiedzieć trzynastozgłoskowcem…
Zamiast tego podrapała się po
głowie i zapytała:
- Do kibla też?
Zębowski myślał przez kilka
sekund. Wreszcie szeroko się uśmiechnął
- ZWŁASZCZA tam.
Trzepnęła go w ucho.
- Schwein! (Świnia!) Jedno ci w
głowa!
- No weeeź… - próbował otoczyć ją
ramieniem, ale się odsunęła. – Dlaczego ty mnie nie kochasz?
Pani Bauermann zerknęła szybko na
Ewę. Jako jedyna była całkowicie trzeźwa. Tłumaczyła, że w Norwegii odwykła od alkoholu
i woli robić za kierowcę, żeby jej mąż „mógł się wyszumieć”.
I faktycznie szumiał, jak Puszcza
Białowieska. Teraz siedział na rogu stołu i wpatrywał się w swój kieliszek,
jakby nie mógł zrozumieć, dlaczego jest pusty.
Nie, nie. Skoro jest tu osoba,
która będzie wszystko pamiętać, trzeba unikać żenujących sytuacji. I rozmów.
Pani Bauermann nachyliła się do
Zębowskiego.
- Kocham… - zamruczała mu w ucho.
– Spac po noce z tej miłozci nie mogę, ale nie pij więcej, co?
Popatrzył na nią ze złością.
- Ty…ty…nawet nie będę gadał.
Złamałaś mi serce. I będę pił. Przez ciebie!
Na dowód chwycił za butelkę wódki.
To jakby obudziło Olę z transu. Zrobił to samo.
- E, Oleńka, pierwszy byłem! Idź
se lepiej Kmicica poszukaj. – detektyw zarechotał, napełnił kieliszek i wypił.
W oczach Norwega błysnęła złość.
- To o niego chodzi?
- Co? - zdumiała się pani Bauermann.
- Panienki i szkło! Podoba ci się
ten, ten…Norweg? - usta Zębowskiego
wykrzywił złośliwy uśmiech. – I nie dziwota, taki postępowy naród…Nawet
głupiego płaszcza kobiecie nie poda…cóż. Najwyraźniej jestem zacofany. Prostak
ze wsi, nic dziwnego. Ale wiesz – jak chcesz, żebym się od ciebie odpierdolił,
wystarczy powiedzieć. Nawet taki tępak jak ja to zrozumie.
- Co? – powtórzyła. O czym on
gada, na miłość boską? – Naprawdę, nie pij już, proszę.
- A pewnie, pewnie. W końcu
Norwegowie nie piją, prawda? Są święci, jak Jezusek w żłóbku. Bo nawet jak taki
przyjedzie do Polski i u nas schleje się na umór… - tu wskazał na Olę.
- Co ty mnie chcesz? – zapytał ten
ostatni zaczepnie.
Zębowski parsknął śmiechem.
- Ciebie to ja bym nie chciał za
skarby świata. – zapewnił. – Ale cichutko, bo to jest mój kraj i będę mówił
pierwszy. Chyba nie jesteś w stanie czegoś takiego ogarnąć, ale…
- Darek!
Ewa wstała. Na jej twarzy malowało
się zdenerwowanie.
- Tak? – spojrzał na nią i ukłonił
się. – Widzisz, Oleńka? Dama mówi, ty siedzisz cicho. Patrz i się ucz.
- Ola. – wycedził tamten. – Ikke
Olenka. (Nie Olenka)
- Ja tam nie widzę różnicy.
- Ekhm. Podobno miałeś „siedzieć
cicho”. – ciągnęła Ewa. – Wiem, że mieliście z Olą pewne…nieporozumienia. I
rozumiem, skąd się wzięły. Po prostu…w Norwegii uprzejmość jest trochę inna.
- Inna? – detektyw zmarszczył
czoło. – Trzeba sobie ustępować przerębli, czy jak?
Nawet nie próbowała udawać, że ją
to bawi. I nic dziwnego.
- Nie. Po prostu…kładą tam duży
nacisk na równość. Uważają, że takie na przykład trzymanie kobiecie płaszcza
jest poniżające…
- Słucham?!
Wytrzeszczył oczy. Wyglądał, jakby
zaraz miał go trafić ciężki szlag.
- Na stare lata się dowiaduję, że
całe życie poniżałem kobiety. – wyszeptał. – Świetnie.
Ewa pokręciła głową.
- To nie tak. Słuchaj…
- Darek! – zawołała pani
Bauermann, widząc, że Zębowski patrzy na Olę wściekłym wzrokiem i zaczyna iść w
jego kierunku. – Nic głupie nie rób!
- Cicho, to sprawa między nami. No?
Co powiesz, Mały Wikingu? – zapytał, gdy był już na tyle blisko, że jeszcze
jeden krok i nadepnąłby Norwegowi na stopę. – Też uważasz, że źle traktuję
kobiety?
Na twarzy Oli odmalował się
wysiłek. Nie rozumiał wszystkich słów, zwłaszcza, że wódka szumiała mu w
głowie. Wreszcie uznał, iż najlepsze wyjście to skupić się na znanych wyrazach
a resztę…jakoś sobie dośpiewać.
- Tak… - powiedział wolno. – Ty
złe do kobiety. Złe do Reta. Reta to kobiety. Ty przepraszam albo spierdalaj,
kurwo.
Przekleństwa były jedyną sferą
języka polskiego, którą opanował perfekcyjnie. Na ogół nie chwalił się tą
umiejętnością. Jednak Hrabina Gorzałła Po Lej, która władała teraz
niepodzielnie w jego mózgu, nakazała mu to zmienić. Jakże mógłby jej odmówić,
prawda?
- Ola! – zawołała Ewa i
powiedziała coś po norwesku. Potem zaś po polsku. – Darek, proszę cię! On nie
wie, co powiedział, nie rozumie…
- Powtórz to. – wyszeptał bardzo
cicho Zębowski. – Powiedz, kurwa, jeszcze raz to, co przed chwilą.
Ewa wstała ze swojego miejsca i
podeszła do niego. Oparła ręce na biodrach. Starała się wyglądać srogo, ale
była niższa od detektywa o kilkanaście centymetrów, więc średnio jej to wyszło.
- Nikt. Niczego. Nie będzie.
Powtarzał. – oświadczyła wolno i dobitnie, by komunikat przebił się przez
alkoholową mgiełkę. – Obaj jesteście nastukani, jak dzięcioły. Chcę iść do
domu. Z mężem. Jeśli naprawdę chcesz się wykazać kulturą osobistą, to nam na to
pozwól.
Potrzebował chwili, żeby
zdekodować tę jakże skomplikowaną wiadomość. A potem jeszcze jednej, żeby
samemu ułożyć coś sensownego.
- Aha. – zaczął elokwentnie i
podrapał się po głowie. – Aha. Tak. Słuszna racja, Ewuniu, syrenko śliczna ty
moja. – pocałował ją w rękę. Znów spojrzał na jej małżonka. – Ona ma rację. Ty
byś chciał, żebym ci wpierdolił, co? Nic z tego, haha! – zaśmiał się. – W
przeciwieństwie do niektórych wiem, co to…ku…kurtura. – dumnie zadarł głowę.
Tymczasem Hrabina Gorzałła znów
odezwała się do Oli.
„Słyszysz?” – szeptała mu
namiętnie do ucha. – „Ten kretyn cię obraża…Po samym tonie głosu można to
poznać. W obecności twojej żony…i jeszcze całuje ją po rękach. A ty musisz na
to patrzeć. Nie puścisz mu tego płazem, prawda? Prawda?”.
Ta niezwykle przekonująca
argumentacja spowodowała dwie rzeczy. Pierwsza: Ola wydał okrzyk bojowy, z
którego jego wikińscy przodkowie byliby dumni. Druga: przyłożył Zębowskiemu.
***
Informacja dla Czytelników, którzy
robili zakłady: detektyw był cięższy i silniejszy od przeciwnika, więc ten
ostatni na starcie nie miał zbyt dużych szans. Już po kilku ciosach szala
przewagi zaczęła się przechylać na stronę Zębowskiego.
Pani Bauermann patrzyła na to
osłupiała. Chciała dobrze ugościć znajomych zza granicy. A teraz dwaj narąbani
faceci kotłują się na jej podłodze jak koty.
Ewa była blada jak ściana.
- Slutt! – wołała,
wytrzeszczając oczy. – Vær så snill, slutt! Stopp!(Przestań! Proszę, przestań! Stop!
- Własnie, popieram, stop. – wtrąciła się pani
Bauermann. – Przestancie natychmiast, obydwa! Darek, już! Starszy!
- To nie ja zacząłem, tylko panna
Oleńka. – mruknął Zębowski. – I skończymy, jak ona powie. Jak tam, paniusiu? –
wydyszał do przeciwnika. – Masz dosyć?
- Kyss meg i ræva, Polakk. (Pocałuj mnie w dupę, Polaczku.)–
oddyszał Ola, wbijając paznokcie w ramię przeciwnika.
- Ja ci dam, kurwa, Polaka,
zdechła rybo!
Już po chwili przybysz ze
Skandynawii mógł się pochwalić limem. Nie zdążył poszerzyć tej kolekcji. Dwie
kobiety zdołały jakoś odciągnąć jego przeciwnika.
- Dummkopf! Idiott! Schwein! Scheißkerl! (Głupek! Idiota! Świnia! Gnój!)
– wrzeszczała pani Bauermann. – Ty…ty…ty…
Chciała mu jeszcze tyle
powiedzieć! Że ma ochotę go zabić. Że czuje się, jakby to jej przyłożył. Że to
porządne mieszkanie, a nie speluna. Że już dawno na nikim się tak nie zawiodła.
Że…że…że…
Nic z tego. Kiedy była naprawdę
spieniona, nie potrafiła nawet znaleźć słów. I to denerwowało ją jeszcze
bardziej.
A, przepraszamy. Znalazła jedno.
- SPIERDALAJ!!! – ryknęła i
zamknęła się w łazience.
***
Siedziała na sedesie i ryczała jak
bóbr. Słyszała krzyki po norwesku. Wiedziała, że powinna czuwać, bo to jej
mieszkanie. Na myśl o tym miała jeszcze mniejszą ochotę wychodzić. Głowa jej
pękała.
Łup, łup, łup, łup!
- Reta?
- Lass mich in Ruhe! (Daj mi spokój!) – zawołała. Zębowski był ostatnią osobą,
którą chciała teraz oglądać.
- Reta, wszystko w…w porządku?
On tak na poważnie?!
- Naturlich (Pewnie), kurwa! W jak
najlepszym!
- A…ten…długo będziesz tam
siedziała? Bo mnie, cholera, ciśnie…
Nie, dosyć tego. Upił się, pobił
jej gościa, a teraz nie pozwala się na własnym kiblu wypłakać!
- To izie na dwór! – wrzasnęła
pomiędzy szlochami. – Mam nazieja, sze sobie fiuta odmrozisz!
- Ej, no bez jaj…ty płaczesz?
A nagrodę za Oczywistość Roku
otrzymuje…
- Pewnie, sze nie! Przecież powód
szaden nie mam!
Stuk, stuk, stuk.
- No szy ja, kurwa, po Vietnamesisch (wietnamsku)
mówię? Wynocha stąd!
- Jasne, jasne. – odezwał się
niepewny głos Ewy. – Chciałam tylko zapytać, jaki tu jest adres? Bo zapomniałam
z tego wszystkiego, a chcę Panu Kulturalnemu taksówkę zamówić…
Pani Bauermann odpowiedziała na
pytanie. Myśl, że ktoś usunie jej Zębowskiego sprzed oczu, sprawiała ulgę.
- A ten debil mieszka na Piekarska
dwaziezcia sztery! – dodała. – Mówię to, bo on sam pewnie nie pamięta!
- No, no, ty…tylko nie debil! –
żachnął się detektyw. – A poza tym ja nigdzie nie idę, mnie tu bardzo
przyjemnie jest. Zwłaszcza, że rybka śpi, jak ta na MiniMini, więc już spokój
będzie.
- A właśnie, że idziesz do domu. –
oświadczyła lodowatym tonem Ewa.
Pani Bauermann oparła głowę na
dłoniach. Myślała przez moment, czy Zębowskim będzie się miał kto zająć. Do
diabła, jak można chcieć kogoś zabić i się o niego martwić jednocześnie?
Mieszkał z córką. Oby była teraz w
domu!
Pani Bauermann wyobraziła sobie
drobną Wiktorię, jak wlecze pijanego ojca do domu. Słucha jego bełkotu. Patrzy,
jak wymiotuje.
Nasza główna bohaterka wstała z
sedesu, pochyliła się nad umywalką i sama zwróciła. Potem jej żołądek skurczył
się kilka razy, ale już nie miał czego oddawać.
Żadne dziecko nie powinno czegoś
takiego przechodzić. Nigdy.
- Reta, dobrze się czujesz? –
spytała Ewa z troską, znowu pukając. – Potrzebujesz pomocy?
- Es ist alles wegen Wodka! (To wszystko przez wódkę!) – odkrzyknęła przez łzy. Miała na
myśli wymioty. Tę bójkę. Całe swoje zjebane życie.
- Trudno się nie zgodzić. Wszystko
okay?
Dlaczego, do jasnej cholery,
ludzie zadają to pytanie, kiedy wiadomo, że absolutnie NIC nie jest okay?
Z lustra zerknęła na nią blada,
zmęczona twarz o zaczerwienionych oczach. Włosy lepiły się do czoła. Chyba ich
porządnie nie odgarnęła, kiedy wymiotowała i teraz…jak ona tak do ludzi
wyjdzie?
„Wyglądam, jak rasowa pijaczka” –
pomyślała. Znowu zachciało jej się ryczeć. Łez też już brakowało.
Dość tego. Musi się ogarnąć.
Teraz. Wzięła kubek do mycia zębów, żeby przepłukać usta. Trochę wody na rękę,
żeby przemyć twarz. Wydmuchała nos w papier toaletowy. Obcięła feralny kosmyk włosów.
I już. Tylko jej bladość i czerwone oczy zdradzały, że przed chwilą coś było
nie tak.
- Gotowe. – wyszeptała do siebie w
lustrze. – Pamiętaj, Niemka jestez, a niemieckie kobiety są twarde, jak Panzerwagen.
Z tą mantrą w głowie opuściła
łazienkę.
***
- Ogromne zięki, sze mi pomagasz.
- Daj spokój. – Ewa lekko się uśmiechnęła.
– Przecież bym cię z tym wszystkim samej nie zostawiła.
- A ja siebie tak. Po tym cyrku?
- Daj spokój. – powtórzyła. – Jaka
w tym twoja wina? Nie możesz brać odpowiedzialności za dorosłego chłopa.
- Niby tak… - pani Bauermann
patrzyła na blat kuchenny. – Ale mimo wszystko…pewnie myślisz, sze zwariowałam,
skoro się z kims takim przyjaznię.- Przeszło mi to przez myśl. – Ewa
skinęła głową.
- Naprawdę, wódka wszystko.
Normalnie on jest przekochany.
- Wierzę na słowo. Ale mój też się nie popisał. W Norwegii mają częściową prohibicję.
Mogłam przewidzieć, że to się tak skończy. Tym bardziej, że już wcześniej się z
tym twoim Darkiem nie dogadywali.
- Tak? – pani Bauermann uniosła
brwi. Nagle przypomniała sobie, jak Zębowski na nią fukał. – A o co im poszło?
Wzruszenie ramionami.
- Nie wiem dokładnie. Ola
twierdzi, że Darek się z niego naśmiewał. Ale nie brałam tego w stu procentach
na serio, bo on jest trochę…przewrażliwiony. Rozumiesz – zażartuj sobie z niego
o jeden raz za dużo, to do wieczora się nie odezwie.
- Ba! – pani Bauermann parsknęła
śmiechem. – Skąd ja to znam…Spotkało się dwóch wraszliwców, moszna powiezieć.
- I z tej wrażliwości urządzili
sobie zapasy. – uzupełniła Ewa. – Mogę cię o coś spytać? Nie chcę się wydać
wścibska, albo coś…
- Dawaj.
- Wy…jesteście razem?
Przez moment pani Bauermann nie
wiedziała, o co chodzi. Zaśmiała się.
- Ja i Darek? Co ty…zabiłabym go
po trzech dniach.
- Jestem w stanie to sobie
wyobrazić. Ale serio – facet zachowywał się tu, jak u siebie.
- Taaa…bo trochę był „u siebie”.
Mosze tu przychozić, kiedy mu się spodoba. Ma klusze. I ja do niego też.
Pomyślała, że wyrażenie: „mieć do
kogoś klucze” jest niecodzienne i trąci lekko poezją. Przez ułamek sekundy
chciała powiedzieć o tym Heiniemu, ale kolejny raz uświadomiła sobie, że by nie
usłyszał.
- Musicie się dobrze znać.
- Tak. – kiwnęła głową i o mało
nie palnęła: „W końcu pięć lat byliśmy małżeństwem”. Stacja Ziemia wzywa
Sputnika, durna babo. – Wiesz, po smierci Heiniego trochę się wycofałam, a
Darek…po prostu jest.
„Przestań mleć ozorem, Madame
Depresjo. Brała ślub rok temu, pewnie jest w Oli zakochana po uszy i wyżej.
Naprawdę myślisz, że chce słuchać o tym, że cudzy mąż gryzie ziemię?”.
Ewa jednak sprawiała wrażenie,
jakby chciała słuchać. Współczująco poklepała rozmówczynię po dłoni.
- Wiem, o czym mówisz. Jezu, nie
wyobrażam sobie, co by było, jakby Oli zabrakło. Zwłasz…zwłaszcza teraz.
I wtedy część mózgu pani Bauermann
odpowiedzialna za robienie „ping!” zrobiła „ping!”. Nasza bohaterka wyciągnęła
wniosek. Dość daleko idący, ale zawsze.
Zadała jedno krótkie pytanie. Ewa
skinęła głową, łykając łzy. Potem jeszcze jedno. Tym razem zaprzeczyła.
Obie kobiety milczały przez
chwilę. A potem jak gdyby nic padły sobie w ramiona.
- Ty wiesz – po wymianie uścisków
Ewa zmieniła temat. – Że on był zazdrosny?
- Co ty powiesz?
- Tak. – przypomniała sobie
monolog, jaki wygłosił jej mąż z tylnego siedzenia. Płynnie władała norweskim, ale z potoku
miotanych w trzech językach przekleństw nie było łatwo czegoś wyłowić. –
Ubzdurał sobie, że Darek chce go ośmieszyć w moich oczach i mnie poderwać. Bo –
uwaga – „gustuje w blondynkach”.
Pani Bauermann wzięła w dwa palce
kosmyk włosów i przyjrzała mu się z uwagą.
- Właśnie. – Ewa kiwnęła głową,
choć nie padło żadne stwierdzenie. – A przecież wiadomo, że kiedy kobieta jest
mężatką, ulega absolutnie każdemu, kto próbuje ją podrywać, choćby nawet wcale
nie próbował. Faceci…
Pani Bauermann pokiwała gorliwie
głową.
- A o co chodzi z tą uprzejmoscią?
– zapytała ciekawie. – W Norwegii naprawdę uważają, sze podanie płaszsza jest poniszające?
Ewa westchnęła.
- Gdyby ten twój kolega-dżentelmen
dał mi dokończyć zdanie, to by wiedział, że DLA MĘŻCZYZNY…Chociaż w drugą
stronę chyba też. Jak już chyba mówiłam, kładą tam duży nacisk na równość.
Wiesz, coś w stylu: „Dlaczego on ma robić za wieszak tylko dlatego, że jest
facetem?”. Albo: „Dlaczego ona ma być traktowana jak kaleka, skoro sama umie
założyć ten płaszcz?”.
- No popatrz… - pani Bauermann
uniosła brwi. – Tylko mosze nas zieli, a jaka rósznica w mysleniu!
- Tak. – Ewa kiwnęła głową. – Też
na początku byłam zdziwiona, ale już się przyzwyczaiłam. Norwegowie naprawdę są
uprzejmi, tylko tak…po norwesku.
- To znaszy jak?
Zastanowiła się chwilę.
- Jeżeli ja gotuję obiad, Ola nie
pozwala mi po jedzeniu nawet wstać od stołu. Sam wszystko znosi, wkłada do
zmywarki…jak mówiłam, równość. Przy podziale domowych obowiązków też.
Na twarzy pani Bauermann odbiło
się najpierw zdumienie, a potem wręcz nabożny zachwyt.
- Lieber Gott (Dobry Boże), mąż, który
bez proszenia sprząta ze stołu? Ja się normalnie pakuję i jadę tam z wami!
Ewa parsknęła śmiechem.
- Niegłupi pomysł. Norweski jest
bardzo podobny do niemieckiego, to szybko byś się nauczyła.
- Taaa…w tempie szółwia z chore
serce. A powasznie: Darek jest naprawdę swietny facet, tylko szasami głupia
szeszy robi. Na samym poszątku miał problem, szeby zapamiętać moje nazwisko i
mówił albo: „pani Niemko”, albo coz w stylu „pani Goebbels”.
- Jezus Maria. – Ewa wytrzeszczyła
oczy. – I nie zabiłaś go?
- Niewiele brakowało. – przyznała
ze śmiechem. – Ale solidnie go opierdoliłam i od tej pory sama słyszałaz – na
rękach chce mnie nosić. Teraz stało się coz bardzo podobnego, więc…
Ewa uśmiechnęła się.
- Tylko spokojnie z tym, dobra?
Czułabym się trochę dziwnie, jakby jakiś chłop zaczął nosić mojego męża na
rękach. Starczy, żeby się dogadali.
- Dogadają. Już ja się o to
postaram.
***
Wiktoria otworzyła mikrofalówkę i
wciągnęła nosem zapach popcornu. A proszę bardzo, niech idzie w dupę. Kogo to
obchodzi?
Ostrożnie, przez ręcznik, żeby się
nie poparzyć, wyjęła miskę i zaniosła do pokoju.
Na wielkim płaskim ekranie
wyświetlała się strona główna Netfliksa.
- Podżerałeś!
- Ja? – w głosie taty brzmiało
takie oburzenie, że prawie mu uwierzyła. – Dziecko drogie, o co ty mnie
podejrzewasz?
- Miska stoi gdzie indziej. Bliżej
twojej ręki! – odparła z naciskiem.
- Oczywiście. Przestawiłem ją,
żeby nie spadła. Bo kto by to potem sprzątał, hm?
Przewróciła oczami.
- Jasne, już ci wierzę. Biorę tę –
uniosła trzymaną miskę. – A ty dojedz do
końca, skoro tak ci zasmakowało.
- Jak tam chcesz. – wzruszył
ramionami. – Czym to się niby różni? Siadaj.
Zrobiła to i sięgnęła po pilota.
Już miała odpalić Breaking Bad, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
Spojrzała na ojca. On jednak
skrzywił się tylko i dotknął dolnej połowy pleców. Znów przewróciła oczami i
poszła otworzyć
- Pani Bauermann?
Zanim Wiktoria zdążyła coś jeszcze
powiedzieć, została uściskana.
- Przepraszam. – usłyszała tuż
przy uchu.
Dziewczynę zamurowało. Bardzo lubiła
koleżankę ojca, ale nie była przyzwyczajona do takiej wylewności z jej strony.
- Co się stało? – zapytała ze
zdziwieniem, gdy uścisk dobiegł końca.
- Ziecko. – powiedziała
korepetytorka cicho. – Jak się szujesz?
Wiktoria zacisnęła usta. Tylko
dziadkowie i tata mogli mówić do niej „dziecko”. Wyłącznie w żartach.
- Dobrze. – odpowiedziała
niepewnie. – A jak mam się czuć?
Pani Bauermann była czerwona, jak
burak. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy.
- Ja cię tak bardzo przepraszam… -
wyszeptała. – To moja wina. Byłam na niego taka…wzcekła…Chciałam, szeby mi z
oszu zszedł, bo inaszej bym go chyba zabiła. I nawet nie myślałam, przez co ty
bęziesz musiała przejsc…Przepraszam!
Miała łzy w oczach. Wiktoria
kompletnie nie wiedziała, jak się zachować.
- Już…dobrze. – wyjąkała. – Nie
przypominam sobie, żebym ostatnio coś ciężkiego przechodziła. O co chodzi?
Pani Bauermann przełknęła ślinę.
- No wiesz…kiedy…kiedy tata wrócił
do domu. Wczoraj.
- Ach, to! – dziewczyna parsknęła
śmiechem. – Nie no, nie było tak źle…Taksówkarz mi pomógł, a poza tym jak tata
wypije, to się robi potulny jak dziecko.
Pani Bauermann nie skomentowała
tych słów. Przekrzywiła tylko głowę.
- Mówił coz?
Wiktoria wzruszyła ramionami.
- Gadał w kółko o jakichś rybach.
Że zdechła ryba, albo coś śmierdzi rybą…nie wiem, nie przysłuchiwałam się zbyt
dokładnie. No i był trochę poturbowany. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież
wiedziałam, że u pani był. Dopiero dzisiaj mi powiedział, że się z
jakimś…Norwegiem pobił?
- Ano pobił, pobił. – pół-Niemka
westchnęła. – Mówił, o co?
- Tak, wyjaśnił mi to ze
szczegółami. Pobili się o „emeneme” – ostatni wyraz, jeśli można go tak nazwać,
jest zapisem mruczenia pod nosem. – Pewnie chodziło o totalną bzdurę i głupio
mu się do tego przyznać.
Usta pani Bauermann wykrzywił
lekki uśmiech.
- Zasznij trenować łusznictwo, bo
trafiłaz w sam srodek tarszy.
- Ma się te geny. – odparła z
satysfakcją.
- Ko fychet? Znaczy, kto
przyszedł? - zawołał tata z pokoju.
Wiktoria przewróciła oczami.
- Znowu podjada…Oby tym razem
chociaż własny. Wejdzie pani?
***
Na jej widok wyszczerzył zęby. Zauważyła kilka siniaków i zadrapanie na jego
twarzy.
- O, Reta! Super, że jesteś.
Siadaj, serial będziemy oglądać. Główny bohater jest nauczycielem, więc coś w
sam raz dla ciebie.
Uśmiechnęła się sztucznie. Miała
nadzieję, że złapie Darka samego i obgadają na spokojnie wczorajsze zajścia.
„I wbijasz do niego na pałę, nawet
nie sprawdzając wcześniej, czy jest sam. Przecież to oczywiste, że facet po
pracy nie ma nic innego do roboty, tylko czekać na twoją wizytę”. – pomyślała
ze złością.
Nie może przecież wyprosić
dorosłej dziewczyny z pokoju. A nawet gdyby udało jej się znaleźć z Zębowskim
sam na sam, żadne perswazje nic by nie pomogły. Tylko by się wkurzył, że
zepsuła mu rodzinny wieczór. Co teraz?
- Breaking Bad? – zgadła. –
Słyszałam o tym, ale nie oglądałam. Pewnie się pogubię…
- Nonsens! Zaraz cię we wszystko
wprowadzimy. A gdyby nawet, to przecież nie ma jakiegoś nakazu, że musimy
właśnie to oglądać…
Podała mu na złotej tacy okazję,
żeby kulturalnie ją wyprosił. Nie zrobił tego, czyli naprawdę się cieszy, że
przyszła. A szanse, że w ciągu dwudziestu czterech godzin nabawił się demencji
starczej, są bliskie zeru…
Wyszedł jej naprzeciw. Postanowiła
zrobić to samo.
- Dobra, posuń się.
Wskoczyła na miejsce obok
detektywa. Podsunął jej miskę.
- Czym chata bogata.
- Eem…ziarnami, z tego co wizę.
- Hm? – spojrzał tam, gdzie ona. –
Faktycznie…
- Pięć minut mnie nie było. –
mruknęła Wiktoria.
- Coś mówiłaś, kochanie?
- Tylko tyle, że popcornu już nie
ma, a mnie się nie chce latać do sklepu.- Nie rób sobie kłopotu! –
powiedziała szybko pani Bauermann. – Dopiero co obiad jadłam, naprawdę.
- To raczej TY nie rób sobie jaj.
– zaprotestował detektyw. – Co to za oglądanie bez miski czegoś, co zawetowałby każdy dietetyk? Są chyba w kuchni
jeszcze te, no, Przysmaczki, nie?
- Przysnacki. – poprawiła go
Wiktoria. – Są, zaraz przyniosę.
Pani Bauermann zerknęła na
Zębowskiego. Zostali sami. I to on doprowadził do tej sytuacji.
Miała najwyżej kilka minut. W domu
wymyśliła kilka sposobów zagajenia tematu, ale teraz każdy wydawał jej się zbyt
napastliwy.
- Nowa bluza? – spytał. – Urocza.
- Zięki. – odpowiedziała, patrząc
na nadruk z Myszką Minnie. To on był powodem takiego a nie innego komplementu.
– Jak…jak się czujesz?
- W porządku, parę muśnięć to dla
mnie za mało. No i zażenowany na maksa. Myśmy się naprawdę z Oleńką lali? Bo
mam tylko jakieś przebłyski…
Skrzywiła się.
- Nie nazywaj go tak. I faktysznie,
tłuklizcie się, aż miło.
- Kto wygrał?
Przewróciła oczami.
- Wy obaj, statuetka debila roku. Uszązać
Mortal Kombat, szeby ustalić, kto jest barziej uprzejmy, no tego jeszsze nie
grali.
Ścisnął ją za rękę.
- No już, pani profesor, już. Jak
będę chciał kazania posłuchać, to sobie Radio Maryja odpalę. Rodziców też
proszę nie wzywać, musieliby całą Polskę przejechać. Kiedy Państwo Wiking
wyjeżdżają?
- Pojutrze…
- No widzisz! – lekko się
uśmiechnął. – Zaproś ich jutro, ja przeproszę i wszystko będzie cacy. Tak,
Myszka?
„Szybko poszło” – pomyślała pani
Bauermann. – „Nawet trochę za szybko”.
***
Lubiła dostawać kwiaty. Nie miała
też nic przeciwko temu, żeby mężczyźni padali przed nią na kolana. Kiedy jednak
zobaczyła, jak robi to żonaty facet, w dodatku na oczach małżonki, poczuła się mocno
niezręcznie.
- It’s…it’s okay. – wyjąkała. – Stand up…stand up, please. (W...w porządku. Wstań...Wstań, prosz
Ola jednak ani myślał wstawać. Wbijał
w nią uporczywe spojrzenie szarych oczu i mówił rzeczy, które poruszyłyby panią
Bauermann do głębi. Szkoda więc, że nie rozumiała ani słowa.
- Eem…Could you…could you speak
slower? (Mógłbyś...mógłbyś mówić wolniej?) – poprosiła niepewnie i spojrzała błagalnie na Ewę. Ta powtórzyła
to samo po norwesku. Ola wstał.
- I’m really, really, really
sorry. – teraz mówił wręcz nienaturalnie wolno, ale pani Bauermann wolała
taką skrajność. – I don’t know how could I do such a thing…I’m sorry. (Bardzo, bardzo, bardzo przepraszam. (...) Nie wiem, jak mogłem coś takiego zrobić...Przepraszam.)
- It’s okay. – powtórzyła
jak katarynka. – I…it’s okay. (W porządku.(...) Ja...w porządku.
Chciała mu powiedzieć, że rozumie,
że każdy popełnia błędy, a ona sama po pijaku nie takie rzeczy
robiła…Uświadomiła sobie jednak, że nie wie, jak.
„Muszę wziąć się za ten
angielski”. – obiecała sobie kolejny raz.
Nagle przyszedł jej do głowy
pomysł. Genialny w swojej prostocie. Otworzyła usta, żeby go zwerbalizować,
kiedy wszedł Zębowski.
***
Atmosfera od razu zgęstniała.
Przed chwilą uśmiechnięty Ola najeżył się i zmarszczył nos, jakby w pokoju
wylądowała kupa łajna.
- Jeszcze brakuje „Marsza
imperialnego”. – zażartował detektyw, ściągając kurtkę. – Witam panie, good
morning… (Dzień dobry - rano)
- Afternoon. (Dzień dobry - popołudniu) – poprawił go
Norweg, uśmiechając się z wyraźną satysfakcją.
- Oh yeah? – Zębowski
rzucił okiem na zegarek. – Yup, noon indeed. Thanks.(Tak? Ta, faktycznie, już popołudnie. Dzięki.)
- You’re very, very welcome. (Naprawdę nie ma za co.) –
odpowiedział miękko Ola, nie przestając się uśmiechać. Ewa spojrzała na niego
ostrzegawczo.
- Słuchaj… - ciągnął detektyw po
angielsku, drapiąc się po karku. – Przepraszam za…za ostatnio. Obojgu nam
trochę odwaliło. – w ramach wzmocnienia przekazu narysował kółko na czole. –
Każdemu mogło się zdarzyć. Zgoda?
Wyciągnął rękę. Ola patrzył na nią
przez chwilę, podniósł swoją, jakby chciał zrobić to samo. I zrezygnował.
- Nope. (Nie.)
Gdyby wyciągnął broń i strzelił w
powietrze, wywołałby podobny efekt. Panią Bauermann zatkało. Przed chwilą
błagał ją na kolanach o wybaczenie, a teraz?
Ewa była niemniej zdumiona. Zadała
jakieś pytanie po norwesku, ale mąż jej nie odpowiedział.
- Robisz to, żeby ze mną wygrać. –
zwrócił się do adwersarza. W najpowszechniejszym języku świata oczywiście. – I
udowodnić, że faktycznie jesteś „bardziej uprzejmy” – tu zrobił cudzysłów
manualny. – Nie dość, że pierwszy oberwałeś, to teraz wspaniałomyślnie chcesz
się godzić. A ja nie zamierzam podtrzymywać twoich złudzeń.
Zębowski dalej uśmiechał się
przyjaźnie.
- Yyy…przepraszam bardzo. Jakich
złudzeń? – spytał z ciekawością. Pani Bauermann zauważyła jednak, że
wyciągniętą przed chwilą rękę zacisnął w pięść.
„Matko Boska, jeżeli znowu będą
chcieli się pozabijać, to ja im bardzo chętnie pomogę” – pomyślała. Kobieta,
nie pięść.
- Wydaje ci się, że jesteś taki
święty, że masz prawo pouczać innych. – ciągnął Ola ze złością. - Ale wiesz co?
Wyłącznie we własnej głowie. A czego jak czego, ale hipokrytów to ja
nienawidzę.
Gdyby poprzestał na tym, Zębowski
odpowiedziałby: „Ja też, faktycznie się nie popisałem, przepraszam”.
Ale to nie był koniec.
- Reta jest bardzo miła. Podobno
jesteście przyjaciółmi, a ty…to, jak ją traktujesz, to jest po prostu chamstwo.
Nie tylko w Norwegii.
Spojrzał na osłupiałą Ewę, jakby
ostatnie słowa kierował do niej.
Wypowiedział te słowa tonem
oskarżenia. Zębowski zaczął się więc bronić, jak zrobiłby każdy na jego
miejscu.
- Niby jak ją traktuję? – zapytał.
Myśl, że przed chwilą chciał podać temu facetowi rękę, wydawała mu się teraz szczytem
absurdu. – No? Wyjaśnij mi, jak powinienem się odnosić do MOJEJ znajomej. Zamieniam
się w słuch.
- Reta, nie wiem, jak ty, ale ja
mam dosyć. – powiedziała głośno Ewa, siadając na fotelu. – Którego najpierw
zabijemy?
- Jak moszesz! – oburzyła się
druga z kobiet. – Ledwo co podłogę umyłam!
- Źle jej podpowiedziałeś. – Ola
uśmiechnął się z satysfakcją do swojego adwersarza. – Wtedy w kawiarni ona nie
znała jakiegoś słowa i ty jej celowo źle podpowiedziałeś. To ma być ta: „polska
uprzejmość”?
Przez chwilę Zębowski nie rozumiał,
o co chodzi. Kiedy w głowie zapaliła mu się właściwa żarówka, tylko się
uśmiechnął.- Aaa, to! My tylko…
- Żartowaliście, wiem. – dokończył
Ola, robiąc cudzysłów manualny. – Ale wy czy ty?
Słowa, które chciał rozróżnić,
brzmią po angielsku tak samo – you. Żeby nie było wątpliwości, pokazał
najpierw dwa palce, a potem schował jeden.
- My.
- Tak? To może ją zapytaj.
- Pewnie. Reta?
- Zaszekaj, Daruz. Mam powyszej
uszu tych waszych kłótni. Jeszeli chcesz mnie po prostu o coz zapytać, to ci
odpowiem. Ale jesli chcesz mnie wciągnąć w te wasze gierki rodem z piaskownica,
to złapię cię za fraki, wsazę ci łeb do zlew i będę puszszać lodowata woda tak
długo, aż ci rozumu nie przybęzie. Więc co chciałez mi powiezieć?
Chwilę się wahał, ale postanowił
złapać byka za rogi.
- Czy jak ostatnio w kawiarni
ci…podpowiedziałem, to byłaś zła?
Przypomniał sobie wczorajszy
wieczór. Przyszła do jego domu, oglądali seriale, śmiali się…Przecież by tego
nie robiła, gdyby była na niego wściekła!
- A, to! – parsknęła śmiechem. – Nie,
no co ty. Robiłez idiota z siebie, a nie ze mnie, więc kim ja jestem, szeby ci
tego zabraniać?
- Jak to idiota?
Ola zrozumiał ostatnie słowo i
triumfalnie się uśmiechnął.
Pani Bauermann westchnęła głęboko.
Chyba będzie musiała po tym wszystkim chodzić na jogę.
Widziała jeden, jedyny sposób, by zakończyć
tę idiotyczną kłótnię. Zerknęła na Ewę. Chyba się wkurzy…z drugiej strony,
jeśli to będzie dalej trwało, to obie w końcu wyjdą z siebie.
Nasza główna bohaterka wzięła
głęboki oddech i powiedziała po angielsku:
- No już, to nie jest ważne.
Wszyscy robią z siebie idiotów. Ale ty generalnie jesteś facet z klasą, on –
wskazała palcem Olę – będzie miał dziecko, więc może już starczy tych wygłupów?
Obaj zastygli, jakby między nimi
uderzył piorun, i wytrzeszczyli oczy. Przez ułamek sekundy myślała, że
powiedziała coś bardzo głupiego. Ale potem obaj spojrzeli na Ewę.
Jej mąż ocknął się pierwszy.
Przełknął ślinę.
- Ewa. – powiedział, idąc wolno w
jej kierunku. – Ewa, er det sant? (To prawda?) Ewa?
Nie była w stanie nic powiedzieć.
Tylko łzy spłynęły jej po policzkach.
Zębowski patrzył przez chwilę na
tulących się do siebie małżonków. Trybiki w jego głowie obracały się z prędkością
zająca po końskiej dawce kawy.
Przypomniał sobie krzyki Ewy.
Cholera jasna, zdenerwowali ciężarną kobietę. I Retę też. Płakała…przez niego!
Przez nich obu.
Żarli się o
uprzejmość…jednocześnie doprowadzając dwie kobiety do łez. Nieźle.
Poklepał Olę po ramieniu. Ten
niechętnie się odwrócił.
- Are we good?(Z nami już w porządku? – spytał
detektyw. Znowu wyciągał rękę.
Norweg przez chwilę się wahał, a
potem ją uścisnął. A nawet poklepał niedawnego adwersarza po ramieniu.
- Yeah. Whatever, man. (Pewnie. Wszystko jedno, stary.
Potem przyszedł czas na gratulacje
i ogólną radość. Nie chcemy przyprawić Czytelników o cukrzycę, więc w tym
miejscu urwiemy naszą opowieść. Można dodać tylko, że kiedy Ola wrócił już do
domu, napisał o tym do pani Bauermann na Messengerze. Oczywiście po angielsku.
Komentarze
Prześlij komentarz