4. Żona w wersji 2.0
- Darek? Już jestem!
Pani Bauermann weszła do biura
detektywistycznego. Podszedłszy bliżej do drzwi gabinetu, usłyszała znajomy
szmer głosu. Najwyraźniej Zębowski z kimś rozmawiał.
Westchnęła.
Miała nadzieję, że to nie początek nowej, absorbującej sprawy. Zajęło im trochę
czasu ustalenie daty seansu w kinie, która pasowałaby obojgu. Jeżeli ON zaraz
do niej wyjdzie i powie, że nic z tego…
Cóż. Może to i dobrze, że nie
spotkali się od razu. Przynajmniej zrobi mu niespodziankę.
Weszła do kuchni i włożyła do lodówki butelkę
Schweppesa. Detektyw narzekał ostatnio, że ledwo może wysiedzieć w gabinecie z
tego upału. To proszę, będzie miał chociaż ulubioną oranżadę dla
ochłody.
Wyszła z powrotem na korytarz.
Detektyw już na nią czekał. Uśmiechał się krzywo.
- Cześć, Gośka.
Nie znosiła tego zdrobnienia. Kiedy
ktoś próbował w ten sposób „tłumaczyć” jej imię, udawała głuchą. Zębowski stanowił
tu wyjątek, ale dlaczego – to już inna historia.
- Hej, hej. Iziemy?
- Jasne…Ale możesz mi wytłumaczyć,
po jaką cholerę wspinałaś się trzy piętra, zamiast jak człowiek wysłać smsa:
„Złaź na dół”?
Chciała mu powiedzieć o
Schweppesie, ale ugryzła się w język. Niech będzie jutro zaskoczony.
- Wiesz, sze marsze po schodach to
jedyny szport, jaki uprawiam…chciałam spalić trochę kalorii na zapas,
skoro mam się zisiaj popcornu nawpierzielać.
Parsknął śmiechem.
- Dobra…skoro taka z ciebie szportszmenka, to czekaj
jeszcze chwilę, bo muszę skoczyć po fajki.
Przewróciła
oczami.
- Bez
takich numerów! – pogroził jej palcem, jak małej dziewczynce. – Żadnego raka,
chorób serca i w ogóle…Możesz sobie ustalać zasady, kiedy będziemy jechać TWOIM
samochodem, jasne?
Chciała
coś powiedzieć, ale pomyślała, że jeśli będą tak mleć ozorami, spóźnią się na
film.
- Super,
że rozumiesz. – Zębowski uśmiechnął się krzywo. – Za sekundę wracam.
Wyszedł,
zostawiając – co było dla niego nietypowe – uchylone drzwi.
Pani
Bauermann czekała. Z sekundy zrobiło się bardzo wiele sekund. Cholera jasna.
Korek, złośliwa sygnalizacja świetlna i na bank nie zdążą…
- Darek? –
usłyszała niepewny głos młodej kobiety. – Darek, jesteś?
- Poszedł
po papierosy. – wyjaśniła uprzejmie.
- O Boże!
Strach w
głosie tamtej szczerze ją rozbawił.
- Wiem,
wiem…Też mu ciągle mówię, sze się zabija. Ale tak jest z facetami…jak sobie
wbiją coz do głowy, to nie ma siły.
- Ja…nie
powinnyśmy ze sobą rozmawiać.
To była co
najmniej dziwna odpowiedź.
- Niby szemu?
Przynajmniej będę miała coz do roboty, póki nie wróci. Niech pani wejzie.
Jakby dla
zachęty pani Bauermann otworzyła drzwi. Zobaczyła przed sobą dość ładną,
rudowłosą dziewczynę o ciemnych oczach. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już
ją gdzieś widziała.
Jest
podobna do Wiktorii, uświadomiła sobie, mając na myśli młodszą córkę
Zębowskiego. Stąd to wrażenie.
Czy na
pewno?
Kiedyś
rysowała portrety. Miała przez to świetną pamięć do twarzy i dałaby sobie rękę
uciąć, że widziała tę dziewczynę. Nie kogoś podobnego, tylko właśnie ją. Gdzie?
no tak, przecież…
- Nie
powinnyśmy ze sobą rozmawiać.
Myśl
uciekła. Pani Bauermann zaklęła w myślach. Pomyślała, że nie wypuści stąd tej
dziewczyny, póki nie ustali, skąd ją zna. Było to oczywiście absurdalne do
granic możliwości, ale nienawidziła, kiedy miała coś z tyłu głowy i nie umiała
powiedzieć, co konkretnie. Miała przez to kłopoty ze snem.
- Nonsens.
– uśmiechnęła się zachęcająco. – Niby dlaszego?
Twarz
rudej przypominała odcieniem znak stopu.
-
Darek…Darek by mnie rozszarpał.
Mówiła o
tym tak, jakby chodziło o wybuch bomby jądrowej. Pani Bauermann zapaliła się
czerwona lampka. Ruda najwyraźniej wie, z kim ma do czynienia. Wiedziała już
wcześniej, ledwo usłyszała jej głos. Czyli faktycznie, gdzieś się już spotkały…ale
gdzie?
I co
najważniejsze – dlaczego Zębowski miałby kogoś rozszarpać za rozmawianie z nią?
Czy ta dziewczyna coś wiedziała? Czy…
Powiedział
jej.
Ta myśl
była tak okropna, że natychmiast wyrzuciła ją z głowy. Nie, Darek by jej nie
zrobił takiego świństwa. Dobrze wie, jak ważna dla niej jest dyskrecja w
pewnych kwestiach…
Musi
ustalić fakty, bo inaczej oszaleje.
-
Dlaszego? – miała nadzieję, że wyraz jej twarzy nadal jest przyjazny, choć
miała ochotę urządzić tej dziewczynie regularne przesłuchanie. Chyba wreszcie
odezwały się w niej te: „gestapowskie geny”, o których tyle słyszała od różnych
osób. – On tylko wygląda trochę grozne, ale nikogo nie rozszarpuje. Proszę mi
wieszyć, ja go znam. Ale pani chyba też, skoro mówi do niego po imieniu?
Cholera.
To chyba zabrzmiało, jak wyrzut. Ruda zaczerwieniła się po uszy.
„No brawo”
– pomyślała pani Bauermann ze złością. – „Teraz na pewno ci zaufa i wyśpiewa
wszystko, jak na spowiedzi. Gratulacje.”.
Pytanie o
subtelności radzieckiego czołgu odniosło jednak skutek, bo dziewczyna
wymamrotała:
- Nie…to
znaczy znamy się, ale ledwo. Ja tylko do niego po pieniądze przyszłam.
Główna
bohaterka naszej historii uznała, że coś tu bardzo mocno śmierdzi. A potem ją
olśniło.
To był pierwszy raz, kiedy odwiedziła Zębowskiego w biurze – na pewno pierwszy,
później już nie zwracała uwagi na takie rzeczy. Schodziła na dół i zobaczyła
czerwonego jak pomidor, zdyszanego faceta, który chciał zrobić coś dokładnie
odwrotnego. Zatrzymała się, żeby go przepuścić. Już chciała spytać: „Wszystko w
porządku?”, kiedy drzwi jednego z mieszkań otworzyły się. Stała w nich ta ruda
dziewczyna.
- Cześć,
Rysiu! – zwróciła się do Czerwonego, jak gdyby nigdy nic. – Ty do mnie?
- A…a…a do
kogo, ku…kurwa! – wydyszał. Sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz wypluć płuca. –
We…weź się jakoś sprowadź na pa…parter, czy coś. Przecież ja niedługo zawału
dostanę!
Wybuchła śmiechem.
- Sorry,
Rysiu, ale nic z tego. W bajkach zawsze jest tak, że rycerz musi się wspinać do
księżniczki. Poza tym skoro zwykłe schody tak cię przerastają, to ja nie wiem,
co ty chcesz ze mną robić.
- Za…zamknij się, mała suko. – odparł Rysio. Brzmiałby groźniej, gdyby nie
sapał jak lokomotywa. – Słyszy pani? – zwrócił się do pani Bauermann. – Dupą
zarabia, a jakie toto pyskate!
- Własnie
miałam zjezc obiad. – mruknęła i szybko poszła na dół. Co miała odpowiedzieć?
„Ech, te dzisiejsze dziwki”?!
I teraz
taka…osoba przychodzi do Darka – jej Darka, którego urodziny niedawno opijali –
po pieniądze.
Zaraz,
moment! Przecież to nie musi nic oznaczać. To klienci chodzą do dziwek. Jaki
mógłby być powód odwrotnej sytuacji? No chyba, że ktoś bierze na kredyt, jak w
tym dowcipie…
Pani
Bauermann zacisnęła zęby, żeby nerwowo nie zachichotać. Istnieje jakiś
racjonalny i zupełnie niewinny powód tej sytuacji…Darek wszystko jej opowie
podczas jazdy do kina. Jeszcze będzie się śmiała z tego, co teraz myśli.
Nie mógł
być przecież jakimś zwykłym…zwykłym Rysiem. O, nie. Darek to zupełnie co
innego. Ma własną firmę o bardzo dobrej reputacji i dwie córki, a kiedyś miał
nawet żonę. Tacy ludzie nie chadzają na kurwy. Prawda? Prawda?!
A skąd wiesz, ile dzieci miał Rysio, szepnęło coś w jej głowie. Zapytałaś? Może
jest statecznym ojcem i mężem, który tylko czasem lubi…
On może
tak, ale Darek jest inny. Inteligentny, szarmancki. W głowie jej się nie
mieściło, że człowiek, który całuje ją po rękach, może zachowywać się jak
zwierzę.
Tak
postrzegała mężczyzn korzystających z usług prostytutek. Jako brudne,
zaślinione zwierzęta, żerujące na cudzym upokorzeniu. To miałby być Darek?
Wolne żarty!
- Mogę o
coś spytać?
Serce
prawie jej wyskoczyło. Ruda obserwowała ją uważnie.
- Tak. –
odchrząknęła. – Tak, oszywizcie.
- Lubi go
pani?
Nie
musiała pytać, kogo.
- Tak. –
uniosła wyżej głowę, jakby mogła w ten sposób dodać sobie godności. – Bardzo.
- On też
panią lubi.
Zjeżyła
się.
- A skąd
pani wie takie szeszy? – zapytała ostro.
- Dużo o
pani mówi.
Serce
podeszło jej do gardła.
- Kiedy?
Ruda nie
odpowiedziała, zacisnęła tylko usta. Dla pani Bauermann to było gorsze niż cokolwiek.
- Słyszała
pani kiedyś o jego żonie?
Pewnie, że
słyszała. Zapytała go o to zaraz na początku. Kiedy człowiek spotyka samotnego
ojca, w miarę zacieśniania relacji pewne pytania nasuwają się same.
„Moja żona nie żyje od wielu lat”.
Taką
odpowiedź dostała. Zębowski miał przy tym wyraz twarzy mówiący: „Żadnych
pytań”.
Nie pytała
więc, bo wiedziała, że jeśli zacznie go wypytywać, osiągnie efekt odwrotny od
zamierzonego.
Odpowiedź
brzmiała więc: „Wiem tylko, że istniała”. Nie, żeby pani Bauermann zamierzała
się do tego przed tą…dziewczyną przyznać. Odczuwała wobec przedstawicielek jej
zawodu ni mniej, ni więcej, tylko pogardę. Skoro pozwalają się traktować jak
rzeczy, świadczy to wyłącznie o braku zaradności i szacunku do samej siebie.
- A
co p a n i mosze o tym wiezieć? – zapytała z krzywym
uśmieszkiem, kładąc wyraźny nacisk na formę grzecznościową.
Ruda
zacisnęła usta. W jej ciemnych oczach widać było złość.
- O wiele
więcej od p a n i.
Brwi
naszej głównej bohaterki uniosły się bardzo wysoko.
- Szyszby?
– spytała wciąż tym samym, niby uprzejmym tonem. – A niby skąd?
Wtedy na
scenę wkroczył Odtwórca Głównej Roli Męskiej. Werble, Proszę Państwa!
***
- Co ty tu robisz?!
Musiał
mieć halucynacje. To jedyna logiczna odpowiedź na pytanie: „Dlaczego widzi coś
tak okropnego, że nawet nie umiał sobie tego wyobrazić?”.
Sara
otworzyła usta, ale on koncentrował się głównie na Recie. Patrzyła na niego jak
matka, która znalazła w pokoju ulubionego syna papierosy.
„Jestem na
ciebie wściekła, ale jeśli ładnie się z tego wykręcisz, to może nawet ojcu nic
nie powiem”.
Tylko że w
tym przypadku paczka fajek mogła mówić.
Poczuł
falę gorąca na całym ciele. Reta widocznie odczytała milczenie jako odpowiedź,
bo skinęła lekko głową.
„Dałam ci
szansę. Skoro wolisz nie siadać przez najbliższy tydzień – twoja sprawa”.
- Pani w
sprawie finansowej. – poinformowała słodko.
Ten ton.
Znał go aż za dobrze. Nie zwiastował niczego dobrego.
Spojrzał
na Sarę. Miał ochotę ją udusić, choć gdyby pięć minut temu zobaczył, że ktokolwiek
robi jej krzywdę, bez wahania sięgnąłby po rewolwer.
- Chodź. –
burknął tylko. Zamknęli się w jego gabinecie, ale treść odbytej tam rozmowy
przytoczymy Czytelnikowi innym razem. Grunt, że kiedy dobiegła końca, pani
Bauermann już nie było.
***
Siedziała
w mieszkaniu i wyłamywała sobie palce. Cholera, cholera, cholera!
Zerwała
się na równe nogi. Musi sobie znaleźć zajęcie, bo inaczej oszaleje.
Podeszła
do swojej biblioteczki. Tak jest, książki. Jej najlepsi przyjaciele. Nigdy nie
zawiodą. Ucieknie w fikcyjny świat, daleko od własnej złości.
Nie miała
pojęcia, co ją tak wkurza – i to sprawiało, że wkurzała się jeszcze bardziej.
Sięgnęła
na chybił-trafił. „Łaskun” Katarzyny Puzyńskiej. Osiemset trzydzieści dwie
strony. Idealnie. Długa, złożona opowieść. Tego jej teraz trzeba. Chyba już
czytała tę książkę, ale miała to w nosie.
Kiedy
jednak okazało się, że główny bohater korzystał z usług prostytutek, by ukoić
ból po rozstaniu z narzeczoną – RUDOWŁOSĄ narzeczoną – pani Bauermann zamknęła
książkę. Cholera, czy to jest jakiś spisek?!
Wyobraziła
sobie Zębowskiego, jak leży na tamtej…dziewczynie, dyszy jej we włosy. Jak
tarzają się po łóżku, na prześcieradle poplamionym spermą poprzedniego klienta.
Na samą myśl poczuła mdłości. Rany Julek, ta dziewczyna wyglądała przecież na
dwadzieścia parę lat, jest w wieku Klaudii! Czy on naprawdę nie ma problemu z
płaceniem za seks dziewczynie, która mogłaby być jego córką? Skoro jest zdolny
do czegoś takiego, to co jeszcze ukrywa?
I chwila
moment…co ona powiedziała?
„Dużo o
pani mówił”.
No
pięknie. Czyli po tym wszystkim, co razem przeszli, jest dla niego kimś, o kim
można plotkować ze swoją kurwą. Świetnie.
To
szczerze mówiąc zabolało ją jeszcze bardziej, niż sam fakt, że Zębowski
korzysta z usług takiej…osoby. Czuła się zdradzona. Oszukana. Wykorzystana. Do
czego? Nieważne! Ważne, że miała pretekst, aby się nad sobą użalać.
Nie każemy
Czytelnikom dłużej siedzieć w głowie pani Bauermann, bo zarówno oni, jak i
narrator, zaziewaliby się na śmierć. Wpuściliśmy ich tam tylko po to, żeby
zrozumieli, dlaczego nasza bohaterka otworzyła butelkę wódki, która stała
zapomniana w kuchennej szafce. A wiadomo, że kiedy człowiek lekko się pokrzepi,
nie ma nic lepszego, niż dzwonienie do znajomych. Zwłaszcza takich, których
wstydliwy sekret dopiero co odkryliśmy.
***
Przeszedł
go dreszcz, kiedy zobaczył jej numer na wyświetlaczu. Nie odbierze. Musi! Nie
może…Musi!
- Wie war es?[1]
- Yyy…co?
Czasem
zaczynała rozmowę po niemiecku. Wiedziała, że jego usta mają awersję do tego
języka i czerpała sadystyczną przyjemność z słuchania, jak się męczy.
Przynajmniej Zębowski tak to odczuwał.
Ale teraz
się z nim nie przekomarzała. Była wściekła. Czuł to.
I był
gotów jakoś ją ugłaskać, może nawet zaproponować, że się spotkają i wszystko
jej wytłumaczy…Wtedy
usłyszał TE słowa.
- Jak to
jest z taką, co? Pełne profesjonalizm? Nawet rozumiem…A ja sobie głupia męsza
do tego wzięłam!
Na dźwięk
tego drwiącego tonu coś w nim pękło. Czego się niby spodziewał? Przecież ludzie
już tacy są. Klepią po ramieniu, patrzą ze współczuciem, powtarzają: „Ja cię
rozumiem”…Ale z chwilą, kiedy twój problem narusza ich standardy moralne,
jesteś trędowaty. Jak mógł o tym zapomnieć?
Odpowiedź
była prosta: chciał wierzyć, że spotkał kogoś podobnego do siebie. On jeden
wiedział, ile jadu kryje się pod maską uśmiechniętej pani od niemieckiego. Co
zrobiłaby facetowi odpowiedzialnemu za wypadek jej męża. I ludziom, którzy
wyzywają ją od „hitlerówek”, kiedy tylko słyszą jej akcent. Naprawdę chciał
wierzyć, że ONA go zrozumie…
Był na nią
wściekły, bo czuł, jakby go oszukała. I na siebie, że p o z w o l i ł się oszukać.
- To moja
sprawa, co i z kim robię. – wycedził.
- Tak? –
prychnęła. – To dlaszego się tego wstyzisz? Dlaszego powieziałez tej
ziewszynie, sze ją ro…roszarpiesz, jesli bęzie ze mną rozmawiała?
- Co? – to
ostatnie zdanie prawie rozbawiło detektywa. – Nic takiego nie mówiłem. Ona
kłamie!
- Szyszby?
– dalej ten kpiący ton. – A kiedy mówiła mi o twojej szonie, też kłamała?
To jedno
zdanie sprawiło, że Zębowskiemu pociemniało w oczach. Sara wiedziała o
rzeczach, o których nikt inny nie mógł mieć pojęcia. Obnażył się przed nią –
dosłownie i w przenośni. Zaczęła chlapać ozorem? Ale dlaczego? Mieli jasny,
korzystny dla obu stron układ, co nagle mogło przestać jej pasować?
Uświadomił
sobie, że – niestety – zna odpowiedź na to pytanie. Poczuł się tak, jakby ktoś
wyrwał mu jelita.
- Co ci
powiedziała? – zapytał słabym głosem. Jak sam stwierdził, dziwnie brzmiącym.
Jego
rozmówczyni zmieniła ton. Pojawiła się w nim troska.
-
Daruz…wszystko w posządku?
- CO ONA
CI POWIEDZIAŁA, DO KURWY NĘDZY?! – wrzasnął. Była połowa sierpnia, ale on czuł
zimno. I dreszcze.
- Nic, nic
takiego! – zapewniła szybko. W jej głosie brzmiała teraz wyraźna nuta
zaniepokojenia. A może i strachu. – Daruz, przepraszam, wiesz, sze szasem
gadam, co mi slina na język przyniesie…Wszystko okay?
- Już
nigdy nic nie bęzie okay. – powiedział cicho, bezwiednie kopiując jej błąd w
wymowie. Poczuł kłucie pod powiekami.
Tylko nie to. Nikt nie mógł usłyszeć, jak płakał. A już kobieta w
szczególności. Jedynymi wyjątkami były jego matka i…nawet pomyślenie tego
imienia było ponad jego siły. Była jeszcze Sara, ale ona, z powodów, które
Czytelnik być może już odkrył, nie liczyła się tak do końca.
Odłożył telefon.
Słyszał, że pani Bauermann coś mówi, ale nacisnął czerwoną słuchawkę. Ukrył
twarz w dłoniach.
***
Czuła, że
tym razem zwykłe: „Przepraszam” nic nie da. Znaleźli się w takim punkcie, że
musieli ze sobą Bardzo Otwarcie Porozmawiać. Po tej Rozmowie będzie na niego
patrzeć w całkiem inny sposób. A może nawet w ogóle już nie będą utrzymywać
kontaktów. Tak czy inaczej – coś się zmieni.
A pani
Bauermann nie miała najmniejszej ochoty na zmiany. Wręcz odwrotnie.
Dotychczasowy układ między nią a Zębowskim bardzo jej pasował. Teraz rozumiała
to, jak nigdy wcześniej.
Jeszcze
bardziej denerwowało ją, że w dużej mierze sama ponosiła winę za tę sytuację.
Gdyby tylko…nic nie mówiła. Udawała, że nie wie, kim ta dziewczyna jest. Albo
chociaż nie uciekała stamtąd, jak nastolatka. Chyba za dużo czasu spędza w
towarzystwie nieletnich. Kto z kim przestaje…
Mrucząc
pod nosem, wcisnęła backspace, bo wydawało jej się, że użyła złego słowa.
Zerknęła do oryginału tekstu, który tłumaczyła. Jednak było dobrze! Niech to
szlag. Control-zet, control-zet, control-zet…za daleko! Niech to wszystko szlag
trafi!
Cholerni
faceci! Sprawiają problemy nawet wtedy, kiedy nie ma ich w pobliżu. Czy ten
Zębowski nie mógłby się d o m y ś l i ć,
że jej jest głupio? Przecież to oczywiste! Sama do niego nie zadzwoni, bo…bo
nie i już! Bo to on lata za kurwami! Gdyby tego nie robił, wszystko byłoby, jak
trzeba!
Zdawała
sobie sprawę, że rozumuje jak dziecko. Kto jednak powiedział, że po
zdmuchnięciu określonej liczby świeczek trzeba zawsze zachowywać się dojrzale i
logicznie?
„Gdyby
ludzie zawsze wybierali najrozsądniejsze rozwiązania, moja praca byłaby
nudniejsza, niż odśnieżanie piekła”.
Usłyszała
to od Zębowskiego…
Coś ją
ścisnęło w gardle. Poczuła ogromną tęsknotę, nawet nie do końca wiedziała, za
czym.
Ktoś
zadzwonił do drzwi.
Podniosła
głowę. Otarła policzek wierzchem dłoni. Niech ten ktoś nie prosi jej o nic, co
wymaga myślenia, bo nie jest w tym najlepsza…
Przez
chwilę miała ochotę udawać, że nie ma jej w domu. Na szczęście zdołała się ogarnąć. Myśl:
„Ogarnij się, głupia babo. Klient oznacza pieniądze, a ty nie jesteś chińską
cesarzową” zmotywowała ją lepiej, niż byłby w stanie to zrobić niejeden filmik
na YouTube.
Podniosła
słuchawkę domofonu.
- Halo?
-
Potrzebuję tłumaczenia!
Wcisnęła
guzik. Chwilę później prostytutka Zębowskiego patrzyła na nią z wyzywającym
wyrazem twarzy.
***
- Pani Bauermann, musimy
porozmawiać. - Sara zacisnęła usta. - Otwarcie. Jak kobieta z kobietą.
- Naprawdę?
Westchnęła. Czuła na sobie to
osądzające spojrzenie. Prawie wszyscy, którzy wiedzieli, czym się zajmuje,
patrzyli na nią w ten sposób. Jak na człowieka drugiej kategorii.
Miała na końcu języka jakąś
zjadliwą uwagę, ale się w niego ugryzła. Musi być miła. Ze względu na Darka. W
końcu ta kobieta uratowała mu życie…poniekąd.
- Mogę usiąść?
Frau Bauermann wzruszyła ramionami, zrobiła krok do tyłu i ruchem dłoni
wskazała kanapę.
Sara weszła w głąb mieszkania i
rozejrzała się po nim dyskretnie. Dla zwykłego człowieka nic nadzwyczajnego,
ale ona oddałaby wiele, żeby tu zamieszkać. Czysto. Dosyć miejsca. Obraz na
ścianie. I (prawdopodobnie) żadnych paskudnych gryzoni, które nocami gdzieś tam
tuptają i nie dają spać. Normalnie bomba.
- Darek mnie prosił, żebym z panią
porozmawiała. - zaczęła, gdy już usiadła na samym brzegu kanapy, a gospodyni
zajęła miejsce na krześle.
- Naprawdę?
Do cholery jasnej, zacięłaś się,
kobieto?! A może to jest jedyne słowo, które potrafisz powiedzieć po polsku? Na
świecie jest siedem miliardów ludzi – dlaczego taki świetny facet jak Darek
zawraca sobie głowę taką...Bądź miła, bądź miła, bądź miła...
Ani jedno słowo z tej gonitwy myśli
nie wydostało się przez usta Sary na zewnątrz. Powiedziała tylko:
- Tak. Prosił, żebym pani
wytłumaczyła, dlaczego on się ze mną spotyka.
Pani Bauermann parsknęła śmiechem.
Sara dopiero teraz zwróciła uwagę, że kobieta ma wąsik. Komuś by się przydała
kosmetyczka, pomyślała, ale dalej siedziała cicho.
- Proszę pani. - odezwała się
pół-Niemka lekko ironicznym tonem. - Diabli wiezą, co nagadał pani Darek, ale
ja naprawdę nie jestem jakimz oderwanym od szycia ufoludkiem. Jeszsze niedawno
miałam męsza, więc tych szeszy NAPRAWDĘ nie trzeba mi tłumaszyć.
- To...tu chodzi o to... - Sara
westchnęła. Jak miała wyjaśnić tak delikatną sprawę, skoro rozmówczyni traktuje
ją z góry? - Darek nie jest takim do końca zwykłym klientem.
- A co, wykupił pakiet premium? -
znów ten ironiczny śmiech. - Ja naprawdę nie chcę nic wiezieć na te
tematy...Nie lubię zaglądać innym luziom pod kordłę.
Sara chciała poprawić błąd, za
który kiedyś tak ją strofowała ciotka-polonistka, ale uznała, że musi przejść
do rzeczy, bo inaczej będą tu siedziały całą noc.
- Niech pani na mnie spojrzy. -
poprosiła. - Nie przypominam pani nikogo?
Wytrzymała spojrzenie tych uważnych
niebieskich oczu.
- Przykro mi, ale nie.
- A Wiktoria, młodsza córka Darka?
Przecież ją pani zna.
Zapadła cisza.
- Proszę pani. - Frau Bauermann mówiła
powoli, jakby miała do czynienia z niebezpieczną wariatką. - Jeszeli sugeruje
pani, sze Darek gustuje w...pani usługach ze względu na jej podobieństwo do
córki, to...
Sara spojrzała na sufit i pomodliła
się tymi słowy:
- Jezu Chryste, daj mi cierpliwość,
ale nie siłę, bo za siebie nie odpowiadam! Proszę! - powiedziała ostrym tonem,
wyciągając z torebki zdjęcie i podając je kobiecie. - To jest żona Darka, zanim
zaczęła brać chemię. Jakieś pytania?
Obserwowała, jak oczy Frau
Bauermann wędrują od zdjęcia do jej twarzy. Kilkukrotnie.
- Verdammte Scheisse...[2]
Sara nie wiedziała, co to znaczy,
ale mogła się domyślić. Westchnęła ciężko.
- A Darek mówił, że jest pani
najmądrzejszą kobietą, jaką zna!
- Naprawdę tak powieział? - Niemra
uśmiechnęła się szeroko. Po chwili jej wysokie czoło pokryły zmarszczki. –
Zaraz, zaraz…Chemia? Szona Darka miała...raka?
Sara miała ochotę triumfalnie się
uśmiechnąć. A więc to tak…Zadzierałaś nosa, ty arogancka krowo, a tu się
okazuje, że jakaś zwykła dziwka jest od ciebie mądrzejsza?
Nie znosiła tej baby, odkąd tylko
usłyszała o niej pierwszy raz. Gdyby Darek nie poprosił, w życiu by nie
przyszła do tego miejsca. Ale nie mogła odmówić człowiekowi, który uświadomił
jej, że mimo wszystko MA godność.
Nie umiała się powstrzymać od
lekkiej złośliwości.
- Pani nic nie wie? Orientuję się,
że nie trąbi o tym na prawo i lewo, ale nie próbowała pani nawet pociągnąć go
za język? Albo zapytać którąś z jego córek? Obie były wtedy na tyle duże, że
wszystko pamiętają.
Z sadystyczną przyjemnością
obserwowała, jak w najlepszym wypadku przeciętna twarz Niemry oblewa się rumieńcem.
- Czyli pani nie próbowała. -
powiedziała z satysfakcją. - Opowiadać ciągle, jak się tęskni za własnym mężem,
to i owszem, ale zapytać Darka o jego doświadczenia już nie bardzo, co? Niby
przyjaźń, niby ratowanie życia, a każdy sobie...
- Nie zamieszam z panią o tym
rozmawiać. - oświadczyła Frau Bauermann lodowatym tonem.
Takim zachowaniem tylko
potwierdziła wyobrażenia Sary na swój temat. Co za nadęty, zapatrzony w siebie
babsztyl! Jak Darek może tego nie widzieć?
- Oho, wielce hrabianka się odezwała,
co to z plebsem nie będzie gadać! - prostytutka poczerwieniała ze złości. - A w
czym pani jest lepsza ode mnie – że nie musi się ruchać za pieniądze? No i
świetnie, ale z tego co wiem, medalu nikt pani nie da!
Tylko spokojnie, nakazała sobie w
myślach. Krzykami nic nie wskórasz, a przecież masz znacznie lepszy sposób,
żeby strącić ją z piedestału, na którym usadziła swoje germańskie dupsko.
Wyobraź sobie jej minę, kiedy się dowie, co i jak…
Ta myśl była doskonałą motywacją,
żeby następne słowa wypowiedzieć kompletnie bezbarwnym tonem.
- Żona Darka zmarła na raka mózgu
dziesięć lat temu. Z tego, co mówił, była bardzo chorowita i właściwie ciągle
musieli latać po lekarzach, ale to glejak ją wykończył. Darek do dzisiaj się z
tego nie otrząsnął. Najlepszy dowód siedzi teraz przed panią.
Urwała, żeby wzmocnić efekt. Teraz
najlepsze…
- Darek płaci mi nie tylko za seks
– gdyby tak było, nie miałabym z nim takiej...osobistej relacji. On oczekuje,
że w czasie naszych spotkań tak jakby STANĘ się jego zmarłą żoną. Mam zakładać
jej ciuchy, nazywać go jak ona, pozwalać, żeby mówił do mnie: „Nisiu” ...jest
tego cała lista, ale nie pokażę jej pani, bo chyba by mnie zastrzelił. I nie
zawsze lądujemy w łóżku – czasami po prostu oglądamy film albo jemy obiad u
niego w domu, rzecz jasna, kiedy jest sam.…A parę razy zabrał mnie nawet do
teatru. - roześmiała się. - Nie słyszałam jeszcze, żeby ktoś ukulturalniał
swoją dziwkę.
Pani Bauermann patrzyła przed
siebie oniemiałym wzrokiem. Wyglądała, jakby zawiesił jej się system. Bezcenne.
Sara miała ochotę rzucić coś w stylu: „Jak to jest odkryć, że cały świat nie
kręci się wokół pani?”, ale milczała. Niektóre zwycięstwa lepiej świętować w
ciszy.
- Jak długo to trwa? I jak...jak
szęsto...? - wydusiła w końcu Bauermannowa.
Sara zastanowiła się chwilę.
- Ja wiem? Zaczęliśmy jakieś...dwa
i pół roku temu? Zanim poznał panią.
Pamiętam, jak spotkaliśmy się pierwszy raz...Popatrzył na mnie takim wzrokiem,
że aż mi mrówki po plecach poszły, choć jestem przyzwyczajona do zboczeńców. A
potem pewnego dnia, kiedy wychodziłam od brata (który od czasu wypadku na
motorze nie może chodzić i któremu muszę opłacać pielęgniarkę, bo reszta
rodziny ma nas gdzieś), czekał na mnie pod blokiem i zapytał, czy chciałabym
pomóc Nikodemowi. Skąd wiedział o mojej sytuacji? Diabli go wiedzą, ale w końcu
detektyw...Mogę dostać szklankę wody?
Dostała.
- Zapytałam, skąd, u licha, wie o
moim bracie i zagroziłam, że jak go dotknie, skończy w trumnie. Mówiłam to
trochę bez przekonania, bo chociaż mam znajomego, który pacyfikuje natrętów,
kiedy go poproszę, to Darek nie wyglądał mi na takiego, którego łatwo by było
stłuc. Uśmiechnął się tylko i powiedział: „Nie, nie, źle zrozumiałaś. Mam biuro
w twojej kamienicy i naprawdę mogę ci pomóc. Będę ci dawał regularnie tyle pieniędzy,
ile zechcesz w zamian za...pewną specjalną usługę”. Wie pani, pieniądze nie
śmierdzą, ale trochę się przestraszyłam, bo nie miałam pojęcia, jakie zboczenia
mogą mu chodzić po głowie – tym bardziej, że wciąż pamiętałam ten wzrok. Nawet
mi ulżyło, kiedy powiedział, czego oczekuje. Kazał mi się przebadać, żeby mieć
pewność, że niczym go nie zarażę (spokojnie, jestem zdrowa jak ryba)
i...zaczęliśmy nasz teatrzyk. Co do częstotliwości, to jest różnie – czasem
rzadziej, czasem częściej...Zależy, w jakim stanie emocjonalnym jest Darek i
czy, oczywiście, nie poleciał za jakimś mordercą na drugą półkulę. Kojarzę na
przykład, że po tej sprawie z panią, że tak powiem, spotykaliśmy się przez
jakiś czas nawet kilka razy w tygodniu. To wszystko naprawdę nim wstrząsnęło. I
nawet mi wtedy powiedział, że chce z tym – to znaczy z naszym teatrzykiem –
skończyć. Dla pani.
„Najgłupszy pomysł w dziejach, ale
z doświadczenia wiem, że jak facet zacznie myśleć fiutem, to nic mu nie
pomoże”. – dodała w myślach.
- Dla mnie?! – Niemra wyglądała na
równie zdziwioną, ale chyba z trochę innych powodów.
- To, co się stało...zaimponowała
mu pani. I mnie szczerze mówiąc też. Tak po prostu zaryzykować dożywociem dla
obcego człowieka, no, no…
Sara musiała dotknąć swoich ust,
żeby upewnić się, czy nie wycieka z nich sarkazm. Według niej, jeżeli ktoś w
tamtej chwili ryzykował, to Darek. Ta…kobieta tylko spanikowała i chciała
ratować własną skórę. Nic więcej. To ona miała u niego dług nie do spłacenia.
Jeśli jest takim wzorem cnót, jak
Darek opowiadał, powinna chyba jakoś sprostować te pochwały? „To jego zasługa”,
„Ja nic takiego nie zrobiłam” …
- Nawet nie myslałam o tym, sze
mogą mnie wsazić do więzienia. – odparła Niemra.
Nic? Ani słowa sprostowania? Sara
poczuła, że musi szybko powiedzieć resztę i wyjść, bo inaczej coś tej kobiecie
zrobi.
- W każdym razie na Darku wywarło
to silne wrażenie, chociaż jak go znam, za bardzo pani tego nie okazuje. Ale
jeszcze bardziej zaimponowało mu to, że pani się ciągle uśmiecha, uczy te
dzieciaki i w ogóle sprawia wrażenie szczęśliwej – pomimo tego, że zmarły mąż
był dla niej jedyną rodziną. Dareczek doszedł do wniosku, iż skoro pani dała
sobie radę z żałobą i to bez substytutu eksmęża, to on też może. Chciał uciąć
nasze spotkania, ale przekonałam go, żeby tego nie robił. Co prawda nie jestem
z kamienia i widzę, że bardziej mu szkodzę, niż pomagam, ale przelewa mi raz na
miesiąc okrągłą sumę pieniędzy niezależnie od tego, czy się akurat spotkaliśmy,
czy nie. Mnie zwyczajnie nie stać na to, żeby zakończyć ten cały cyrk...Mój
brat...jestem dla niego jedyną nadzieją.
Spuściła głowę. Nie chciała brzmieć
tak żałośnie – nie w obecności tej kobiety. Ale naprawdę bała się, co
przyniesie przyszłość.
Zobaczywszy, że twarz rozmówczyni
jest kompletnie pozbawiona wyrazu, bynajmniej się nie uspokoiła.
- Darek nie bęzie się już z panią
spotykał. – również ten głos nie wyrażał absolutnie niczego. - A
przynajmniej...nie w tym celu. Spróbuję go przekonać, szeby dalej pomagał pani
finansowo, ale z tym...udawaniem koniec!
W ostatnich słowach brzmiała
determinacja. Ta kobieta była gotowa zrobić wszystko, żeby osiągnąć swój cel.
Sara poczuła, że musi ostrzec Darka. Z nią nie musi się już zadawać, ale od tej
baby niech trzyma się z daleka…Inaczej może skończyć związany i zakneblowany w
piwnicy.
- A teraz przepraszam, ale niedługo
przyjzie do mnie uszeń i wolałabym, szeby pani tu nie zastał. Bez obrazy.
Sara doskonale wiedziała, że jest
uprzedzona, jak diabeł do wody święconej. Ale nie mogła się oprzeć wrażeniu, że
Bauermannowa tak naprawdę chciała powiedzieć: „Wypierdalaj z mojego mieszkania,
ty brudna kurwo”. Użyła innych słów tylko dlatego, żeby dalej móc
zgrywać kulturalną, wykształconą jaśnie panią na włościach. Jakby była cholerną
panią profesor od wszystkich nauk świata, a nie zwykłą belferką. Sara nie
znosiła takich ludzi.
Musi ostrzec Darka, obojętnie, czego ta Gruba Berta sobie
życzy. Musi mu uświadomić, z kim tak naprawdę się zadaje. Zasługiwał na dużo,
dużo więcej.
***
Historia o uczniu, który miał
przyjść „niedługo” była zmyślona. Pani Bauermann miała co prawda tego dnia
jeszcze jedną lekcję, ale po pierwsze – dopiero o osiemnastej, a po drugie – to
ona miała jechać do kogoś, a nie odwrotnie. Skłamała, żeby pozbyć się
kłopotliwego gościa z domu. Zrobiła to przede wszystkim w obawie, że jeśli
dowie się jeszcze czegoś o Zębowskim, eksploduje jej mózg, a nie chciała
narażać nikogo na sprzątanie po takim incydencie.
Wpatrywała się w fotografię, którą
wciąż trzymała w ręku. Widać było na niej kobietę – ani piękną, ani szkaradną.
Miała puszyste rude włosy do ramion i piwne oczy. Stała prawdopodobnie w
przedpokoju (wskazywał na to widoczny w tle wieszak, a także fakt, że miała na
sobie kurtkę i buty, jakby właśnie zamierzała wyjść) i uśmiechała się
nieśmiało. Trzeba obiektywnie powiedzieć, że uśmiech miała naprawdę ładny. Pani
Bauermann dobrze go znała – Wiktoria, córka Zębowskiego, ewidentnie wdała się
pod tym względem w matkę.
Pani Bauermann pomyślała o
prostytutce, która niedawno opuściła jej mieszkanie i poczuła ciarki na plecach.
Niby słyszała teorię, że „każdy ma swojego sobowtóra”, ale nie wierzyła w to –
do dzisiaj. Podobieństwo Sary do świętej pamięci pani Zębowskiej kłuło w oczy
do tego stopnia, że wydawało się niemożliwe, by odpowiadał za nie wyłącznie
przypadek. Niemożliwe. Nic dziwnego, że Darek patrzył na dziewczynę jak sroka w
gnat, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.
Pani Bauermann nie potrafiła
zrozumieć, jak mogła być tak ślepa. Spędzała w towarzystwie tego faceta mnóstwo
czasu, a nawet na sekundę nie zaświtało jej, że zmaga się z TAKIMI demonami…
Chciałaby móc powiedzieć, iż
Zębowski potrafi świetnie maskować emocje i po prostu trudno było wyłapać
jakiekolwiek sygnały wskazujące na taki stan rzeczy. Chciałaby, ale to bujda.
Bo dopiero teraz skojarzyła, że detektyw zawsze miał na sobie jakiś czarny
element garderoby. Zawsze, ilekroć go widziała, nawet w największy upał. Do tej
pory zakładała, że po prostu bardzo lubi ten kolor, ale teraz...
A poza tym nigdy nie rozmawiał z
nią o swojej przeszłości – wiedziała tylko, skąd jest (Wrocław) i że w
Waręcinie mieszka od dziesięciu lat. Czyli – zgodnie z opowieścią Sary – od
śmierci żony. Poza tym nic.
Pani Bauermann uświadomiła sobie
jedną rzecz – że nigdy właściwie go o to nie pytała. Może tylko jakieś
lakoniczne pytanie, równie zwięzła odpowiedź i już. Koniec tematu. Może więc
sprawa zamykała się w błędnym kole – Darek nie rozmawiał z nią o sobie, bo go
nie pytała, a ona nie pytała, bo wyszła z założenia, że on tego nie lubi? I
dusił w sobie swoją traumę, chociaż miał pod nosem osobę, która potrafiłaby go
zrozumieć jak nikt inny?
Rzeczona osoba uzmysłowiła sobie
jeszcze jedną rzecz – i poczuła tak ogromne wyrzuty sumienia, iż miała ochotę
pójść do spowiedzi. Nie dość, że całkowicie olała stan psychiczny rzekomo
bliskiego człowieka, to jeszcze zwaliła mu na głowę swoją własną żałobę,
opowiadając o Heinrichu i o swojej tęsknocie za nim...A przecież, kiedy tego
słuchał, musiał mimowolnie myśleć o własnych doświadczeniach. Równie dobrze
mogło się okazać, że sama pchała go w ramiona tej…
Rozpłakała się. Ze wstydu i złości
na samą siebie. Egoistka, egoistka, egoistka!
Odłożyła zdjęcie Zębowskiej. Nie
była w stanie dłużej patrzeć w te brązowe oczy. Cholera! Zębowska! Pani
Bauermann nie znała nawet jej imienia! A przecież Darek by jej nie zabił, gdyby
spytała o coś takiego!
Musi wszystko naprawić. Musi. Nie
zastanawiając się ani chwili dłużej, sięgnęła po telefon.
Kiedy usłyszała pomruk w słuchawce,
zaczęła mówić. Bez ładu i składu, prawdopodobnie strasznie kaleczyła język polski,
ale Zębowski rozumiał. Była o tym przekonana.
Rozumiał…ale nic nie powiedział, a
to mogło oznaczać wszystko. Z przewagą złych rzeczy.
***
Przyszedł. Stał w jej drzwiach, a
ona nie wiedziała, co zrobić. Wszystko przez to spojrzenie. Spojrzenie
nieufnego zwierzęcia.
- Hej. – w końcu takie powitanie to
zupełnie neutralna rzecz, prawda?
Nie potrafiła nawet spojrzeć mu w
oczy. Myślała, ile razy siedzieli tutaj, opowiadała mu o pierdołach, które
wtedy wydawały się kłopotami nie do ogarnięcia, on słuchał…A tymczasem w głowie
narastało mu napięcie, które pchało go w ramiona Sary.
Mruknął tylko coś pod nosem. Ale z
drugiej strony, gdyby był na nią kompletnie wściekły, to by nie przychodził,
prawda?
- Fajnie, że jesteś.
- Serio?
Jeśli tak będzie wyglądać
komunikacja między nimi, to świetna rozmowa się zapowiada…
Zębowski usiadł na kanapie. Pani
Bauermann przycupnęła na krześle, które zajmowała w czasie korepetycji. Dalej
nie była w stanie spojrzeć swojemu rozmówcy w oczy.
- Eem…
Rzecz jasna ułożyła sobie w głowie
plan tej rozmowy. Jednak, jak to zwykle bywa, szlag trafił scenariusze, kiedy
przyszło co do czego. Ty idiotko, mruknął zrzędliwy głos w jej głowie, nie
mogłaś chwilę zaczekać? Przespać się z tym wszystkim? Co niby mu teraz powiesz?
„Sorry, wyjdź i wróć, kiedy już się dowiem, jak z tobą gadać?”.
Na początek spojrzy mu w oczy. Nie
może przecież uciekać wzrokiem, jak nastolatka, która chce zagadnąć
przystojnego kolegę z klasy!
Podniosła głowę i zobaczyła coś, od
czego trafił ją szlag.
ON. SIĘ. UŚMIECHAŁ.
I powitałaby to z ulgą, gdyby nie
złośliwy charakter tego uśmieszku. Detektyw przybierał identyczny wyraz twarzy,
kiedy mówił: „Dzisiaj wpadłem na kolegę ze studiów, Krzyśka
Chrząszczykowskiego. Dam ci stówę, jeśli powtórzysz jego nazwisko”.
W normalnej sytuacji wszystko
byłoby okay. Dogryzali sobie na okrągło. Ale to nie była normalna sytuacja.
Zębowski nie droczył się z nią, żeby sprowokować rozmowę, albo lekko
ponaigrywać z jej krótkiego temperamentu. To był uśmiech w stylu: „Wiem, że się
męczysz, ale nie mam zamiaru niczego ci ułatwić, bo mnie to bawi”.
Zacisnęła pięści. Ona się
denerwuje, kombinuje, jakby tu najdelikatniej zagaić temat…A ten dziad rozwalił
się na kanapie i suszy zęby, jakby kabaret oglądał?!
Nie zniesie towarzystwa tego
impertynenta ani sekundy dłużej. Ani sekundy!
Wstała i poszła do kuchni.
***
Było tam na tyle ciasno, że ktoś
cierpiący na klaustrofobię na pewno odczuwałby dyskomfort. Pani Bauermann nie
miała tego problemu, ale i tak się skrzywiła. Dlaczego tu jest tak mało
miejsca? I dlaczego ściany mają kolor, który jeden z jej uczniów określił jako
musztardowo-sraczkowato-rzygowinowy?
Muszę je w końcu przemalować,
obiecała sobie dwieście czterdziesty ósmy raz w tym roku i sięgnęła po butelkę
Mirindy.
Ta ostatnia chyba wzięła udział w
spisku przeciw spokojowi naszej bohaterki, bo za nic nie chciała się otworzyć.
Pani Bauermann klęła na wszystkie znane sposoby. Normalnie wykorzystałaby fakt,
że gości u niej mężczyzna, ale przecież nie będzie prosiła o pomoc kogoś, kto
tak bezczelnie szczerzy do niej zęby! Poradzi sobie sama, choćby w piekle mieli
otworzyć lodziarnię!
Ośli upór zaowocował. Nasza
bohaterka odczuwała jednak satysfakcję tylko przez ułamek sekundy. Stało się
bowiem coś strasznego. Wrażliwsi Czytelnicy niech przewrócą stronę!
Przez uchylone kuchenne okno
wleciała osa. I usiadła na blacie kuchennym.
Pani Bauermann czuła, że lekko ją
mdli. Paskudne, roznoszące zarazki stworzenie z mnóstwem odnóży i jeszcze
żądłem w dodatku…Żądłem, które może nawet zabić.
Coś takiego w jej domu, kilka
centymetrów od wierzchu ręki…
Zamknęła oczy. To się nie dzieje,
to tylko głupi koszmar…
Ostrożnie uchyliła powieki.
Kilkunastomilimetrowe bydlę nadal było na swoim miejscu.
Pani Bauermann wydała z siebie
odgłos, który miał być okrzykiem bojowym. Komuś postronnemu przypominałby
raczej gdakanie zirytowanego kurczaka.
Wzięła potężny zamach i…
Strąciła otwartą butelkę słodkiego
napoju. Możemy zapewnić Czytelnika, że osa była w siódmym niebie.
***
Siedziała na łóżku i ukrywała twarz
w dłoniach. Miała ochotę umrzeć ze wstydu.
Zmarnowała butelkę ulubionego
gazowanego napoju. Poślizgnęła się i przygniotła sobie rękę. Bluzka, którą
wczoraj wieczorem wyciągnęła z pralki, znów musiała tam wrócić. A bajzel w
kuchni sam się przecież nie sprzątnie…
A wszystko przez osę. Jedną małą,
paskudną osę.
Ileż pani Bauermann by czasem dała,
żeby bać się czegoś „normalniejszego”! Ognia, ciasnych pomieszczeń…Nie
ryzykowałaby spotkań z czynnikiem strachogennym o każdej porze dnia i nocy. I
nie musiałaby słuchać komentarzy w stylu: „Jak można bać się takiego
maleństwa?”. Kto tak mówił, nie obudził się nigdy z martwym karaluchem na
twarzy.
Od tamtego dnia minęło ćwierć
wieku, a ona wciąż pamiętała swoje krzyki. Wtedy chyba po raz pierwszy w życiu
użyła słowa: „kurwa”. Nie miała pojęcia, co to znaczy, ale mama tak mówiła,
kiedy się bardzo, bardzo zdenerwowała, więc…
Straszna myśl wyrwała naszą
bohaterkę ze wspomnień.
Rozlała coś słodkiego. A osy i
wszelkie inne paskudztwo lgną do cukru, jak ludzie do sklepów przed długim
weekendem.
W kuchni pewnie jest już cały
szwadron robali. Na podłodze, ścianach, suficie…
Chcąc nie chcąc, zaczęła sobie
wyobrażać pewne rzeczy. Poczuła w gardle smak wymiocin. Wstała, mając nadzieję,
że zmiana pozycji uchroni ją przed dalszymi mdłościami.
Jak ona jeszcze kiedykolwiek
wejdzie do kuchni?
Podeszła wolno do komody. Musi się
ubrać…
O cholera.
To już nie jest zwykłe
zapominalstwo, tylko poważne uszkodzenie mózgu. I egocentryzm, który
zniesmaczyłby Narcyza.
Wzięła do ręki zdjęcie żony
Zębowskiego leżące na komodzie. Przecież zaprosiła go tu, żeby o niej
porozmawiać, pomóc mu uporać się z bólem…A co zrobiła? Strzeliła focha, bo się
uśmiechnął! Gorzej niż w żłobku! Cała ta afera z Mirindą w roli głównej to
kara, nic innego. Zasłużona! Gdyby to Zębowski otwierał butelkę, nic by się nie
stało. Co więcej – gdyby nasza bohaterka nie była zdenerwowana jego wizytą,
widok pojedynczego insekta nie wywołałby u niej tak gwałtownej reakcji.
- Przepraszam. – zwróciła się do
kobiety na zdjęciu. Czuła bowiem, że jeśli w jakikolwiek sposób widzi ona, co
się dzieje w świecie żywych, to musi być wściekła na przyjaciółkę męża.
- Wybaczyłaby ci.
Niemal dostała zawału. Zębowski
stał tuż za jej plecami. Cholera, kiedy tu wszedł?
Odwróciła się do niego…i zdała
sobie sprawę, że widzi kolor jej stanika. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Spokojnie, spokojnie. – lekko się
uśmiechnął. – Nie masz tam niczego, czego bym już w życiu nie widział.
Jeśli chciał rozluźnić atmosferę,
to osiągnął efekt zgoła przeciwny.
- Już, już. – odwrócił się do niej
plecami. – Kompletnie nic nie widzę. Ale mogę w trakcie tego niewidzenia coś
powiedzieć?
- Dobra. – zgodziła się. Położyła
zdjęcie z powrotem na komodzie i otworzyła szufladę.
- Jak mówiłem, moja żona na pewno by
ci wybaczyła. Taki już miała charakter. Była bardzo cierpliwa. Najlepszy dowód,
że wytrzymała ze mną kilkanaście lat.
Zaśmiał się, ale nie było w tym
śmiechu wesołości.
- I zatłukłem tę osę. – ciągnął
takim tonem, jakby te słowa były kontynuacją poprzedniego tematu. – Nie masz
się czego bać, teren jest czysty. Dosłownie, bo podłogę też ogarnąłem. I
spryskałem czymś na owady. Nie wiem, czy tym, co trzeba, bo masz tego strasznie
dużo, ale jakieś zabezpieczenie to jest.
Wciągnęła żółty podkoszulek przez głowę.
W oczach miała łzy wzruszenia.
Ona tu siedziała, a tymczasem
Zębowski sprzątał jej kuchnię, choć równie dobrze mógł to olać i pojechać do
domu! W dodatku jeszcze użył sprayu na owady. Zazwyczaj, kiedy widział
różnokolorowe butelki ustawione pod zlewem, mówił tylko: „Niektórzy
kolekcjonują znaczki…”.
A ona stroi fochy, bo się
uśmiechnął!
- Jak miała na imię? – zapytała
swoim najmiększym tonem. – Moszesz się już odwrócić.
Zrobił to. Na jego ustach gościł
zwyczajowy uśmieszek.
- Nie dałem cholerze czasu, żeby
się przedstawiła. Ale nie martw się, w takich sytuacjach akt zgonu raczej nie
jest konieczny.
Wiedział, o co, a raczej o kogo,
tak naprawdę chodzi. Grał na czas.
- Nie osa. – sprostowała tym samym
łagodnym tonem. – Twoja szona.
Podrapał się po szyi. Nie można
było dłużej unikać tematu.
- Weronika. – powiedział cicho,
uważnie studiując wzór na kołdrze. – Ale nikt właściwie tak do niej nie mówił.
Przeważnie Werka. Jedna koleżanka ze studiów nazywała ją nawet „Nikson”. Jak
ten prezydent. – wydał z siebie jakiś odgłos, który miał chyba być śmiechem,
ale brzmiał niezbyt śmiechowo. - Dla mnie była Nisią. Zawsze.
- Wiem.
Pani Bauermann znów stanął przed
oczami obraz Zębowskiego leżącego na prostytutce. Zanurzał palce w jej rudych
włosach i szeptał: „Nisia, Nisia, Nisia” …
Wzdrygnęła się. Cholera jasna, jak
ona ma z nim o czymś takim rozmawiać?
- Sara tu zisiaj była. – spróbowała
na początek.
Zębowski podniósł głowę.
- Jednak była?
Przez chwilę miała ochotę zapytać:
„Dlaczego jednak?”, ale zrezygnowała. Naprawdę, to co wiedziała o kontaktach
między tymi dwojgiem, wystarczało aż nadto.
Kiwnęła tylko głową.
- Mówiła, sze sam ją o to prosiłez.
- I co jeszcze? – uśmiechnął się z
politowaniem, jak ojciec, który wysłuchuje historii opowiadanych przez
kilkuletnie dziecko. Ale pani Bauermann za dobrze go znała. Był napięty, jak
struna.
- Sze spotykacie się już ponad dwa
lata i ty płacisz jej za to, szeby…szeby udawała twoją szonę.
- Serio?
Zmrużyła oczy.
- Bez podchodów, bo tyzień stąd nie
wyjziemy. Ile w tym jest prawdy, co?
- „A cóż to jest prawda?”. –
zapytał. Kołdra chyba nie była tego dnia w filozoficznym nastroju, bo milczała.
- Bez Piłata mi tutaj, bo ja Bibelię
znam, po polsku też. Kłamała? Prostitutka, nie Bibelia. –
zmarszczyła groźnie brwi, czując, że detektyw chce znowu złapać ją za słówko.
- A nawet jeśli nie kłamała, to co
z tego?! – zapytał po chwili napastliwym tonem. – Dziadek-esesman cię nauczył
technik przesłuchań i trenujesz na żywym organizmie, czy jak?!
Miał ochotę odszczekać te słowa,
jeszcze zanim zaczerpnął tchu po ich wypowiedzeniu. Przesadził. I to bardzo,
bardzo grubo.
Mogłaby się wściec, zacząć bluzgać
w dwóch językach naraz i kazać mu się wynosić do wszystkich diabłów. Szczerze
mówiąc, wolałby nawet taką opcję. Ale pani Bauermann tylko uniosła brwi.
- Szyli do takiego poziomu chcesz
schozić… - powiedziała cicho. – Dobra, twój wybór. Postawmy sprawę jasno. Mosze
to i nie mój interes. Ale ta…ziewszyna twierziła, sze opowieziała mi to
wszystko, bo TY tego chciałez. – wskazała adresata wypowiedzi palcem. – I
mogłabym mieć to w dupie, ale nie mogę, bo nie mam w dupie ciebie. – zrobiła
krótką pauzę. – Ale jezli zamieszasz ze mną dyskutować na TAKI poziom, to chyba
zasznę.
Otworzył usta. Zamknął je.
Powtórzył całość jeszcze raz i ukrył twarz w dłoniach.
- Kochałaś Heinricha, prawda? –
wyszeptał.
- Tak. – odparła. Ton głosu
wskazywał, że jest nadal obrażona. – Kochałam.
- No to spójrz mi w oczy i powiedz:
nie zrobiłabyś w s z y s t k i e g o, co tylko możliwe, żeby wrócił?
Na te słowa stanął jej przed oczami
szwagier. Gdy zobaczyła go pierwszy raz po śmierci Heinricha, dostała histerii.
Przez jakiś czas nie mogła na niego patrzeć. Ale jednocześnie chciała to robić,
bo przecież to w jakimś sensie b y ł jej mąż. Straciła go, ale nadal mogła
patrzeć na tę twarz, słyszeć głos…Poza tym Erich też mierzwił sobie włosy na
potylicy, kiedy się głęboko zastanawiał.
Pozwalanie sobie na taki sposób
myślenia musiało doprowadzić do katastrofy.
Pierwszą samotną Wigilię spędziła w
domu teściów. Wypiła nieco więcej niż powinna, ale inaczej nie byłaby w stanie
wytrzymać tej atmosfery. I kiedy znalazła się ze szwagrem sam na sam…
Cóż. Najpierw położyła mu rękę na
udzie. A potem zaczęła się głośno zastanawiać, czy przypadkiem nie jest podobny
do brata również w sferze łóżkowej. Była gotowa poświęcić się dla nauki i to
sprawdzić.
Gdy dotarło do niej, co chciała
zrobić, wybuchła płaczem. Erich wykazał się podziwu godną cierpliwością, bo
zamiast uciekać od pijanej wariatki, jeszcze ją przytulił. Wtedy uznała, że
powinna jakoś przeprosić swojego męża za to, co zrobiła i szepnęła: „Kocham
cię, Heini”.
I właśnie wtedy okazało się, że jej
szwagierka, Magda, chwilę wcześniej weszła do pokoju.
Od tamtej pory główna bohaterka
naszej opowieści miała dla niej status persona non grata. Mogła się
pojawiać w domu państwa Bauermannów raz do roku, na urodziny ich starszego
syna. Wyraźnie dawano jej wtedy odczuć, że ta jedna wizyta z d e c y d o w a n
i e wystarczy. O najkrótszej choćby
rozmowie sam na sam z Erichem mowy nie było.
Pani Bauermann spojrzała na
Zębowskiego, jakby dopiero co zdała sobie sprawę z jego obecności.
Dostała wytrzeszczu, kiedy
usłyszała, że płaci dziwce za udawanie żony. A sama chciała przespać się z b r a t e m
b l i ź n i a k i e m zmarłego męża.
Czy istnieją jakieś statuetki za
hipokryzję roku?
***
Zapytał ją, czy nie zrobiłaby
wszystkiego, żeby odzyskać męża. Spodziewał się, że posmutnieje, może nawet
zacznie szlochać…tymczasem pani Bauermann wybuchła śmiechem.
- Eee…Co cię tak bawi? – zapytał niepewnie.
Ta nagła zmiana nastroju sprawiła, że chwilowo zapomniał nawet o własnym
smutku.
Nie odpowiedziała, tylko podeszła
bliżej i wystawiła rękę.
- Gib mir fünf, Mensch[3].
Szczęśliwie, niemieckie liczebniki
do dziesięciu były czymś, co detektyw zdołał opanować. Poza tym, gest pani
Bauermann był dość wymowny.
- Spoko… - powiedział tym samym,
lekko skołowanym tonem. – Bardzo lubię przybijać piątki, ale…tutaj chyba nie do
końca ogarniam kontekst.
Usiadła koło niego na łóżku i
poklepała po ramieniu.
- Miał brata blizniaka. – szepnęła.
– Jednojajowego. Więc dopsze wiem, jak to jest myslec sobie, sze ktoz…jest
prawie kimz innym. Ale nie moszesz…
Lekko się od niej odsunął.
- „Nie moszesz, nie moszesz”! Całe
życie tylko to słyszę. Nie możesz się załamać po śmierci Werki, bo masz dzieci.
Nie możesz się o te dzieci wiecznie martwić, bo są dorosłe. Nie możesz zostać z
osobą, dzięki której uwierzyłeś, że życie jest piękne, bo…bo nie możesz. Musisz
za to patrzeć, jak umiera i nie móc kiwnąć palcem. Ot co.
Zobaczył zapadnięte oczy,
uśmiechające się do niego w bladej twarzy. Poczuł dotyk zimnych, chudych
palców. Usłyszał cichy szept: „Czuję się dużo lepiej, kochanie, naprawdę”.
„Lepiej.” – pomyślał ze złością,
która nawet jego zaskoczyła. – „Już ja wiem, co to było za lepiej. Sprzedałaś
mi taką bajeczkę, wyszedłem z pokoju, a kiedy wróciłem, byłaś martwa”.
To był jeden z naprawdę lepszych
dni. Nawet zjedli razem obiad, jak najnormalniejsze małżeństwo. Zębowski
pamiętał skwierczenie oleju na patelni. Specjalnie odsmażał i doprawiał
ziemniaki, żeby były dokładnie takie, jak Nisia lubiła. Uśmiechnęła się do
niego, pocałowała, nazwała „swoim ulubionym szefem kuchni” …
A potem ktoś do niego zadzwonił.
Namówiła go, żeby odebrał i to była pierwsza czerwona lampka.
Wyszedł z kuchni dosłownie na
chwilę. Kiedy wrócił, na talerzu Werki właściwie nic już nie zostało.
„Oj.” – uśmiechnęła się
przepraszająco. – „Nie zaczekałam, ale jakiś taki wilczy głód mnie dopadł…mam
nadzieję, że się nie gniewasz?”.
Gniewasz! Prawie zaczął skakać z
radości. Chciał jej oddać swoją porcję, ale pokręciła głową. „Nie ma co
niepotrzebnie obciążać organizmu”, stwierdziła i dodała, że chyba się położy.
Gdy Zębowski zaczął dopytywać, czy
nie jest jej słabo, przewróciła oczami.
„Wyluzuj, doktorku. Jak człowiek
się tak obje, musi to wyleżeć…Nie rób więcej takich dobrych ziemniaczków, bo
zostaniesz mężem wieloryba”.
Detektyw postanowił wtedy, że
zacznie nabywać kartofle hurtowo. Jeśli tylko sprawi to, że Nisia odzyska siły…
Położyła się do łóżka. Siedział
obok, rozmawiali. Wyszedł z sypialni dosłownie na chwilę…, a kiedy wrócił,
zastał już tylko zwłoki.
Zachowywał się wtedy, jak w
transie. Gdy zobaczył, że kołdra nie unosi się pod wpływem oddechu Werki,
upuścił tacę z herbatą, którą przyniósł. Poparzył się, ale wtedy nawet nie czuł
bólu.
Dziwna rzecz. Kiedy zrozumiał, że
już nie może żonie pomóc, myślał przede wszystkim o tym, żeby sprzątnąć skorupy
z dywanu. Przecież niedługo ze szkoły wrócą Klaudia i Wiktoria. Mogą się
pokaleczyć, kiedy będą chciały tu wejść.
Poszedł do kuchni, żeby wziąć
zmiotkę i szufelkę. Otworzył szafkę pod zlewem i…w śmietniku zobaczył kartofle.
Weronika.
Nie zjadła ich.
Tak się starał, żeby jej smakowały,
był szczęśliwy, że odzyskała apetyt.
A w rzeczywistości wyrzuciła wszystko,
kiedy tylko została sama.
Chciał do
niej pójść, zapytać, dlaczego ciągle go oszukuje…A potem dotarło do niego, co
przed chwilą zobaczył.
To już się
stało. Nisia nie żyje. Został sam. Już nigdy nie usłyszy od niej wytłumaczenia
żadnego kłamstwa. Ani niczego innego.
Zaczął
krzyczeć. W domu nie było już nikogo, kto mógłby go usłyszeć, ale robił to tak
czy siak.
Opowiedział
to wszystko pani Bauermann. Nie dbał o to, co o nim pomyśli ani czy w ogóle
słucha.
Strumień
kiszącej się przez dekadę goryczy i wyrzutów sumienia po prostu lunął z jego
ust.
***
- Zabiłem
ją. – powiedział drżącym głosem. – Zabiłem. Niby robiłem wszystko, co było
można, twierdziłem, że ją kocham…A pozwoliłem, żeby zagłodziła się przy mnie na
śmierć.
Znała ten
ton. Wiedziała, że detektyw resztkami sił powstrzymuje się od płaczu. Chciała
mu powiedzieć, że są tu sami, że nie musi się niczego wstydzić. Ale siedziała
cicho. Niech to rozpracuje po swojemu.
- Niby
miała raka. – ciągnął Zębowski. – Ale ja wiem swoje. Nie rozumiem, jak mogłem
tak łatwo uwierzyć…To nie był pierwszy raz, kiedy odwalała taki numer. Nie
chciała jeść. I co, nagle cały talerz w kilka minut? Śmiechu warte. Ale tak
długo martwiłem się o tę jej głodówkę, że łyknąłbym chyba wszystko. Gdybym nie
odebrał wtedy tego pierdolonego telefonu…Gdybym dopilnował, żeby przy mnie
zjadła…Miałaby więcej siły. Nie u…u…uuu!!!
Ostatnie
słowo zmieniło się w jęk rozpaczy. Zębowski ukrył twarz w dłoniach. Pani
Bauermann widziała, jak drżą.
Lepszego
momentu już nie będzie. Usiadła koło niego i objęła.
-
Szszszsz… - powiedziała, jak do dziecka. – Smiało, ulszyj sobie. Ale to nie
była twoja wina. Naprawdę.
- Nie
pocieszaj mnie. – jęknął. – Rób, co chcesz, ale mnie nie pocieszaj.
Zacisnęła
lekko usta.
- Dobra, zaraz
pójdę po dyszurny bat. – mruknęła. Nie mogła się powstrzymać przed odrobiną
ironii. – Darek, ja wszystko rozumiem. Masz swięte prawo płakać za szoną nawet
do konca swiata i nikomu nic do tego. Ale nie moszesz taplac się w wyszuty
sumienia, zwłaszsza jesli…jesli to NAPRAWDĘ nie była twoja wina.
- Co ty
możesz wiedzieć. – mruknął. – Patrzyłaś kiedyś, jak bliska ci osoba umiera na
raka?
- Tak.
Zapadła
cisza.
- Reta,
przepraszam. – odsunął się, żeby patrzeć jej w oczy. – Wiem, że zachowuję się,
jak ostatni…Położyła
mu palec na ustach.
- No już,
już, starszy, przecież nie napisałam sobie tego na szoło. Szy twoja szona jadła
COKOLWIEK tamtego dnia?
To pytanie
wyraźnie go zaskoczyło. Zmarszczył brwi.
- Tak. –
odpowiedział z wahaniem. – Dwie kanapki z szynką. Wiem na pewno, że zjadła, bo
sam kręciłem się wtedy po kuchni. Robiłem sobie kawę przed wyjściem do roboty.
W oczach
pani Bauermann zabłysł triumf.
- Szyli
nie ma siły. Gdyby luzie umierali po ominięciu jednego posiłku, dawno by
wyginęli. Zresztą ty jestez zdrowo myslący facet i sam o tym dopsze wiesz.
Zębowski
milczał przez chwilę.
-
Faktycznie, brzmi logicznie…, ale wiesz, dopiero, jak mi teraz powiedziałaś…
Zmarszczyła
brwi. Przecież każdy po usłyszeniu tej historii powiedziałby to samo. Wniosek
może być tylko jeden.
- Nikomu
wszezniej o tym nie mówiłez, prawda?
- Nikomu.
Wiesz, kiedy Werka zmarła, zostałem sam z dziewczynkami i to one…
Westchnęła.
Heinrich też zrobił jej taką: „godzinę zwierzeń”. Nie był z nią do końca
szczery mimo pięciu lat małżeństwa…Dobę później umarł. Nie chciała nawet
myśleć, co by się stało, gdyby wybierając mu trumnę, nie znała prawdy.
- Oj,
Darek, Darek…
- Co?
- Lepiej
ci?
- Tak. –
odparł po chwili. – Dzięki.
- Gern
geschehen.
Odsunął
się od niej.
- Kuźwa,
nie można powiedzieć: „nie ma za co”? zdecydowałabyś się w końcu na jeden
język.
- Nigdy w
szyciu! – obruszyła się. – Nie po to moja mama wyjeszszała za granica i
wychoziła za Niemiec, szebym teraz tylko po polsku mówiła. A poza tym, ja to
robię dla ciebie. Gadamy sobie, jest luzik i nagle bam! Musisz się zastanawiac:
„O szym ona u diabła mówi?” i cwiszysz mózg. – postukała się palcem po głowie.
– Stała szujnozc, stary, wróg u bram!
- Jeśli
przybierze formę owadów, zabunkruję się u ciebie. Coś mi mówi, że będziesz
lepsza, niż szwadron czołgów.
Zmierzwiła
mu włosy.
- Co tam
szołg, ja jestem tradicjonalistka. Wykoszystam armaty. Przy okazji, powinienez
izc do psychologa.
Myślała,
że jeśli zmiesza tę sugestię z żartem, jak antybiotyk ze słodkim sokiem,
Zębowski łatwiej ją łyknie. Nic z tego. Rozluźnienie malujące się na jego
twarzy znikło. Odsunął się od niej, ale taki dystans chyba mu nie wystarczył,
bo stanął pod ścianą. Dopiero wtedy odpowiedział:
-
Wykluczone.
Ton Z
Którym Nie Można Dyskutować. Jej babcia używała go, kiedy mówiła: „A właśnie,
że wrócisz do domu o dwudziestej trzeciej!”. Ale pani Bauermann nie była już
nastolatką w starannie zniszczonych nożyczkami rajstopach, tylko dorosłą
kobietą. W związku z powyższym tylko się uśmiechnęła.
- Dopiero
co mówiłez, sze ci lepiej, bo ze mną pogadałez.
- To co
innego. – stwierdził takim tonem, jakby jej tłumaczył, że niebo jest
niebieskie. – Z tobą mogę gadać, ale żaden dłubiący we łbie oszołom nie wchodzi
w grę.
Jej
uśmiech stał się jeszcze szerszy.
-
Psychologowie to dłubiące we łbie oszołomy? – zapytała słodko.
- Tak
jest.
- Kaszdy
jeden, nie ma absolutnie szadnych wyjątków?
- Żadnych. – pokiwał gorliwie głową. – Nikt
normalny nie bierze sobie takiej roboty.
- Aha…Nikt
normalny, mówisz, interesujące…A wez mi przypomnij, bo mam ziura w głowie i
zapomniałam – co studiuje twoja własna córka?
Wymawianie
spacji jest dość trudne, ale pani Bauermann jakoś się to udało między trzema
ostatnimi słowami. Ostatecznie czym byłaby główna bohaterka bez unikatowych
supermocy? Dziełem autorki-dyletantki, moi drodzy. Ot co!
Gdyby
umiała jeszcze wymówić oddzielnie pytajnik, Zębowski leżałby jak długi. A tak
tylko się zaczerwienił.
- To co
innego. – wycedził. – A skoro już przy tym jesteśmy…Nie muszę ci chyba mówić,
że jeśli wspomnisz którejkolwiek z dziewczyn o tym, co ci mówiłem…Albo o
Sarze…to sam nie wiem, co ci zrobię.
Uniosła
ręce.
- Już,
już, już…Naprawdę myslisz, sze ja nie mam nic lepszego do roboty, tylko plotki
roznosic? A propos, niedługo mam lekcję i muszę już się zbierać na autobus,
więc jeszcze jedna sprawa…Nie moszesz się z Sarą spotykac. Nigdy więcej.
Psychologa ci tylko zostawiam do przemyslenie, ale to…nie moszesz. Jak z nią
nie zerwiesz, to szadna terapia nic nie da.
- Wiem.
Powiedział: „Wiem”, a nie „Masz rację,
zrobię to”. Zmrużyła oczy.
- Darek, mówię powasznie. Mosze ci
się wydaje, sze to zupełnie niewinne jest, ale to bzdura. Coz ci się do reszty
pomiesza w głowie i wylądujesz w psychiatryku. A co wtedy z ziewszynami bęzie?
Spuścił wzrok.
- Jednak się odezwały geny po
dziadziusiu, co? Wiesz, gdzie celować, żeby człowieka zabić.
Jej usta wykrzywił lekki uśmiech.
- Zięki za komplement.
- Ale ja mam na sobie kamizelkę
kuloodporną. – ciągnął z satysfakcją. – Sara ma chorego brata, którego musi
utrzymywać, a ja daję jej regularnie kasę. Żadna ze mnie siostra miłosierdzia,
ale głupio byłoby mi tak po prostu się na nią wypiąć.
Pani Bauermann milczała przez
chwilę. Wreszcie westchnęła, jak ktoś, kto podejmuje decyzję, której wcale nie
chce podejmować, ale wie, że nie ma innego wyjścia.
- Załatwię to.
- Ty?
- Nie, to obce babsko, które szasem
przejmuje kontrola nad moim ciałem. – prychnęła. – Chociaż w sumie nie wiem,
szy to kobieta. Siezi mi w mózgu, więc nie widujemy się za szęsto. Jedenfalls[4],
nie bój nic. Przecież twojej naszeszonej bym zle nie traktowała. – mrugnęła do
niego i sięgnęła po wielką czarną torbę stojącą w kącie.
- Co ty chcesz zrobić? – zapytał z
lekkim zaniepokojeniem.
- Ja też mam swoje tajemnice, panie
Detektiv. – nadal się uśmiechała. – Ale spoko, włos jej z głowy nie
spadnie. Odprowazisz mnie do tszwi?
Wyszli razem z pokoju.
- No, stary, zięki za rozmowę.
Przemysl sobie pewne sprawy, bo tej terapii ci nie odpuszszę.
- Kiedyś będziesz musiała.
- Jasne, kiedy się zgozisz.
Pomoszesz?
Otworzył przed nią drzwi. Wystawiła
jedną nogę na korytarz, ale spojrzała na swojego ojca ostatni raz. - Nic się nie bój, Daruz, jestezmy
w tym razem. Bęzie okay. Tylko nie zapomnij zabrac, co twoje. I zamknij na
klusz, jak bęziesz wychoził, bo mnie ogołocą.
- Tak jest, szefowo. I dzięki za Schweppesa.
Nie musiał się zbyt długo
zastanawiać, co jest „jego”. Poszedł z powrotem do sypialni. Wziął z komody
zdjęcie swojej żony. Spojrzał na te puszyste włosy i delikatny uśmiech, który
uwielbiał. Też się uśmiechnął.
- Słyszałaś, kochanie? „Bęzie
okay”. A jak pruska generał każe, to innej możliwości nie ma.
***
Blada, pokryta pryszczami twarz
Maksa wychyliła się zza drzwi.
- Panie kierowniku!
Zębowski stanął w drzwiach swojego
gabinetu.
- No, jesteś. Załatwiłeś?
- Wie pan co! – obruszył się
chłopak. – Chyba powinienem się obrazić. Czy ja chociaż raz nie zrobiłem
czegoś, o co kierownik prosił?
- Faktycznie, sorry. No, chodź.
Maks usiadł na krześle przed
biurkiem detektywa. Mimo upływu lat wciąż nie czuł się tu swobodnie. Nigdy nie
wiedział, co robić z rękami.
- No? – Zębowski uśmiechnął się
przyjaźnie. – Zamieniam się w słuch.
- To far…far…aptekarka, panie
kierowniku.
- Aptekarka?
- Tak, panie kierowniku. Leki
sprzedaje.
- Wiem, kto to aptekarka, do
cholery. Co jeszcze?
- Jej mąż był papugą, ale się
rozeszli, bo ją zdradził z prokuratorką.
Zębowski uniósł brwi.
- Ohoho, a to skąd wziąłeś?
Urządziliście sobie plotki przy kawce?
Maks poskrobał się po karku.
- Trochę tak…resztę też wiem
właściwie dlatego, że ją po prostu zapytałem.
Chwilę trwało, zanim detektyw
przyswoił te słowa. Najzwyczajniej w świecie nie mógł uwierzyć. A skoro
zrozumiał, że nie ma innego wyjścia…
- OCIPIAŁEŚ?! – zagrzmiał.
Maks aż podskoczył. Niewiele
brakowało, a wylądowałby na podłodze razem z krzesłem.
- Tak po prostu zapukałeś do niej i
zacząłeś wypytywać?! – wrzeszczał dalej detektyw, zrywając się na równe nogi. –
Może jeszcze powiedziałeś, że na moje zlecenie, co?!
Maks odczekał chwilę – chciał mieć
pewność, że rozmówca nie odgryzie mu głowy.
- Panie kierowniku, spokojnie! – w
jego głosie wyraźnie dało się wyczuć, że najchętniej uciekłby za drzwi. – Ani
słowem nie wspomniałem o panu, jak bonie dydy, ani słowem! Ale sam pan
kierownik mówił, że trzeba chwytać nadarzającą się okazję, a najprostsze
rozwiązania są najlepsze…
- Mógłbyś gadać jaśniej, co? –
wycedził detektyw. – Nie jestem dzisiaj w nastroju do zgadywanek.
Chłopak uśmiechnął się blado.
- Minęliśmy się na schodach i
poprosiła, żebym jej pomógł zamontować półkę, to się zgodziłem…A jak to już
ogarnąłem, zrobiła kawy i pogadaliśmy. Wszystko wyszło zupełnie naturalnie,
spokojna pańska rozczochrana.
Zębowski wypuścił głośno powietrze
z płuc.
- A…aha. Nie no, jak tak, to okay.
– usiadł, a raczej klapnął na fotel. Uśmiechnął się dziwnie. – Sorry, że tak gwałtownie
zareagowałem, ale jestem dzisiaj jakiś nie w sosie.
- Wszystko jest w porządku, panie
kierowniku. – zapewnił Maks, choć tak naprawdę mówił do siebie i swojego
instynktu przetrwania.
- Dobrze…coś jeszcze, co powinienem
wiedzieć?
Zmarszczył czoło.
- Chyba nie, panie kierowniku. To
jest spokojna kobitka, chyba jedna z normalniejszych osób tutaj.
Zębowski mruknął coś pod nosem.
- A jak się nazywa ta ostoja
normalności? – z jego ust wyciekało tyle sarkazmu, że mogłoby się w nim wykąpać
pół drużyny piłkarskiej.
Maks zmarszczył brwi.
- Dorsz, Śledź, jakieś takie rybne
nazwisko…mam! Okońska! Janina Okońska.
- Mhm. Ile ma lat?
- Czterdzieści sześć, panie
kierowniku. Aha, i ze Szczecina przyjechała. – dodał Maks takim tonem, jakby
jedno było nierozerwalnie związane z drugim.
Ta drobna informacja wywołała
niespodziewane efekty. Zębowski znowu wstał.
- Ze Szczecina! – powtórzył jakimś
dziwnym głosem. – Jesteś pewien?
- Eee…najzupełniej, panie
kierowniku. – informator wygładził niewidoczną dla otoczenia fałdkę na
spodniach.
- Ona o tym nie wie… - wyszeptał
detektyw.
- Eee…No chyba raczej wie, panie
kierowniku. Sama mi powiedziała.
- Co? – Zębowski zamrugał, jakby
obudził się ze snu.
- Dobrze się pan czuje? – zapytał
Maks z troską.
Drugi z mężczyzn znowu opadł na
fotel i przejechał dłonią po twarzy.
- Tak, przepraszam. Chyba za długo
tu dzisiaj siedzę.
- Nie będę pana zatrzymywał…To już
wszystko. Miła kobitka, ale będę tęsknił za Rudzielcem.
Zębowski pobladł.
- Rudzielcem?
- Wcześniej w jej mieszkaniu była,
no, prostytutka. Taka ruda, ładna…nie pamiętam, jak miała na imię. Znał ją pan
kierownik?
- A ty? – to był głos człowieka,
który nie chce znać odpowiedzi na swoje pytanie.
Maks wzruszył ramionami.
- Nie za dobrze. Raz czy dwa się
spotkaliśmy, ale…nie była za bardzo w moim typie. Wolę blondynki, a poza tym…
Nie dokończył zdania. Powstrzymał
go wyraz twarzy rozmówcy.
- Ty…z nią…spałeś? – Zębowski
wyglądał jak człowiek, który zobaczył na swoim progu teściową. Pochowaną osiem
miesięcy wcześniej.
Maks wyraźnie się zmieszał.
- Raz czy dwa, jak mówiłem…Ale nie
za pieniądze od pana kierownika, spokojnie! Prędzej by mi ręka uschła! –
zaśmiał się nerwowo.
Zębowski wstał i bardzo, bardzo
powoli zbliżył się do Maksa. Potem cofnął się, jakby niezdecydowany.
- Wyjdź stąd. – powiedział cicho. –
Wyjdź stąd albo nie wiem, co się stanie, rozumiesz?
Maksowi nie trzeba było powtarzać
drugi raz. Szybkim krokiem opuścił gabinet, nie upominając się nawet o
pieniądze, które zazwyczaj dostawał za wykonywanie zleceń od „pana kierownika”.
Kiedy parę minut później oglądał
telewizję w swoim mieszkaniu, usłyszał trzaśnięcie drzwi i wesołe
pogwizdywanie. Za nastrojami niektórych ludzi lepiej nie próbować nadążyć.
***
Dorosły, doświadczony życiowo facet
siedział przy biurku i notował coś. W zeszycie z Hefalumpem na okładce i
podpisem: „Marek Nowicki, kl. IV b, plastyka”. Gdyby jego zawartość wyszła na
jaw, ilość ołowiu w czaszce detektywa mogłaby się znacząco zwiększyć.
Nie zamierzamy trzymać Czytelnika w
niepewności, więc podejdźmy do naszego bohatera od tyłu i zerknijmy mu
przez…jasna cholera!
Całe szczęście, że narrator nie
jest specjalistą od kaligrafii. W przeciwnym razie musielibyśmy przerwać naszą
opowieść, bo biedak dostałby załamania nerwowego. Gdyby był grafologiem,
złożyłby detektywowi wyrazy uznania. Trzymanie długopisu, kiedy człowiek jest
pod wpływem wszystkich substancji odurzających naraz, nie jest przecież łatwe.
Gdyby ktoś zapytał o to samego zainteresowanego,
uśmiechnąłby się z politowaniem. Przecież on to robi specjalnie, żeby utrudnić
wrogom dostęp do informacji. A że nie wierzy mu nikt, z autorką włącznie? Jej
problem.
Strony zeszytu były zapisane tak
gęsto, jakby właściciel był rasistą nienawidzącym koloru białego.
To, co Zębowski właśnie naskrobał, brzmiało mniej więcej tak:
45. Janina Okońska – farmaceutka, rozwudka, b. mąsz prawnik (Szczecin!)
Patrzył przez chwilę na kartkę i
zazgrzytał zębami. „Rozwudka”, „Oni się będą rozwOdzić”. „Mąsz”, „On był jej
męŻem…”. Dwa błędy pod rząd, niech to diabli!
- Wszystko jej wina. – mruknął ze
złością, poprawiając litery.
Miał trochę racji, ponieważ
dysortografia jest w naszym języku rodzaju żeńskiego. Tylko że nie o nią
detektywowi chodziło.
Pani Bauermann mówiła „męszem”, on
się tego nasłuchał i teraz sadzi byki. Tak, dlatego. Innej opcji nie ma.
Ona nie robiła błędów – w wymowie
często, w pisowni prawie nigdy. Dlatego z taką satysfakcją ją poprawiał, kiedy
mówiła, że „udeszyła się w głowa”. Czekał na takie chwile wręcz z utęsknieniem.
Jego poprawiali całe dzieciństwo. Dostawał pasem za każdą dwóję z polskiego,
dopóki rodzice się nie zorientowali, że coś jest na rzeczy. Nawet teraz
niektórzy ludzie patrzyli na niego dziwnie, kiedy widzieli kwiatki w stylu:
„spowrotem”. Niech chociaż w towarzystwie jednej osoby będzie stroną
poprawiającą.
Powtórzył to sobie w głowie jeszcze
raz i rzucił długopisem o ścianę.
Kobieta, która mieszka w Polsce o
połowę krócej od niego, lepiej ogarnia ortografię.
Pani Idealna, cholera jasna.
Wszystko wie najlepiej, będzie mu życie ustawiać…
A więc osoba, która zaskakująco
szybko przejęła mieszkanie po Sarze, jest ze Szczecina. Fascynujące. To na
pewno absolutny przypadek.
„Janka? Masz natychmiast rzucić
wszystko i przeprowadzić się do innego miasta, bo mój znajomy chodzi na
dziwki…”.
Powiedział to głośno i roześmiał
się. Wiedział, jak nikt inny, że Reta ma za uszami znacznie więcej, niż mogłoby
się wydawać, ale…ciekawe, co zrobiła dla tej pani Okońskiej, że wszystko tak
gładko poszło?
Do pewnego stopnia, bo trybik
podpisany „Zębowski” jakoś nie chciał obracać się zgodnie z planem. Od czasu
ich Bardzo Poważnej Rozmowy nie stał się nowym, odmienionym człowiekiem albo
coś. Trochę mu ulżyło i sama myśl o Weronice nie powodowała już ucisku w
żołądku. Tylko tyle. Tęsknił za Sarą. Powinien się cieszyć, bo dobrze wiedział,
jak marzyła o innym życiu, ale jakaś część detektywa, zlokalizowana poniżej
pępka, czuła się mocno skrzywdzona nową sytuacją. Nawet ten "raz czy dwa" z Maksem nie stanowił jej zdaniem problemu. Odczuwała dziką radochę na
myśl, że udało się zagrać pani Bauermann na narządzie węchowym. Ale by się
wściekła, gdyby wiedziała!
O psychologu Zębowski nie chciał w
dalszym ciągu słyszeć. Co on, nie ma lepszych rzeczy do roboty?
Nagle Głos Spod Pępka cicho coś
zasugerował. Propozycja została przyjęta z entuzjazmem, o jakim w tym stuleciu
nie słyszano.
Czując, że życie stało się dużo
znośniejsze, wyszedł z biura, zamknął drzwi na klucz i pogwizdując, ruszył na
górę.
***
Kiedy
zobaczyła, że to on, lekko się uśmiechnęła. Mogło być gorzej. Był nie najmłodszy,
ale uroczy.
- Cześć.
- Cześć. –
też się uśmiechał. - Masz chwilkę?
- Chwilkę?
Bez przesady, tak źle to z tobą nie jest.
Zaśmiał
się.
- Dzięki
za komplement.
Wszedł do
mieszkania. Przekrzywiła głowę.
- Nie,
żebym ci nie ufała, ale…
Sięgnął do
portfela. Zaświeciły jej się oczy.
- Za tyle
to mogę się nawet z tobą ożenić. – zażartowała.
- Nie
wytrzymałabyś długo.
Poszedł do
kuchni i usiadł przy stole. Esmeralda (jej dowód osobisty uważał, że Agnieszka)
stanęła w drzwiach.
- Jakieś
specjalne życzenia?
Uśmiechnął
się przyjaźnie.
- Zaraz,
zaraz, meteoryt nie leci…Co u ciebie?
Lubiła go
właśnie za to, że zadawał to pytanie. Nawet jeśli miał głęboko w dupie
odpowiedź i chciał tylko być miły. Wielu klientów nie osiągnęło choćby tego
poziomu.
- Kupiłam
sobie nowy telefon.
To był
niewątpliwy dowód zaufania. Strzegła tej tajemnicy, jak oka w głowie. Głównie
dlatego, że chciała się nowym nabytkiem jeszcze trochę pocieszyć.
- Mogę
zobaczyć?
Chwilę się
wahała, ale poszła po torebkę. Facet ma własną firmę. Co mu po smartfonie z
drugiej ręki?
Podała
mężczyźnie obiekt swojej dumy.
- Niezły.
Chyba też sobie takiego kupię, jak mi obecny siądzie.
- A co u
ciebie? – zapytała. Jeśli kręcą go gry wstępne w formie small talków, to proszę
bardzo.
Nie
spodziewała się zbyt obszernej odpowiedzi. Taki był. Nie lubił mówić za dużo o
sobie.
Wzruszył
ramionami.
- Eee,
szkoda gadać, wszystko mi się ostatnio sypie. Mam paskudny humor.
Jego ton
wskazywał, że chciałby przejść do fazy numer dwa. Podeszła bliżej i nachyliła
się tak, żeby miał dobry widok na przestrzeń między jej piersiami.
- I
oczekujesz, że ja z tym coś zrobię, hmm? – wymruczała tonem zarezerwowanym
tylko dla dobrze płacących klientów.
- Taak… -
mruknął. Widać było, że patrzenie jej w oczy przychodzi mu z trudem.
Pogłaskała
go po policzku. Tym z blizną. Zapytała go kiedyś, skąd ją ma. Odpowiedź była
krótka: „Z własnej głupoty”. Esmeralda nie pytała o szczegóły.
-
Mówisz-masz. Jakieś specjalne życzenia? Jestem dziś twoją złotą rybką…Ale nie
ograniczam się do trzech.
Aż się oblizał
– mniej lub bardziej świadomie. Jeszcze chwila i zacznie mu lecieć para z uszu.
- Stół. –
odparł krótko, uderzając otwartą dłonią w ceratę. – I to zielone.
Już miała
zaprotestować, ale uznała, że i tak nie zrozumie, co się do niego mówi. Zdjęła
ceratę, zwinęła i wyniosła do pokoju obok.
- Kupisz
mi nowy, jak ten się połamie? – zapytała.
- Kupię,
kupię. – odparł natychmiast. Gdyby poprosiła o pół Drogi Mlecznej, usłyszałaby
pewnie to samo. Faceci…
- Idę się
przebrać. – szepnęła mu na ucho. – Ale bądź grzecznym chłopcem i mnie nie
podglądaj, jasne? Wynagrodzę ci cierpliwość.
„To
zielone” było wyjątkowo ładną koszulką nocną. Esmeralda czuła się w niej, jak
bogini. A klient, który płaci równowartość jej telefonu (używanego, ale jednak)
za jeden numerek, zasługuje na boginię.
***
Gdy
wychodził od Esmeraldy, miał wyrzuty sumienia, ale tylko przez chwilę.
Obiecał,
że nie będzie spotykał się z Sarą. Ona była najlepsza, ale nie jedyna.
Pani
Bauermann nie musiała o tym wiedzieć. Na szczęście prawdę znał tylko on, te
dziewczyny i od dzisiaj Szanowni Czytelnicy. A Oni chyba nie są donosicielami,
prawda?
Komentarze
Prześlij komentarz