1. Ja i mój detektyw - luźne rozważania

Kilka dni temu przeglądając Facebooka zauważyłam obrazek, na którym widniało pytanie: „Gdyby Twoje życie było książką, jaki byłby to gatunek?”. Widziałam go prawdopodobnie z milion razy w życiu, ale po raz pierwszy skłonił mnie do przemyśleń. I nie dlatego, że byłam w jakimś filozoficznym nastroju czy coś. Zwyczajnie mi się nudziło. W życiu przerobiłam dość sporo gatunków książek, więc miałam z czego wybierać.
Złożyłam jednak broń już po niespełna pięciu minutach. Musiałam z przykrością stwierdzić, że moje życie nie ma za grosz potencjału literackiego. Ani odrobiny. Nie, żebym się skarżyła. Bardzo je lubię, ale książki z tego nie ukręcisz, choćbyś na głowie stanął.
Żyję sobie spokojnie w jednopokojowym mieszkaniu (sama, więc większego nie potrzebuję). Mam pracę, którą co prawda uwielbiam, ale która komuś postronnemu może się wydawać nudna, bo polega głównie na siedzeniu przy biurku. I to domowym. O czym tu pisać?
Może chociaż jako samotna kobieta bez zobowiązań, dużo podróżuję/prowadzę bujne życie towarzysko-erotyczne? Gdzie tam, gdzie tam. Boję się samotnych podróży, a poza tym bardzo słabo znam angielski. Tak, wiem, w dzisiejszych czasach to wstyd, ale nad sobą pracuję. W wolnym czasie. Zabawna rzecz – prawie zawsze, kiedy siadam do samouczka, nabieram nieokiełznanej wręcz ochoty do sprzątania. Nie znoszę tego robić, a zawsze, kiedy z mocnym postanowieniem siadam do angielskiego, miotła praktycznie sama wskakuje mi do ręki. Ciekawy zbieg okoliczności.
Co do mojego życia towarzysko-erotycznego, powiem tyle: do baru chodzę raz na kilka miesięcy i zawsze ktoś musi mnie do tego namówić. Sama – za skarby świata. A chłopa ostatni raz CAŁOWAŁAM inaczej niż po przyjacielsku trzy lata temu. Koniec tematu.

Jest w moim życiu jedna, jedyna rzecz, która może się naprawdę wydawać interesująca. Jednak tylko pozornie, wierzcie mi.
Mianowicie – mam znajomego. I ten znajomy jest prywatnym detektywem, takim, jakich opisuje się w większości powieści kryminalnych.
Co, tu już wam zapachniało potencjałem literackim? Przecież często jest tak, że narratorem tego typu opowieści jest znajomy, który opisuje poczynania detektywa, a czasem pomaga mu nawet w rozwiązaniu zagadki. Wystarczy wspomnieć doktora Watsona czy kapitana Hastingsa. Sama uwielbiam ten rodzaj historii, ale niestety nie mogłabym ich pisać.
Po pierwsze mój Detektyw zjadłby mnie z cebulką, gdybym komukolwiek opowiedziała, czym się zajmuje. Druga sprawa: on bardzo skrupulatnie pilnuje, żebym nie miała o czym opowiadać.
To nie jest tak, że w ogóle nie poruszamy tego tematu, albo ja jestem osobą mało dociekliwą i o to nie pytam. Ale Detektyw tylko czasem mi coś opowiada. I zawsze trochę zbyt mało, żeby dało się z tego ukręcić porządną historię. Poza tym nie chciałabym nadużyć jego zaufania przez rozpowiadanie innym ludziom tych szczegółów.
Zdradzę wam jednak, że w ciągu roku naszej znajomości nauczyłam się odczytywać pewne sygnały. dzięki temu mam jakieś pojęcie, czym się zajmuje w pracy nawet, jeśli nie mówi na ten temat ani słowa.
Weźmy przykład. Załóżmy, że Detektyw przyszedł do mojego mieszkania i nie siada jak zwykle na kanapie, tylko staje obok, trze oczy i rozprostowuje kręgosłup. Czasami prosi mnie też w takich wypadkach, żebym wymasowała mu plecy. Bez dwuznaczności, w ramach kumpelskiej przysługi.
Takie zachowanie może oznaczać dwie rzeczy. Albo spędził tego dnia dużo czasu przed komputerem, albo w samochodzie. Jeśli druga opcja jest prawdziwa, to możliwe – podkreślam: możliwe, że tego dnia kogoś śledził.
Właśnie taką metodą posługuje się Detektyw w pracy: „Jeżeli A, to B, jeśli zaszło zdarzenie C, to sytuacja D nie mogło mieć miejsca i osoba, która twierdzi inaczej, kłamie”.
Kiedy się komuś to tłumaczy, brzmi absurdalnie prosto, ale wcale takie nie jest, gdy człowiek próbuje sam coś takiego wykombinować. Detektyw robi to właściwie ciągle i powtarza, że dojdę do jego poziomu za dwieście lat, ale jak widzicie – swoje wiem.
Inny przykład – jeśli jest wyraźnie rozkojarzony, w trakcie rozmowy wszystko kwituje krótkim: „No” i patrzy gdzieś w przestrzeń – oznacza to, że dana sprawa nie daje mu spokoju. Jeśli jest nerwowy, syczy czasem cicho i bębni palcami – na drodze do rozwiązania stanęła przeszkoda, albo któreś z jego założeń się nie sprawdziło.
I tak dalej, dalej…Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie zachowania mojego znajomego mają związek z pracą. Jest przecież normalnym facetem i ma mnóstwo zupełnie zwyczajnych problemów – rosnące ceny benzyny, szwankujący kran w kuchni…Każdy to zna. Ale niemniej praca jest dla niego drugą najważniejszą rzeczą w życiu i bardzo się nią przejmuje. Chcecie wiedzieć, co zajmuje pozycję numer jeden?
Dwie śliczne i bardzo inteligentne młode damy: jego córki.
Tak jest. W ferworze rozwiązywania zagadek mniej lub bardziej kryminalnych Detektyw znajduje jeszcze czas na życie rodzinne. Jego świętej pamięci żony nie poznałam, ale sądząc po dziewczynach musiała być bardzo ładna. I kochana przez męża, bo zawsze jest smutny, kiedy o niej mówi. Robi to zresztą raz na chiński rok.
Pamiętam, że kiedy raz Detektyw był służbowo za granicą (nie pamiętam już dokładnie, gdzie), jego młodsza córka dostała grypy. Nic super poważnego, naprawdę. Na zadane mailem pytanie: „Co u Wiktorii?” odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Jest jej ojcem, miał prawo wiedzieć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwa dni później odwiedziłam chorą i zastałam go przy jej łóżku! na moje pytanie, co tu robi, odpowiedział krótko: „Przyjechałem”. Byłam wzruszona jak stary siennik, mówię wam. Warto nadmienić, że Wiktoria ma lat dziewiętnaście, a nie siedem.
Gdyby ktoś zapytał mnie, jak to jest mieć znajomego-prywatnego detektywa, odpowiedziałabym, że to nie bułka z masłem. Chociaż w sumie nie wiem, może inni przedstawiciele tego zawodu postępują w bardziej…normalny sposób.
Taka sytuacja: budzę się, jeszcze ciemno, nie mam pojęcia, co wyrwało mnie ze snu…Aż tu nagle słyszę, że na korytarzu ktoś krzyczy. Przerażona szukam komórki, gotowa zawiadamiać policję, straż pożarną, wojsko i kogo mi jeszcze sumienie podpowie. Uświadamiam sobie jednak, że to, co wzięłam za krzyk, jest tak naprawdę dzwonkiem u drzwi. Nieco zażenowana wychodzę po omacku z sypialni, zapalam światło. Patrzę na zegar i uświadamiam sobie, że jest za dwadzieścia piąta rano. Cholera, myślę. Może jednak będę musiała gdzieś zadzwonić, przecież nikt nie zawraca nikomu głowy o tej porze, jeśli nie musi. Czy to ta spod trzydziestki zaczęła rodzić? Brzuch ma już przecież sporawy, a dziecko nie wybiera…
Otwieram drzwi. Na wycieraczce stoi Detektyw. Zupełnie przytomny, w normalnym „dziennym” ubraniu. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji.
- To ty? – pytam, ziewając niemiłosiernie. – Co się stało?
Ścigają go, odpowiadam sobie natychmiast. Ścigają go bandziory i przyszedł u mnie szukać azylu. Rany boskie!
- Cześć, zrobisz herbaty?
W pierwszej chwili nie rozumiem, co powiedział. A kiedy to do mnie dociera, jestem pewna, że musiałam się przesłyszeć.
- Co? – znowu ziewam. – Jakiej herbaty?
Uśmiecha się lekko.
- Jakiejkolwiek, wiesz, że do wybrednych nie należę. Byle ciepła była.
- Zwonić na Polizei?
Parska śmiechem.
- Ich też chcesz częstować? To miłe, ale chyba podpadałoby pod nieuzasadnione wezwanie. A na to jest paragraf. Wpuścisz mnie?
Ogłupiała do reszty cofam się w drzwiach. Detektyw wchodzi. Nadal zachowuje się tak, jakby wszystko było zupełnie normalne.
- Co się stało? – pytam. Może tak naprawdę jest cały roztrzęsiony, tylko usiłuje tego po sobie nie pokazywać, żeby mnie nie denerwować? Może herbata ma być sposobem na odzyskanie wewnętrznej równowagi albo biedak z nerwów już sam nie wie, co mówi? – Któraz z ziewszyn jest…w nebezpeszenstwo?
Nie przestaje się uśmiechać. Kręci lekko głową.
- Nie, wszystko z nimi w porządku, u mnie też. Naprawdę, nie masz żadnych powodów do niepokoju. Po prostu jakoś tak…zachciało mi się herbaty i twojego towarzystwa. Mam nadzieję, że to nie kłopot? Widzę, że jesteś w piżamie, ale przecież noc jeszcze młoda…
Mrugam. Mam ochotę walnąć go w łeb, ale nie mogę. Moje opadnięte ręce prawdopodobnie doleciały już do piwnicy.
- Tak, młoda, barzo młoda. – przyznaję, odwracając się, żeby spojrzeć na zegar. – Smarkata wręsz. Zaraz bęzie piąta rano.
Ma zaskoczoną minę.
- Piąta? Zobacz, nawet nie wiedziałem…Czasem, jak się tak zamyślę, to zupełnie tracę poczucie czasu. Chyba się nie gniewasz?
Chwilę rozważam te słowa. Kurde, jak się teraz położę, pewnie nie zdołam natychmiastowo zasnąć. Może po kubku ciepłej herbaty będzie łatwiej…A poza tym, skoro już zostałam obudzona o tak dziwnej godzinie, wolałabym znać powód. Bardziej przekonujący niż: „Bo jakoś tak mi się zachciało”.
- Dobra, ale ty paszysz. – decyduję, ziewając. – Ledwo na oszy wizę, wolałabym nie robić nic z kochendes Wasser.
- Wrzątkiem?
- Ja, ja, ja. – kiwam powoli głową. O takiej porze moja polszczyzna zazwyczaj szwankuje.
Siadam przy stole i przyciskam twarz do blatu. Spać…
- Reta! Hej, Reta!
Czuję, że ktoś szarpie mnie za ramię. Przez chwilę nawet nie wiem, gdzie się znajduję. Musiałam przysnąć.
- Kurczę, teraz to naprawdę mam wyrzuty sumienia. – mówi Detektyw, wręczając mi kubek. – Długi dzień?
- Mmm…
- Jeszcze raz przepraszam, ale…z tobą jakoś łatwiej mi się myśli.
Chyba powinnam podziękować za komplement, ale tylko patrzę na mojego gościa. Piję trochę herbaty. Dobra, ciepła…
- Kiedy stłukłaś kubek?
Patrzę na niego zdziwiona. Jak stłukłaś, skoro…o czym on mówi?
- Kubek, ten pomarańczowy. Kiedy go zbiłaś?
- Wszoraj, jak szytałam. – odpowiadam po chwili tytanicznej pracy umysłowej. - Po prostu wypadł mi z ręki, ale skąd…
- Siedziałaś przy stole, tak jak teraz?
- Aha. Skąd wiesz?
Lekko się uśmiecha.
- Po prostu tego pomarańczowego kubka brakuje. – wyjaśnia. – Stół jest lekko przesunięty…Pewnie wymiatałaś spod niego skorupy, co? Jedną przeoczyłaś. – wskazuje palcem na podłogę.
Spojrzałam w tym kierunku. Po chwili wzmożonego wysiłku umysłowego zobaczyłam niewielką pomarańczową drobinkę o zaostrzonych brzegach.
No i o. Tak już jest z Detektywem. Czy wy pamiętacie kolory kubków będących w posiadaniu waszych przyjaciół, dokładne miejsce ustawienia stołu i przepatrujecie wykładziny w poszukiwaniu mikroskopijnych odłamków szkła? On – owszem.
- Naprawię to straszne niedociągnięcie. – obiecuję. – Jutro. Powiesz wreszcie, o co chozi?
Wypija trochę herbaty i milczy przez chwilę.
- Gdybyś chciała coś gdzieś schować, to jakie miejsce byś wybrała?
Czochram się po głowie, żeby zmusić komórki mózgowe do roboty.
- Odpowiednio dusze. – odpalam. – Wiesz, trudno by było schować słonia do pudełka od Streichhölzerów[1].
- Racja, racja. – kiwa głową, choć jestem pewna, że nie zrozumiał, co powiedziałam. To dla mnie niepojęte – zawsze powtarza, że człowiek powinien się rozwijać, czasem wyskakuje z wiadomością z dziedziny, o której nawet nie myślałam, że może być mu znana. Mimo tego nie chce się nauczyć nawet podstawowych zwrotów po niemiecku, chociaż mieszkamy rzut beretem od granicy!
Nie, żeby mi to przeszkadzało – dzięki temu zawsze, kiedy do jego biura przychodzą Niemcy, wzywa mnie jako tłumaczkę. A nie należy do osób, które uważają, że skoro się znamy, nie musi mi za to płacić.
W każdym razie – ziewam szerzej, niż myślałam, że to możliwe.
- Wiesz co – mówię. – Być tu sam przez moment, ja sprawzę, gzie schowałam… - macham bosą nogą w nadziei, że zrozumie, o co mi chodzi, bo nie pamiętam, jak to słowo brzmi po polsku. – A potem pomyzlymy, gzie się chowa inna szeszy, okay?
Nie czekając na odpowiedź człapię do swojej sypialni. Oj, nie powinnam tego robić…Bowiem gdy tylko lokalizuję swoje kapcie i siadam na łóżku z zamiarem ich założenia, padam na materac jak długa. Pokusa jest zbyt silna.
Z drzemki wyrywa mnie dziwny odgłos. Podnoszę gwałtownie głowę. Widzę, jak Detektyw ciągnie za odklejający się od ściany kawałek tapety. Ostro go opieprzam po niemiecku za ten akt wandalizmu. No bo co to jest – dobija się do drzwi w środku nocy, żąda herbaty, a teraz jeszcze będzie dewastował mieszkanie? Allzuviel ist ungesund![2]
On jednak na moje pretensje reaguje w bardzo dziwny sposób. Patrzy na mnie, jakby co najmniej Cameron Diaz widział, pochyla się nad łóżkiem i…daje mi soczystego buziaka w policzek.
- Jesteś genialna. – mówi i szybko opuszcza moje mieszkanie. Na swoje szczęście, bo gdyby został, prawdopodobnie dałabym mu w pysk. Nie, żebym była jakoś uprzedzona do mężczyzn, uchowaj Boże, ale co to miało być za obślinianie (i drapanie tym cholernym zarostem) bez pozwolenia?!
Taka sytuacja zdarzyła się w moim mieszkaniu pewnego listopadowego bardzo wczesnego poranka. Myślicie, że dostałam od Pana Detektywa chociaż słowo wyjaśnienia? Gdzie tam! Wygłosił tylko magiczny frazes: „Obowiązuje mnie dyskrecja zawodowa” i już. Zapewnił tylko, że dzięki mnie rozwiązał sprawę i żeby się zrehabilitować, osobiście przykleił ten oderwany kawałek tapety.
Wtedy pierwszy raz odwiedził mnie w środku nocy – ale nie ostatni. Po kilku razach zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Czasem coś mówi – częściej tylko patrzy, wypija herbatę (zawsze o nią prosi) i wychodzi. Przestałam nawet myśleć o tym, dlaczego – jeśli tego potrzebuje, to proszę bardzo.
I tak w kwestii dziwnych wizyt nic nie przebije tego, co odstawił kilka miesięcy po wydarzeniu, które opisałam wyżej.
Jakoś w porze obiadowej przyszedł do mnie i wręczył kolorową torebkę, taką w jakie zazwyczaj pakuje się prezenty.
- Proszę.
Uśmiechnęłam się lekko. Poprzedniego dnia wypadał akurat Dzień Kobiet. Co prawda dostałam od Detektywa kwiaty i czekoladki, ale może to jakiś prezent ekstra?
Sięgnęłam do torebki i wytrzeszczyłam oczy. W dłoniach trzymałam halkę. Koronkową. Co to miało być?! Jakaś sugestia? Wcześniej nawet nie dawał do zrozumienia, że mu się podobam (nawet wręcz przeciwnie), a tu…
- Co ja mam z tym niby zrobić? – wyjąkałam.
Uśmiechnął się krzywo, jak to on.
- Z moich obserwacji wynika, że kobiety zazwyczaj takie rzeczy n o s z ą. – powiedział łagodnie. – Ale możesz wytrzeć tym podłogę, jeśli tak ci fantazja podpowiada. Klient i tak oddał mi już za to pieniądze.
- Co?
- Wszedłem dzisiaj za jego żoną do sklepu z damską bielizną i musiałem coś kupić dla niepoznaki, a to mi się akurat pod ręce rzuciło.
- Aha. – kiwnęłam powoli głową. – I przyniosłez mi ta…koszulka, ponieważ?
Westchnął.
- Jezus, nie wyobrażaj sobie jakichś dziwnych rzeczy. Po prostu żal wyrzucać na śmietnik, bo jest bardzo ładna.
- Aha. – podrapałam się po głowie. – Yyy…Zięki.
Czasem chodzę w tym niespodziewanym podarunku, żeby się dowartościować. Tylko wtedy, kiedy wiem, że nikt mnie nie zobaczy. I proszę siły wyższe, żeby obowiązki zawodowe zaprowadziły kiedyś Detektywa do sklepu z markowymi torebkami.
Sami widzicie, znajomość z kimś takim to nie przelewki. Człowiek nigdy nie wie, czego się spodziewać. Ale to dobrze. Przynajmniej coś mi urozmaica to moje nieksiążkowe, ale jednak całkiem znośne życie.


[1] Die Streichholzer – (niem.) Zapałki.

[2] Co za dużo, to niezdrowo!

Komentarze

  1. Oj, jakie to fajne! Jak się dobrze czyta! Jest tu taki, ja wiem, potencjał serialowy, jakaś wariacja Sherlocka, ale zupełnie niezależna. Chętnie bym przeczytała cały tom ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry, wpadłem tu za pośrednictwem Anlizatorni, ale nie wiem co napisać. Nie rozumiem. To opka ma być dobre czy złe? Bo nie jest ani dobre ani złe, takie po środku. Chcesz być przeanalizowana? Opowiadanie pisane pod analizę nie nadają się po analizę. A te wstawki z niemieckiego irytujące. No i absolutnie nie podoba mi się nazwa bloga. Taki odpychająca.

    Merk

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę przejrzałam i mam bardzo ważne techniczne pytanie: jak to się subskrybuje???

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz